"Batman v Superman: Świt sprawiedliwości" - co dwa wdzianka...

    "Batman v Superman: Świt sprawiedliwości" - co dwa wdzianka to nie jedno [RECENZJA]

    Dariusz Pawłowski

    Aktualizacja:

    Dziennik Łódzki

    "Batman v Superman: Świt sprawiedliwości" - co dwa wdzianka to nie jedno [RECENZJA]

    ©Warner Bros. Entertainment

    Wyczekiwana produkcja „Batman v Superman: Świt sprawiedliwości” to niewykorzystana okazja na film wyjątkowy. W zamian jest zapowiedź „Ligi Sprawiedliwych”.
    "Batman v Superman: Świt sprawiedliwości" - co dwa wdzianka to nie jedno [RECENZJA]

    ©Warner Bros. Entertainment

    Choć na ekranie z przytupem okładają się pięściami Batman i Superman, bój toczą ze sobą DC Comics Warner Bros. z Marvelem Disneya. O odmienne spojrzenie na komiksowych superbohaterów. O prawo do zarówno lekkiej, jak i mrocznej formy ekranizacji ich uniwersum, zamiast jednej, sztandarowej. I o pieniądze - przede wszystkim. Po latach „koszenia” wszystkiego przez Marvela, o swoje zaczyna dopominać się DC Comics. I teraz, przynajmniej na poziomie mamony, odniósł sukces. Ostateczna rozgrywka, jak to w kinie, czeka nas jednak w kolejnych częściach.

    Pierwsze filmowe spotkanie Batmana z Supermanem, choć niestety pełne wad, podkreśla zarazem jakie znaczenie i potencjał tkwią w postaciach DC Comics, ojcach współczesnych superbohaterów, a także poważnym traktowaniu ich roli na Ziemi, motywacji, doświadczeń czy zmierzchu ludzkości, któremu przyszło im towarzyszyć. To inna koncepcja niż podejście Marvela i domaganie się dowcipasów w rzeczywistości Batmana i Supermana (bohaterów raczej udręczonych niż entuzjastycznych) to jak oczekiwanie dżemu w kaszance oraz dowód, jak bardzo należący do Disneya rywal w ostatnim czasie ukierunkował myślenie widzów. Umówmy się - tutaj takie zadanie miał Joker. A jego jak na razie parę razy już ubito (kto powiedział, że ostatecznie?).

    Szkoda jedynie, że Zack Snyder nie wykorzystał owego dorobku w taki sposób, by przygotować film wyjątkowy, dający mocną przeciwwagę Marvelowskim produkcjom. Wykorzystał zbyt skromny i płaski (jak na te postaci), a przy tym pretensjonalny scenariusz, zastosował najprostsze rozwiązania i zaproponował bardziej wprowadzenie do kontynuacji w planowanej „Lidze Sprawiedliwych” niż wyraziste, samodzielne dzieło.

    Co nie zmienia faktu, że bardzo chciał - może nawet aż za bardzo. Cyzeluje kadry, szczególnie te w scenach wykorzystujących w niepohamowany sposób technikę slow-motion, kosztem lepszego montażu i logiki. Jeśli ktoś uważał ekranizacje komiksów za superprodukcje będące w konflikcie z sensem, w filmie Snydera znajdzie potwierdzenie swoich przypuszczeń. „Świt sprawiedliwości” jest też niespójny, poszatkowany stylistycznie, jakby reżyser nie mógł podjąć decyzji, którym tropem podążać, pragnąc zadowolić zbyt szerokie grono widzów - tych, którzy superbohaterskie uniwersum kochają, tych, dla których to pierwszy w życiu film o facetach w pelerynach, jak i tych, którzy w multipleksie pomylili sale, wybierając się na komedię romantyczną. Postaci są jednorodne, wątki wysypują się Snyderowi z garści, a na wiele sytuacji brakuje uzasadnienia - choćby na pojawienie się Wonder Woman (co rekompensuje ponętność Gal Gadot w tej roli). Wątpliwości budzi też sama konfrontacja superbohaterów - ma intrygujące podstawy we wzajemnej ocenie działań i ich konsekwencji, w męskim zacietrzewieniu eksploduje, gdy w pompowanej adrenaliną i negatywnym nastawieniem wymianie zdań pada o kilka słów za dużo, by w końcu znaleźć zbyt szybkie i łatwe rozwiązanie, zakończone przejściem do współpracy...

    Wyraziście niedopracowanie wszystkich szczegółów obrazuje rozdźwięk w obsadzie filmu. Z tarczą (choć nie on jej używa) wychodzi z tego galimatiasu Ben Affleck jako Batman, który mimo wielu wątpliwości fanów okazał się jednym z najbardziej pasujących do tej roli aktorów w historii ekranowego życia Człowieka-Nietoperza. Trafionym pomysłem okazała się wspomniana Gadot, pogłębiony wymiar cynizmu i zaangażowania w działania Batmana dał Alfredowi Jeremy Irons. Ale już Henry Cavill jako Superman jest kompletnie nijaki (zresztą od „Człowieka ze stali”), Amy Adams zaś jako Lois Lane strasznie chce zagrać więcej niż ma do zagrania, co wypada właśnie strasznie. Fatalny jest też Jesse Eisenberg, który arcydrania Luthora sprowadził do wymiaru groteski (występująca z nim w kilku scenach Holly Hunter w roli senator Finch przełyka młodego aktora niczym herbatę).

    Siłą filmu - ale jak sądzę bardziej Batmana, Supermana, Wonder Woman i ich legendy, niż pracy Snydera - jest to, że mimo wspomnianych mankamentów wizyta w kinie nie jest czasem straconym. Może obraz nie trzyma w nieustannym napięciu, może brakuje w nim zaskoczeń i oryginalności, ale daje radość z obcowania z ulubionymi bohaterami i - jeżeli ktoś lubi - z oglądania dobrze zrealizowanych sekwencji totalnego łomotu doprowadzającego komiksowe miasto do stanu Łodzi przed rewitalizacją.

    „Świt sprawiedliwości” spełnia też zasadniczy cel. Zapewnia rzekę pieniędzy od widzów przy kolejnych częściach. I jeszcze zostawia z tymi ważnymi przesłaniami: o kreowaniu rzeczywistości przez media, manipulacji tłumem, konieczności jednoczenia się w drużyny wobec mniejszej skuteczności solowych działań... Warto do tego dojść nawet, gdy wcześniej trzeba sobie nieco poturbować fizjonomie.

    Ocena: 3/6

    BATMAN V SUPERMAN: ŚWIT SPRAWIEDLIWOŚCI
    USA, sci-fi
    reż.:Zack Snyder
    wyst.:Ben Affleck, Henry Cavill

    Czytaj treści premium w Dzienniku Łódzkim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo