CO TYDZIEŃ GRUDZIEŃ: Chciałem optymistycznie, ale...

Jacek Grudzień
Jacek Grudzień jest dziennikarzem i publicystą Radia Łódź i Łódzkiego Ośrodka Telewizyjnego
Jacek Grudzień jest dziennikarzem i publicystą Radia Łódź i Łódzkiego Ośrodka Telewizyjnego Krzysztof Szymczak
Pewien wysoki urzędnik powiedział mi, że w tekstach, które piszę dla państwa jest bardzo dużo pesymizmu, że patrzę na nasze miasto depresyjnie. Później zaczęliśmy dyskutować o powodach do optymizmu. Nie do końca się ze sobą zgadzaliśmy, ale w łódzkim czarnowidztwie, które mi też się udziela, coś pewnie jest.

Opowiedział mi historię o inwestorze z branży IT. Podobno podczas dyskusji padło pytanie, co będzie jeśli do pracy w dużej firmie zabraknie informatyków z łódzkich uczelni. Odpowiedział : "Ale bardzo blisko jest Warszawa, stamtąd będą przyjeżdżać".

Być może trzeba mieszkać poza Łodzią, żeby choćby marzyć o warszawiakach szukających pracy w Łodzi. Ale to nie jest do końca fantazja, bo właśnie w branży informatycznej w Łodzi zarobki przekraczają średnią krajową, a takie firmy jak Ericpol, AMG i Macolab bez kompleksów radzą sobie na światowych rynkach. I może dzięki takim łódzkim firmom informacje o kryzysie na rynku pracy wśród dobrze wykształconych będą już wkrótce uznawane za przesadzone.

Problem jest w nas

Tak często my, łodzianie mówimy, że nic w naszym mieście się nie dzieje. Już dzieliłem się tym z państwem, ale myślę, że w dużej mierze problem jest w nas, a nie w braku wydarzeń.

Bo nie czytamy o nich, nie szukamy, nie chodzimy i na wszelki wypadek narzekamy. Fakt, że naszym wydarzeniom zdecydowanie brakuje promocyjnego wsparcia, ale mają one jeden atut - wspaniałych ludzi, którzy za nimi stoją. Tak często słyszałem o tym jak dobrze ma Kraków z wielomilionowym budżetem na wydarzenia kulturalne. O festiwalach z wielką reklamą mówiono rzeczywiście w całej Polsce. W tym roku gdy okazało się, że w budżecie miasta jest mało pieniędzy, Kraków będzie prawdopodobnie festiwalową pustynią. Nie ma pieniędzy, nie ma imprez. Trochę tak jak kiedyś z piwem EB.

Był taki czas, że to był najsłynniejszy napój w Polsce. Wręcz nie wypadało go nie pić. Skończyła się wielka promocja, marka zniknęła niemal natychmiast i mało kto o niej teraz pamięta. To jest, moim zdaniem, dowód na to, że najważniejszych dla miasta imprez nie da się kupić. Dlatego mimo wielkich kłopotów, dzięki ludziom, łódzkie wydarzenia trwają, nawet jeśli urzędnicy bardziej przeszkadzają niż pomagają.

Ale miało być optymistycznie. Dobrze, że Łódź ma Kłaków, Werków, Łuczaków, Sondków i tu mógłbym jeszcze długo wymieniać nazwiska, bo o trwaniu ich festiwali decyduje przede wszystkim pasja, a nie pieniądze. Dlatego o Łódź kulturalną możemy być spokojni. I mam nadzieję, że tymi słowami nie wyświadczam organizatorom niedźwiedziej przysługi i przed rozmowami o przyszłości imprez nie usłyszą "I tak tak to zrobicie, najwyżej za mniejsze pieniądze". Co by się działo w naszym mieście, gdyby dostali oni tyle, ile miał Kraków!

Minister, lekarze, pacjenci

A teraz mniej optymistycznie. Mam dużo szczęścia, bo nie musiałem kupować ostatnio leków i korzystać z pomocy lekarskiej. Obserwuję zamieszanie związane ze służbą zdrowia słuchając radia, oglądając telewizję i czytając gazety. I wielu spraw nie mogę pojąć. Tym bardziej, że ciągle słyszę, że pacjent jest najważniejszy.

Jak to się dzieje, że nikt nie opracował procedur (lub nikt o nich nie mówi) dotyczących informowania pacjentów o tym, które placówki mają kontrakty, a które nie. Byłem przerażony słuchając o pacjentach, którzy byli wypisywani ze szpitali, lub bezradnie szukali pomocy w swojej "starej" przychodni. Przecież pacjenci w takich wypadkach powinni czuć się bezpiecznie!

Nie rozumiem jaki ma sens wydawanie ogromnych, publicznych pieniędzy na wyposażenie, remonty budynków, skoro tuż po zakończeniu inwestycji (takie przypadki też się zdarzały) placówki nie dostają kontraktów. Czy ktoś zastanawia się jak będą wykorzystane publiczne pieniądze? Obawiam się, że mimo upływu kilkunastu lat od wprowadzenia pierwszej reformy służby zdrowia nikt o tym nie pomyślał.

Jak to się dzieje, że w sporze lekarze - minister zdrowia najbardziej pokrzywdzeni są pacjenci? Bo mimo optymistycznego patrzenia na świat jakoś trudno mi sobie wyobrazić sytuację, że strony po ostatecznym zakończeniu sporu informują pacjentów jak mogą odzyskać pieniądze za przepłacone leki, a minister tworzy w tej sprawie jasne i przejrzyste procedury.

Pamiętam debaty przed wprowadzeniem kas chorych. Podkreślano fundamentalną zasadę przygotowywanej reformy - pieniądze mają iść za pacjentem. To pacjent wybiera szpital, przychodnię, lekarza. Jak podkreślano, to najprostszy sposób na polepszenie jakości usług, oszczędzanie pieniędzy i godne wynagradzanie tych, którzy dobrze pracują. Ale nikt nigdy tej zasady nie wprowadził. Dlatego deklaracje "Pacjent jest najważniejszy" pozostają do dziś pustymi hasłami. I niech mi wybaczą strony konfliktu - pacjent tak mało ważny jak na początku tego roku nie czuł się nigdy przedtem.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie