Dwieście tysięcy złotych dla poety? To byłaby "tragedia krakowska" [WYWIAD]

rozm. Łukasz Kaczyński
Grzegorz Gałasiński
Udostępnij:
Czy łódzki poeta Maciej Robert otrzymał 200 tys. zł i Nagrodę im. Wisławy Szymborskiej? Sobota przyniesie werdykt. Nam Maciej Robert mówi o niedoszłym spotkaniu z poetą-blogerem Jakobe Mansztajnem, ekranizacjach prozy Bohumila Hrabala, niełatwej sztuce patrzenia jako ratunku dla łodzian i reaktywacji pisma "Tygiel Kultury".

Łukasz Kaczyński: Co zrobisz z dwustoma tysiącami złotych, czyli pulą Nagrody im. Wisławy Szymborskiej? Jesteś nominowany za ostatni tom poetycki „Książka meldunkowa”, a werdykt poznamy w sobotę. 
Maciej Robert: Nic nie zrobię. Bo ich pewnie nie dostanę. Mam swoich faworytów w tym gronie. Nominacja i okazja spotkania się na równi z takimi autorami jak Jacek Podsiadło i Roman Honet jest dla mnie nagrodą samą w sobie. Na wierszach Podsiadły uczyłem się nie tyle pisać, co czytać poezję współczesną. Podsiadło, a potem też Marcin Świetlicki, to były przez długi czas główne bramy, jakimi wchodziłem do współczesnej poezji. Byłem w liceum, gdy w telewizji trafiłem na Zdzisława Wardejna, aktora, którego bardzo sobie cenię, czytającego jakieś wiersze. Właśnie wiersze Jacka Podsiadły. Gdy jest się edukowanym w szkolnym kluczu i w liceum poznaje się Baczyńskiego czy może Szymborską, i nikogo młodszego, to takie wiersze jak „Klozet song” są jak cios obuchem. W tym okresie Świetlicki wydał ze Świetlikami płytę i to było kolejne odkrycie, że poezja śpiewana nie jest jedynym sposobem mariażu wierszy i muzyki, że można do poezji podejść z punkową zadziornością. Roman Honet to kolejny z wielkich, ze swoimi ciemnymi wierszami i pięknymi frazami ostrymi jak ciernie. Pamiętam, jak kilkanaście lat temu zebrałem kilkanaście nędznych, młodzieńczych wierszy, z których chciałem zrobić książkę, i wysłałem mailem do Podsiadły, pytając, czy nie napisze wstępu lub posłowia. Był na tyle grzeczny, że odpisał, iż nie zajmuje się takimi rzeczami. Teraz stoję z nim na jednej scenie, mamy razem spotkania. Czego chcieć więcej.
 
Spróbuj puścić wodze fantazji i pomyśleć co z taką sumą zrobić. 
Byłaby bardzo pomocna, bo dom buduję. Cała suma poszłaby na wykończenie i przyspieszyła prace. Ale uważam, że 200 tysięcy zł to jest absolutnie za wysoka nagroda. Pięć razy za wysoka. Kwota, która demoralizuje poetę i nie przystaje do czegoś tak niszowego jak poezja. Jestem zwolennikiem nagród literackich, dobrze, że jest ich coraz więcej, rozumiem, że bez pieniędzy nie mają żadnej marketingowej siły przebicia. Ale „Silesius” to pula 50 tys. zł za książkę i 100 tys. zł za całokształt, „Gdynia” to 50 tys. zł. A do „Szymborskiej” nominowano nawet debiutanta. Jak może debiutant dostać taką kwotę? Nawet jeśli napisał genialną książkę. To może spętać autora. Patronka tej nagrody mówiła o Noblu, że to dla niej „tragedia sztokholmska”. Tutaj mamy do czynienia z „tragedią krakowską”. Po takiej nagrodzie z pewnością inaczej podchodzi się do pisania. Ma się świadomość, że jest się na cenzurowanym.
 
Jak udało się spotkanie prezentujące waszą poezję, które z innymi nominowanymi miałeś w Krakowie? 
Obecni byli tylko Podsiadło i Honet. Jakobe Mansztajn z Gdańska do Krakowa leciał samolotem z międzylądowaniem w Warszawie, bo miał tam jakieś nagranie. On jest bardziej rozpoznawalny jako bloger, współautor bloga MakeLifeHarder, ma tysiące fanek, które oświadczają mu się za pomocą Facebooka, wie jak się poruszać w świecie medialnym. Jest z nieco innej galaktyki. Nie osiągnąłby tego, gdyby był tylko poetą, a jest poetą bardzo dobrym. Samolot z Gdańska miał mały poślizg, więc Mansztajn spóźnił się na przesiadkę. Organizatorzy bardzo ubolewali, bo spodziewali się ciekawego „pojedynku” pomiędzy kontestującym wszystko Podsiadłą i brylującym w mediach bywalcem najmodniejszych hipsterskich knajpek, który miał sesję dla „Esquire’a”. Więc na spotkaniu było wyłącznie poetycko.
 
Z jakim odbiorem spotkały się Twoje wiersze z książki, która jest mocno naznaczona „łódzkością”? 
Z „łódzkością” „Księgi meldunkowej” od początku mam pewien problem. Tytuł miał być bardzo łódzki, ale wydawca mi to odradził, stwierdzając, że skaże to książkę na lokalność i niezrozumienie poza Łodzią. Żałuję, że tytuł „Chojny, Komorniki” nie przeszedł, ani jego druga wersja „Hojni komornicy”. „Księga...” to tytuł jednego z wierszy, wydawca mówi, że fajny, ja nie jestem przekonany. Wydaje mi się jednak, że ta „łódzkość” jest pewnym sztafażem i wiersze odbierane są tak samo w innych miastach, są uniwerslane. Tak naprawdę detale topograficzne pojawiają się tylko w kilku wierszach. Więcej jest mojej prywatności. Ale czy ona jest łódzka? Równie dobrze mogłaby być poznańska, gdańska. To tylko przypadek, że się tu urodziłem. Choć przypadkiem nie jest, że tu mieszkam. Dla ludzi związanych z kulturą Warszawa jest naturalną drogą, oczywistym wyborem. Ale czasami lepiej żyć na uboczu.

 
Ale gdy ukończysz dom, to będziesz jeszcze mocniej tutaj osadzony. 
Tak, ale dom buduję poza Łodzią. Dwadzieścia kilometrów stąd, w rodzinnej wsi mojej mamy. Będę więc jedną nogą tam, a jedną w Łodzi, bo tu przecież będę nadal spędzał większość czasu.
 
Nakładem Wydawnictwa Uniwersytetu Łódzkiego ukazała się Twoja praca doktorska poświęcona adaptacjom prozy Bohumila Hrabala, „Perełki i skowronki”. Nie jest to typowa książka filmoznawcza, bo zawieszona jest między filmem a literaturą. 
Z Hrabalem to był przypadek. To był i nadal jest jeden z moich ulubionych autorów, ale po tym jak skończyłem studia magisterskie na filmoznawstwie i pojawiła się możliwość pisania doktoratu, byłem już trochę zmęczony i zniechęcony filmem. Postawiłem warunek, że mogę napisać pracę, ale musi ona być mocno osadzona w literaturze. Hrabal przyszedł mi na myśl w pierwszej chwili, a gdy wgłębiłem się w temat, okazało się, że adaptacji jego prozy jest więcej niż tylko filmy Jiriego Menzla, a i te – poza „Postrzyżynami” i „Pociągami pod specjalnym nadzorem” – nie są specjalnie znane. Przy polskim uwielbieniu dla Hrabala warto było je pokazać szerszej publiczności. Całe szczęście, że mój doktorat pisałem „z wolnej stopy” (nie widziałem siebie w roli wykładowcy), więc mogłem trochę poluzować rygor akademickiego języka. Bardzo nie lubię czytać prac teoretycznych, bo pisane są na ogół językiem oderwanym od życia, nie mówiąc już o jakimkolwiek pięknie języka. To w większości książki hermetyczne z powodu tematu – tak wąskiego i specjalistycznego, że nikt nie chciałby tego czytać, pisane na zaliczenie stopnia naukowego. Moja praca, która stała się potem książką, dotyczy tematu popularnego, napisana jest (mam nadzieję) językiem przystępnym i – co było zarzutem komisji – jest nieakademicka. Na szczęście moja promotor, profesor Nurczyńska-Fidelska, w tym upatrywała jej dodatkowych zalet. Mówiła, że pisząc pracę doktorską, nie przestałem być poetą. To dla mnie ogromny komplement.
 
Praca naukowa o Hrabalu pisana językiem akademickim – to byłby dopiero pasztet. 
Tak, mogłaby do niego zniechęcać. Gdybym pisał tę pracę w normalnym trybie, komisja nie zaakceptowałaby tematu. Przejrzyj sobie listę prac doktorskich, już same tytuły odrzucają! „Emanacja transcendencji Heideggerowskiego Dasein w queerowym kinie mongolskim”. Mój temat był akurat na lekką książkę eseistyczną, która – mam nadzieję – taką jest. Pomimo lekkości tematu pisałem ją… dziesięć lat, ale to dlatego, że robiłem to z doskoku, jednocześnie pracując na etacie, pisząc dla gazet, studiując podyplomowo na Filmówce, wydając kolejne książki poetyckie. Skończyłem w samą porę. Broniłem się dwa dni po narodzinach syna. Gdybym był trochę bardziej opieszały, chyba bym już tego nie doprowadził do szczęśliwego końca.
 
Praca ukazała się drukiem, to rzadkość. 
To też był szczęśliwy przypadek. Mam nadzieję, że to szczęście będzie mi nadal towarzyszyć. Ówczesny dyrektor WUŁ był miłośnikiem kultury czeskiej i gdy pojawiła się możliwość publikacji, chętnie jej przyklasnął. Była też z jego strony propozycja napisania razem z dr Ewą Ciszewską leksykonu filmów czeskich i drugiej części książki redagowanej przez Ewę i prof. Ewelinę Nurczyńską-Fidelską, zbiorówki o adaptacji literatury czeskiej i słowackiej. Dyrektora jednak, nie wiem dlaczego, odwołali i już po tych planach.
 
Zaliczasz siebie do grona czechofilów? 
Nie nazwałbym się typowym czechofilem, zafascynowanym wszystkim, co czeskie. Nie czuję przede wszystkim potrzeby obcowania z jakąkolwiek kulturą w taki sposób, by tam jeździć w kółko, chłonąć, spotykać się z ludźmi. Raczej uczę się tej kultury poprzez jej wytwory. Czyli wolę poczytać o Pradze, pooglądać ją w filmach, niż tam jechać. Oczywiście byłem tam parę razy, ale wolę czytać o Pradze u czeskich autorów.
 
I nie stać w kolejce do Złotej Uliczki, by rozczarować się ceną biletu, tłokiem i gadżetami? 
Na szczęście Złotą Uliczką zdążyłem rozczarować się bardzo wcześnie. Jestem wyczulony na aspekt geograficzny w literaturze, jest to mój konik i piszę też o tym cykl esejów. Dokładnie o obrazie Europie Środkowej w literaturze. Może kiedyś to się ukaże. W międzyczasie dostałem stypendium z Urzędu Miasta na prozatorską książkę o Łodzi. Ale gdy zacząłem pisać, okazało się, że będzie to raczej poemat prozą. Forma poetycka z prozatorskim oddechem. Uciekam od prozy jak tylko mogę, nigdy jej nie pisałem. Na tę książkę mam już podpisaną umowę z wydawnictwem Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu, które wydało też „Księgę meldunkową” i mój poprzedni tom „Collegium Anatomicum”, który otrzymał nagrodę Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek. Nie chciałbym przerywać takiej szczęśliwej passy (śmiech).
 
Juliusz Słowacki nauczył się języka hiszpańskiego, by w oryginale czytać dramaty Pedro Calderona de la Barca, a Ty uczyłeś się czeskiego, by czytać Hrabala i innych Czechów? 
Słabo mówię po czesku. Czytam, posiłkując się słownikiem. W oryginale czytałem tylko wiersze Hrabala, bo nie zostały w większości przetłumaczone na język polski. Ale to są raczej kiepskie wiersze. Najważniejsza była dla mnie lektura ogromnej biografii Hrabala autorstwa Tomasa Mazala, która nie wiedzieć czemu nie wyszła po polsku, bo to byłby na naszym rynku wydawniczym samograj. Polscy czytelnicy lubią literaturę czeską, i szerzej – kulturę czeską.

 
Powiedz kto to napisał: „«Pabitel» [...] przekazuje informacje o sprawach, których znaczenie jest przesadzone, przetworzone, przeinaczone, ponieważ «pabitel» przecedza rzeczywistość przez diamentowe oczko inspiracji”. 
To akurat Hrabal napisał w „Każdy dzień jest cudem”.
 
A Ty tylko wiernie przetłumaczyłeś? 
To „diamentowe oczko inspiracji” na pewno było tłumaczone na polski. Autoanaliza postaci „pabitela”, czyli bawidułka czy roiciela, knajpianego opowiadacza. Diamentowe oczko inspiracji! To był jednak poeta, niespełniony poeta. Gdy debiutował wierszami jeszcze w Nymburku, to jego przyjaciel, ale też mentor, artysta Jiří Kolář, powiedział, że takie wiersze to spóźniony nadrealizm odbębniony przez paryskich i potem praskich surrealistów, ale że jest w tym potencjał, więc „Bohoušku, ty zostaw te wiersze i weź się za prozę”. To była najlepsza rada, jaką mógł dostać, a ze zdaniem Kolářa liczył się bezkrytycznie. Aczkolwiek ten sposób poetyckiego formowania frazy mu został i bardzo dobrze. Mam wrażenie, że Hrabal cały czas chciał być poetą – i był nim do końca, tylko zmienił formalny zapis tekstu.
 
Czy filozofia życiowa lub też sztuka życia, jaką znaleźć można w twórczości Hrabala: że „trzeba kochać wszystko to, co niemiłe”, bo wszystko ma sens ze względu na swoje piękno, jest Tobie bliska? 
W tym, co z pozoru zdaje się brzydkie i nieatrakcyjne, na co zwykle nie zwraca się uwagi – tak. Myślę, że to jest istota myślenia poetyckiego, w ogóle wrażliwości artystycznej. Gdy ma się nastawione wszystkie zmysły na odbiór rzeczywistości, gdy jest się ciekawym wszystkiego, może okazać się, że coś tak zwykłego jak ten fotel, ma w sobie pokłady piękna lub staje się katapultą do jakiegoś wiersza, frazy, porównania. U Hrabala najbardziej cenię to, że nawet na przestrzeni krótkiego zdania potrafi przejść od liryki do jakiegoś brutalizmu i tragizmu. Mało który autor potrafi takie ekstrema łączyć.
 
Gdyby łodzianie doznali nagłego, masowego olśnienia i zapragnęli czytać literaturę, polecałbyś im Hrabala, bo z nim łatwiej żyć w niełatwym mieście Łódź? 
Hrabal w okresie, gdy był najbardziej płodny artystycznie, w latach 50., mieszkał w Pradze, która już wtedy była miastem dużo większym i sto razy bardziej światowym niż Łódź, ale w dość podłej dzielnicy Libeň, robotniczej, cygańskiej, dość szpetnej. Domu, w którym mieszkał, już nie ma, jest tam stacja metra. Hrabal chodził po swojej dzielnicy i – wraz z Vladimirem Boudnikiem – zachwycał się kanałami ściekowymi, śmieciami w rzece, liszajami na murach. Wszystko może być piękne, jak się umie patrzeć. Hrabal potrafił w opisie uczynić z tej dzielnicy jakieś Eldorado. W tym bym upatrywał dla łodzian jakiegoś ratunku. Nawet mało atrakcyjne miejsca da się tak opisać, by stały się pociągające. Cały czas czekam na łódzką powieść, która wydobyłaby magię tego miasta.

 
„Jak się człowiek uchleje, to nawet w Kersku jest Kilimandżaro” – napisał Hrabal. Życzyłbyś, by ktoś pozwolił łodzianom „uchlać” się literaturą o Łodzi? 
Kersko i bez tego wydaje mi się miejscem bardzo ładnym. To takie podpraskie Grotniki.
 
W knajpie w Kersku jest, a przynajmniej był, telewizor, w którym na okrągło pokazywano ekranizację osadzonego tam „Święta przebiśniegu” w reżyserii Menzla. Podobno knajpa na ekranie i w rzeczywistości, mimo lat, niczym się nie różni. 
„Świeto...” to moja ulubiona ekranizacja, bo jest filmem mocno nieoczywistym, z fragmentaryczną, epizodyczną narracją, bez wyraźnej linii fabularnej. Hrabal z Menzlem śmiali się, że w Ameryce nie powstałby taki film, w którym głównym bohaterem jest dzik, a w Czechach to jest możliwe. Poza tym epizodami i anegdotami dla mnie najważniejsze jest w tym filmie, że udało się tandemowi Hrabal-Menzel oddać coś nieoczywistego. Ucieczkę w prywatność w totalnie zlaicyzowanym społeczeństwie. W latach 70-80 w Czechosłowacji trwał najgorszy etap „Husakowskiej normalizacji”, gdy władza z jednej strony przywracała cenzurę i walczyła z opozycją, a z drugiej zabiegała, by ludziom zapewnić rozrywkę w stylu Karela Gotta, Heleny Vondráčkovej i serialu „Kobieta za ladą”, byle tylko nie brali się za politykę, siedzieli na działkach i gapili się w telewizor.
 
To był też okres boomu działkowego? 
Tak. Praga w piątkowe popołudnia się wyludniała, bo wszyscy pakowali się do skód i jechali za miasto. I wszystko przebiegało dobrze, tylko obywatele niestety nie siedzieli bezczynnie, a gromadzili się w knajpie. Tu pojawia się wszechobecna w twórczości Hrabala rola knajpy jako elementu łączącego ludzi i – to jest moje rozpoznanie, nie wiem na ile trafne – mającego wymiar niemalże sakralny. W „Święcie...” poszczególne działania każdego z bohaterów są ich prywatnymi obrzędami, które można rozpatrywać w kluczu quasi-religijnym, a knajpa jest ich ukoronowaniem, czymś w rodzaju kościoła dla zatomizowanego społeczeństwa. W knajpie gromadzimy się nie tylko, by pić piwo i świetnie się bawić, choć po to też, ale by na złość władzy odczuwać pewną wspólnotę.

 
Piszesz z przekonaniem, że Hrabal jednak popełnił samobójstwo, choć analizujący jego życie Aleksander Kaczorowski pozostawia pewne niedomówienie. 
Pewności nikt nie ma, bo nikogo przy tym nie było. I to pierwszy fakt świadczący o tym, że to mogło być samobójstwo, którego raczej nie popełnia się przy „publiczności”. Hrabal o samobójstwie pisał od początku swojej twórczości, a pod koniec życia w latach 90. pisał wprost w esejach, i to chyba nawet wskazał dokładnie piętro, z którego w szpitalu wypadł czy też wyskoczył. On samobójstwo nie tylko przepowiadał w utworach, ale był też u kresu człowiekiem zgorzkniałym, osamotnionym, schorowanym. Trudno wierzyć w oficjalne wersje, że wypadł przez okno dokarmiając gołębie. Lata 80. to w życiu Hrabala czarna seria. Umierają jego brat, żona, przyjaciele, rodzice dawno już umarli. Hrabal, jak mówił, „stracił klucze do swojej przeszłości”. Nymburk z lat jego dzieciństwa już nie istnieje. Dom na Libni jest zrównany z ziemią. Hrabal mieszka na okropnym blokowisku i nie ma już nawet sił jeździć do domu w Kersku, jego koty pewnie się rozpierzchły. Ma za sobą sfingowany wywiad, po którym wielu młodych się od niego odwróciło. Jego ostatnia ważna książka, trylogia „Wesela w domu”, ukazała się w połowie lat 80. Pod sam koniec uważano go już za zdziwaczałego staruszka. Śmiano się, ze podrywa amerykańską bohemistkę April Clifford, która przyjechała studiować jego twórczość, a którą uczynił adresatką „Listów do Kwiecieńki”. Jeden z jego ostatnich esejów ukazał się z fotografią, na której ssie gołą pierś podstarzałej cygańskiej prostytutki. Dla wielu był to już całkowity jego upadek. Nikt się nim już nie interesował. Trafił do szpitala, to nie było nic groźnego. Miał szybko wyjść, a... wyskoczył.
 
Atmosfera końca, i tu zmieniam temat, wisiała też nad „Tyglem Kultury”, ale nie daliście teraz „umrzeć w spokoju” temu pismu. Dlaczego? 
Pierwszy numer „Tygla” ukazał się w styczniu 1996 roku, ostatni – w 2013 roku. Przez długie, długie lata był jedną z kulturalnych wizytówek Łodzi, nie tylko w Polsce, ale i na świecie, bo miał korespondentów kulturalnych za granicą, dobrze znany był w Stanach Zjednoczonych, Rosji, Bośni, Francji, Izraelu. W swoich początkach był to miesięcznik, a potem: dwumiesięcznik, kwartalnik, nieregularnik, w końcu wychodziły dwa numery rocznie. Coraz trudniej było uzyskać sponsorów, z dotacjami było krucho. Widoczny też był brak dopływu młodych. W 2014 roku nie ukazał się żaden numer. Redaktor naczelny „Tygla”, Zbyszek Nowak, próbował jeszcze o coś walczyć, a gdy nie było widoków na dotacje i poprawę sytuacji, pojawił się pomysł, by Dom Literatury przejął „Tygiel”, którego redakcja od pewnego czasu i tak miała tu siedzibę. Udało się to wprowadzić w czyn i formalnie w lutym tego roku staliśmy się wydawcą „Tygla”. Pozyskaliśmy dotację z Ministerstwa Kultury na dwa numery i jakiś grosz od miasta. Pierwszy numer poświęcony będzie imigrantom w krajach niemieckojęzycznych i otrzymał też granty ze strony Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej i szwajcarskiej Fundacji „Pro Helvetia”. Jak na początek, jest nieźle. Mieć w pierwszym numerze niepublikowany dotąd tekst noblistki (Herty Műller) to jest coś. A świetnych autorów i doskonałych tekstów jest w numerze bardzo dużo. Więcej niż zakładaliśmy. Według planów tylko pół numeru miało być tematyczne, ale pozyskaliśmy tyle fantastycznych materiałów, że wypełniły one cały numer. Musieliśmy nawet zwiększać ilość stron. Ruszyło to pełną parą, właśnie drukujemy numer. Niedługo będzie można go kupić i przeczytać. Drugi numer w całości poświęcony będzie Umbertowi Eco. Na razie robimy wszystko siłami własnymi Domu Literatury z wydatną pomocą redaktorów prowadzących: prof. Jabłkowskiej z germanistyki i prof. Gałkowskiego z italianistyki, te nazwiska gwarantują wysoki poziom merytoryczny. W przyszłym roku będziemy starać się o stałe dotacje i powrót do trybu kwartalnika, a może i o coś więcej. W łódzkiej kulturze dało się odczuć brak tego pisma, ale też środowisko literackie w Polsce zaczęło dopytywać, co się z nim dzieje. Świetnie prowadzony „Tygiel”, z wyrazistymi okładkami Zbyszka Koszałkowskiego, miał na rynku bardzo silną pozycję. Chcemy odbudować jego legendę, kto wie, może pójść o krok dalej. Pamiętam, jak bardzo się cieszyłem, gdy lata temu udało mi się w nim wydrukować swoje wiersze. A teraz jestem zastępcą redaktora naczelnego i redaktorem merytorycznym. To nobilitacja. Ale też wyzwanie.

Skrócona wersja wywiadu ukazała się 23 października w papierowym wydaniu "Dziennika Łódzkiego"

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Dziennik Łódzki
Dodaj ogłoszenie