Eugenia Pol. Była katem dzieci czy ofiarą PRL-u?

Anna Gronczewska
Instytut Pamięci Narodowej
Udostępnij:
O Eugenii Pol na początku lat 70. mówiła cała Łódź. Intendentka z przyzakładowego żłobka miała się okazać oprawcą polskich dzieci z niemieckiego obozu przy ul. Przemysłowej. Jak było naprawdę?

P rewencyjny Obóz Policji Bezpieczeństwa dla Młodzieży Polskiej w Łodzi - to oficjalna nazwa niemieckiego obozu, w którym podczas wojny katowano polskie dzieci. Dziś potocznie znany jest jako obóz przy ul. Przemysłowej. To tam wychowawczynią była Eugenia Pohl.

Obóz przeznaczony był dla dzieci i młodzieży polskiej od 6. do 16. roku życia. Trafiały tam dzieci nie tylko z Łodzi, ale też ze Śląska, Zagłębia Dąbrowskiego, Wielkopolski, Pomorza, Mazowsza. Przywożono tam też bezdomne dzieci zatrzymane na ulicach, drogach i dworcach kolejowych. Więziono w nim także dziewczęta i chłopców, których rodzice działali w ruchu oporu i zostali skazani przez nazistowskie sądy.

Mali więźniowie obozu musieli pracować od godziny 8 do 16. Ustalano dzienne normy, które miały wykonać. Jeśli tego nie zrobiły, były karane. Na śniadanie i kolację dzieci dostawały kromkę suchego chleba i kubek czarnej kawy bez cukru, na obiad zupę z ziemniaków w łupinach lub z brukwi, bez tłuszczu.

Oblicza się, że przez obóz przeszło od 5 do 10 tysięcy dzieci. Nie wiadomo dokładnie, ile z nich zmarło, bo Niemcy zabrali lub zniszczyli podczas ewakuacji obozowe dokumenty. Kiedy obóz wyzwalano 19 stycznia 1945 roku, było w nim około tysiąca małych więźniów.

Właśnie w tym obozie wychowawczynią była Eugenia Pohl. Pochodziła z Ozorkowa, gdzie urodziła się w 1923 roku. Jej matka była łodzianką, ojciec pochodził z Górnego Śląska. Jako 17-letnia dziewczyna w czerwcu 1940 roku podpisuje volkslistę. W drugiej połowie 1942 roku podejmuje pracę w łódzkiej policji kryminalnej (kripo), gdzie zostaje przydzielona do pracy w tworzącym się właśnie obozie przy ulicy Przemysłowej. W marcu 1944 roku zostaje oddelegowana do filii obozu w Dzierżąznej. W sierpniu powraca do Łodzi. W obozie pracuje do wyzwolenia Łodzi. Po zakończeniu wojny, pod koniec maja 1945 roku Eugenia Pohl zameldowała się w Łodzi, w rodzinnym domu przy ul. Chełmońskiego 16a.

W sposób niewyjaśniony - prawdopodobnie przy pomocy jednego z pracowników urzędu - na druku zameldowania pojawiło się wtedy nazwisko Pol zamiast Pohl. Zniszczono także dokument jej okupacyjnego zameldowania. Kiedy więc zaczęto szukać zbrodniarzy wojennych, w tym wychowawców obozu przy ul. Przemysłowej, wśród nich Eugenii Pohl, Wydział Ewidencji Ludności w Łodzi pismem z 5 września 1946 roku informował, że Eugenia Pohl nie figuruje w rejestrze i nie jest aktualnie zameldowana w Łodzi. Dzięki temu przez 25 lat Eugenią Pol nikt się nie interesował.

Sytuacja zmieniła się, kiedy na początku lat 60. Wiesław Jażdżyński w książce „Reportaż z pustego pola”, przypomniał zapomnianą już nieco sprawę łódzkiego obozu dla dzieci przy ul. Przemysłowej. Eugenia Pol, razem z kilkoma więźniami, wzięła udział w odtworzeniu jego historii. Takie spotkanie odbyło się w ówczesnym Muzeum Historii Ruchu Robotniczego w Łodzi (dzisiejsze Muzeum Tradycji Niepodległościowych). Jak opowiadali świadkowie tych spotkań, Eugenia Pol usiadła przy jednym stole ze swoimi byłymi ofiarami. Normalnie ze wszystkimi rozmawiała. Nie ukrywała, że była wychowawcą w tym obozie, twierdziła jednak, że pomagała dzieciom, dawała im jedzenie. Ale część więźniów obozu zapamiętała ją z zupełnie z innej strony...

Sprawą zainteresowała się Okręgowa Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich w Łodzi. Prokurator Wojewódzki w Łodzi, Zbigniew Piechota, po bliższym zbadaniu sprawy, zadecydował o tymczasowym aresztowaniu Eugenii Pohl. 12 grudnia 1970 roku trafiła do aresztu.

„Eugenia Pol podejrzana jest, że w latach 1942-1944 w Łodzi jako nadzorczyni obozu karnego dla dzieci polskich, idąc na rękę władzy hitlerowskiej państwa niemieckiego, brała udział w eksterminacji dzieci polskich, przebywających w obozie, a w szczególności w bestialskim zamordowaniu więźniarek Urszuli Kaczmarek i Danuty Jakubowskiej” - napisano w uzasadnieniu aresztowania.

Śledztwo w sprawie Eugenii Pohl trwało kilka lat. Przesłuchano kilkudziesięciu świadków. W obronie siostry wystąpił jej brat, Mieczysław, który wysłał list do Edwarda Gierka. Pisał, że Eugenia została bezpodstawnie zatrzymana. Tłumaczył, że volkslista została narzucona całej rodzinie. A ich ojciec ma Złoty Krzyż Zasługi.

Ale zeznania świadków, którzy stanęli przed Sądem Wojewódzkim w Łodzi, obciążały Eugenię Pohl. Zwłaszcza Józefa Witkowskiego. Do 1961 roku nazywał się Józef Gacek, potem przyjął nazwisko drugiej żony. Od 1948 do 1954 roku był funkcjonariuszem Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego we Wrocławiu. Podczas wojny był więźniem obozu przy ul. Przemysłowej. Przed sądem opowiadał, że nie widział jak Eugenia Pol znęcała się nad Urszulą Kaczmarek i Teresą Jakubowską, ale koledzy opowiadali mu, że biła i polewała wodą te dziewczynki.

- Eugenia Pohl była postrachem obozu - zeznawał przed sądem Józef Witkowski. - Widziałem również, jak oskarżona rzucała z okna kawałki chleba. Małe dzieci, które bawiły się na dole, tratowały się, by złapać choćby kawałek. Ją ta zabawa bardzo bawiła.

Danuta Kęsik zeznawała, że Ula Kaczmarek była często bita przez Eugenię Pohl pejczem za to, że kradła żywność innym dzieciom. Uli od bicia zrobiła się rana na brzuchu wielkości pięści, w którą Pohl wkładała pejcz.

- Biła dzieci pejczem ze skóry lub kijem, pozbawiała posiłków oraz chodziła w mundurze niemieckim - mówiła z kolei przed sądem Teresa Owczarczyk. - Wyzywała dzieci od małp i polskich świń. W obozie rozmawiała w języku niemieckim i tego też wymagała od więźniów. Dzieci chore, moczące się były ciągnięte przez oskarżoną do pralni, gdzie polewała je zimną wodą.

Eugenia Pohl nie przyznała się do winy. Tłumaczyła, że rodzina przyjęła volkslistę, bo grożono jej wywiezieniem do obozu koncentracyjnego. Kiedy ją przyjmowano do obozu, coś przeczytano jej po niemiecku. Myślała, że będzie pracować w domu poprawczym. Twierdziła, że nie znęcała się nad dziećmi, że robiła to kierowniczka obozu Sydonia Bayer, która w 1945 roku została skazana na karę śmierci.

Eugenia Pohl przekonywała, że dziewczynki chciały, żeby to ona wykonywała kary, bo pozwalała im podkładać swetry. Zeznała, że nie widziała przypadków zemdlenia, polewania zimną wodą dzieci czy też skakania w workach z uniesionymi rękoma. Tłumaczyła, że już po wojnie, podczas spotkania w Muzeum Historii Ruchu Rewolucyjnego, siedziała przy jednym stole z byłymi więźniami. Mimo że była nadzorczynią w obozie, to jednak nie odczuła, by któryś z uczestników spotkania miał zastrzeżenia do jej postawy w obozie.

- Gdybym miała coś na sumieniu, nie poszłabym na to spotkanie - mówiła Eugenia Pohl. Zapewniała, że nie przypominała sobie, by składała wniosek o zmianę nazwiska. Po prostu je spolszczono. A po wojnie się nie ukrywała. Po jej zakończeniu miała być przesłuchiwana przez sędziego śledczego na placu Dąbrowskiego w Łodzi. Według oskarżonej, sędzia przypomniał zeznania dziewcząt z obozu i podziękował jej za to, że „była matką dla nich”. Nie znaleziono jednak dokumentów potwierdzających takie spotkanie.

Niedawno sprawie Eugenii Pohl przyjrzał się ponownie Artur Ossowski, naczelnik Biura Edukacji Narodowej łódzkiego oddziału IPN, w książce „Łódź pod okupacją 1939-1945”.

- Eugenia Pol była bez dwóch zdań oprawcą, częścią aparatu przymusu - tłumaczy Artur Ossowski. - Wykonywała gorliwie polecenia władz niemieckich. Sama stała się obywatelką Rzeszy, przyjmując volkslistę. Trzeba jednak pamiętać, że gdy zaczęła pracować w obozie, była bardzo młodą kobietą. Z pewnością ulegała przemianie wewnętrznej. Była pod ogromną presją Sydonii Bayer, osoby, która nadzorowała cały podobóz dziewczęcy.

Proces Eugenii Pol z dzisiejszej perspektywy budzi wiele zastrzeżeń. Nie wiadomo, czy dwóch ofiar, które jej przypisywano, nie zabiła Sydonia Bayer.

- Wątpliwości nie brakuje - twierdzi Artur Ossowski. - Proces Eugenii Pol, który rozpoczął się w 1972 roku, a zakończył w 1975 roku, był procesem poszlakowym. Zmieniano wiele razy świadków, zmieniano materiał dowodowy. Z dzisiejszej perspektywy państwa prawa jest to przykład nadużycia władzy.

Nie ma dowodów, że proces odbywał się pod presją, że żądano bez względu na wszystko ukarania Eugenii Pol.

- Nikt tego nie udowodnił, nie było takich pisemnych zleceń - uważa Artur Ossowski. - Można tu jednak przywołać zachowanie prokuratora generalnego, który nadzorował śledztwo.

Prokurator generalny pisał, że jeśli proces będzie się przeciągał, nie będzie wyroku skazującego, to zmieniony zostanie skład sędziowski i prokuratorzy.

- W czasie procesu wielu świadków zmieniało zeznania - mówi Artur Ossowski. - Podczas wojny byli małymi dziećmi. W śledztwie pytano ich o warunki panujące w obozie, atmosferę, a nie o Eugenię Pol. Na procesie miały miejsce konkretne pytania o oskarżoną. Nie potrafili na nie odpowiadać.

Eugenię Pol bronił z urzędu adwokat Stanisław Mauer. Był bardzo konkretny i drobiazgowy. Być może to sprawiło, że w pierwszej instancji Eugenię Pol uznano za niewinną. Jednak Sąd Najwyższy nakazał uzupełnienie śledztwa i zmienił postanowienie Sądu Wojewódzkiego. Eugenię Pol nadal traktowano jako podejrzaną i nakazano przedłużenie jej aresztu tymczasowego. W Prokuraturze Generalnej odbyło się zebranie, w czasie którego zapowiedziano, że kolejny proces Eugenii Pol nie może się zakończyć wynikiem niepomyślnym dla prokuratury. Oskarżenie miało wspierać dwóch łódzkich prokuratorów - Zenon Piechota i Zbigniew Błotnicki. Ten drugi sam był więźniem obozu w Buchenwaldzie.

Podczas drugiego procesu Eugenii Pol nie było już niespodzianek. 2 kwietnia 1974 roku Sąd Wojewódzki w Łodzi skazał Eugenię Pohl na 25 lat więzienia, 10 lat pozbawienia praw publicznych i konfiskatę mienia w całości. Kolejne instancje utrzymały to orzeczenie. Wolność odzyskała w 1989 roku. Stało się to możliwe, bo złagodzono jej wyrok. Nigdy nie przyznała się do winy. Wróciła do Łodzi i zamieszkała na Dąbrowie. Zmarła w 2003 roku.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

miejsce #1

Garmin

Garmin Venu Czarny (0100217313)

1 859,00 zł899,00 zł-52%
miejsce #2

Amazfit

Amazfit GTR 3 Czarny

1 118,39 zł569,00 zł-49%
miejsce #3

Huawei

Huawei Watch Fit Różowy

607,00 zł319,00 zł-47%
Materiały promocyjne partnera

Irański reżim zaczyna się chwiać

Komentarze 4

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość
26 stycznia, 05:07, Dziennik Łódzki:

Wasi pracodawcy byli oprawcami

...

G
Gość

Podatek od cukru wymyślono w obozie? Całe obozowe menu przypomina na ile stać dziś w świetlanej solidarnej przyszłości sporą część suwerena a i karna odpowiedzialność zbiorowa czy to w ustawie śmieciowej czy w zabraniu nabytych praw do emerytury ludziom niezwiązanym z tak zwanymi ubekami , którzy bez pardonu ścigali bandytów zdrajców i wywrotowców jak wszystkie służby w każdym państwie a wzorami posłużyły największe demokracje, jest jakby znajoma z tamtych czasów. Takim kapo, szmalcownikom, volksdojczom, gangsterom , okupantowi który zamęczył na śmierć miliony Polaków solidarni patrioci dali w ich lepsze ręce majątek narodu by mieli na godne życie po wojennym stresie gdzie jako młodzi przechodzili aryjskie przemiany i po zbrodniczym ich potraktowaniu przez władze PRLu.

G
Gość
26 stycznia, 11:07, Dziennik Łódzki:

Wasi pracodawcy byli oprawcami

i są dalej

D
Dziennik Łódzki

Wasi pracodawcy byli oprawcami

Więcej informacji na stronie głównej Dziennik Łódzki
Dodaj ogłoszenie