Han Solo: Gwiezdne wojny - historie. Recenzja: Harrison Ford może spać spokojnie

Dariusz Pawłowski
Dariusz Pawłowski
Han Solo, moim zdaniem najciekawsza postać klasycznych „Gwiezdnych wojen”, doczekał się własnego filmu w serii. Opowieść o młodości bohatera wyjaśnia wiele wątków jego biografii i przywołuje narodziny zawadiackiego stylu. Wyjaśniło się też jeszcze jedno: Harrison Ford może nadal sypiać spokojnie.

Udało się raz jeszcze, czy już nie i jakie elementy swojej filozofii wprowadził tym razem Disney? Odpowiedź na to pytanie pozostaje podstawową kwestią do rozstrzygnięcia w przypadku kolejnych odcinków gwiezdnej sagi. Treść staje się drugorzędna, ale przecież chodzi o oglądanie filmów, które dobrze znamy, a przez to lubimy. W języku marketingu dozgonnej sprzedaży tak silnej marki, jaką są „Gwiezdne wojny”, zwie się to rozbudową uniwersum.

I nie da się ukryć, że solowy projekt Hana Solo w zasadzie się powiódł (dzisiejszy światopogląd koncernu Disneya, rzeczywiście, wyraziście tu eksponowany, nie ma na to odczucie większego wpływu). Twórcy filmu zgrabnie rozkładają akcenty, by dać olbrzymią garść odniesień ortodoksom, a zarazem zadowolić tych, którzy nie chcą wgryzać się w szczegóły, a oczekują „jedynie” dobrej zabawy. Po raz kolejny możemy się przekonać, że stworzona przez George’a Lucasa opowieść ma olbrzymi potencjał i żonglowanie wywodzącymi się z niej wątkami, rozwijanie ich, dodawanie nowych (ale opartych na podobnych rozwiązaniach) to niekończąca się historia. Co więcej, jeszcze długo skazana na finansowy sukces, nawet, gdy pomysł - jakim była produkcja o młodości Hana Solo - niesie duże ryzyko niespełnienia oczekiwań fanów (przecież mnóstwo ludzi i tak poszłoby do kina, by osobiście przekonać się, iż wyszło źle). Można być nawet przekonanym, że z biegiem lat pojawią się eksperymenty, przedsięwzięcia, których realizatorzy spróbują wyłamać się z formuły i mocno zaskoczyć widza. Na razie jednak jest zgodnie z jasną stroną mocy.

Ron Howard pokazał, że trzymając się tego, co sprawdzone, a jednocześnie mając dużo frajdy z uczestnictwa w międzygalaktycznej awanturze, da się uradować fanów i bez świetlnych mieczy (takowy pojawia się tylko w jednej scenie). A że widzowie dobrze już tę rzeczywistość znają, niepotrzebne są żadne wprowadzenia, można ich od pierwszej sekwencji rzucić w wir pościgów, nie pozwalając zarazem na zbyt długie chwile odpoczynku. Dzięki głównemu bohaterowi, czyli cynikowi skrywającemu pod warstwą ironii i bezczelności szlachetne serce, możliwe było także przekłucie pompatycznego balonu poprzednich odsłon i zamienienie jednoznacznej walki dobra ze złem, na przyziemną bitwę o przetrwanie oraz porachunki gangsterskich syndykatów. No, nie do końca, bo to przecież i Disney, i dolarowy koncern, i „Gwiezdne wojny”, zatem motywy batalii o sprawiedliwość pojawić się muszą (jeden nawet, za sprawą pani robot wzywającej towarzyszy do rewolucji, dość kuriozalny). Reżyser jednak precyzyjnie i skutecznie trzyma się idei kinowej przygody, rozrywki, opowiadającej się po stronie zwykłych mieszkańców galaktyki, zajętych swoimi prywatnymi, doczesnymi sprawami i problemami, funkcjonujących w ponurych lokacjach, żyjących daleko od rozterek imperatorów, księżniczek i rycerzy broniących porządku wszechrzeczy. Ubiera to jednocześnie w komponenty zapożyczone z różnych filmowych gatunków od westernu, przez kino gangsterskie, heist film, aż po produkcje wojenne. Do tego mamy wątek miłosny, zrównoważony męską, a nawet międzygatunkową przyjaźnią. Wszystko po to, byś się widzu nie nudził, rozpoznając to, co już wielokrotnie widziałeś.

Nagromadzenie składników ma też jeszcze inny cel - odwrócenie do pewnego stopnia uwagi od średnio udanej decyzji o wyborze aktora do roli młodego Harrisona Forda - o, przepraszam, Hana Solo. Alden Ehrenreich ćwiczył przed lustrem szelmowski uśmiech, nie przynosi wstydu, ale też nie wykazał, iż nie mógłby go zastąpić jakikolwiek inny aktor. Charyzmy, uroku i wyjątkowości poprzednika w tej roli zdecydowanie brakuje. Aktorsko kradną film Paul Bettany jako Dryden Vos oraz Woody Harrelson w roli Tobiasa Becketta. Sporo złożoności Qi’Ri dodała Emilia Clarke, przyjemnie zdystansowany jako Lando Calrissian jest Donald Glover. Silnymi elementami są Joonas Suotamo w kostiumie Chewbacci i Thandie Newton jako Val. A naprawdę zabawnie się robi, gdy mając tę drużynę realizatorzy cytują kino - np. wersja Hana i Chewbacci „Ucieczki w kajdanach”...

Dawno, dawno temu George Lucas nie mając takich możliwości technicznych, jakie niesie współczesność, pisał scenariusze (jakie by nie były, to były). Dziś nie ma dla nich miejsca między efektami, rozróbą i podrzucaniem znajomo układających się w dłoni klocków.

Han Solo: Gwiezdne wojny - historie USA sci-fi, reż. Ron Howard, wyst. Alden Ehrenreich, Woody Harrelson, Emilia Clarke

★★★★☆☆

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

L
Looper
Poprawnne popitycznie do zrzygania nudne przewidywalne jak żaden z dotychczas nakreconych odpryskow bez szans obejrzenie drugi raz disneyowska papka do mielenia kasy
K
Kris
Film bardzo przyzwoity. Przyjemne, przygodowe kosmiczne kino.
Dodaj ogłoszenie