Indesit: szefowie są winni tragicznej śmierci

Marcin Bereszczyński
Ściany wielu kamienic zostały pokryte takim graffiti.
Ściany wielu kamienic zostały pokryte takim graffiti. Grzegorz Gałasiński
Zapadł wyrok w sprawie wypadku w łódzkim Indesicie. W 2005 roku prasa zmiażdżyła tam głowę pracownikowi.

Dziesiątki rozpraw, kilogramy dokumentów i łzy. Wiele łez. Po blisko pięcioletnim procesie łódzki sąd skazał wczoraj pięciu szefów z łódzkiego Indesitu na kary od roku do dwóch lat więzienia w zawieszeniu. Uznał, że są odpowiedzialni za tragiczną śmierć Tomasza Jochana, 21-letniego mężczyzny, któremu fabryczna maszyna zmiażdżyła głowę.

Bliscy Tomasza wysłuchali wczorajszego wyroku z kamiennymi twarzami. - Poświęciliśmy pięć i pół roku życia, aby udowodnić, że sytuacja, którą stworzył zakład pracy, doprowadziła do niepotrzebnej śmierci mojego syna. Wiem, że Indesit będzie się odwoływał, ale wyrok, który dziś zapadł, świadczy jednoznacznie, że winny był zakład. Wyrok sądu czegoś nauczył skazanych i jestem przekonany, że już nigdy w życiu nie zapomną o tym, żeby dbać o pracowników - mówił Jerzy Jochan, ojciec tragicznie zmarłego Tomasza.

Dodał, że rodzinie nie zależało na wysokich wyrokach dla kadry kierowniczej Indesitu, bo już samo zasiadanie na ławie oskarżonych było dla nich karą. Jego twarz była skamieniała od bolesnych wspomnień. Od sześciu lat żyje tym, co wydarzyło się w łódzkiej fabryce we wrześniu 2005 roku. Najchętniej wymazałby tamten dzień z pamięci. Bo który rodzic chciałby pamiętać dzień, w którym zginęło jego ukochane dziecko?

Tamtego dnia, 2 września, ciężarna pani Joanna czekała w pobliżu fabryki Indesitu. Jej mąż Tomasz lada moment miał skończyć pracę. Razem mieli wrócić do domu. Joanna zerkając na zegarek tuż po godz. 21 nie miała pojęcia, że właśnie zginął jej mąż. Mężczyzna chciał wyjąć z maszyny wytłaczającej elementy lodówek ścinki metalu. Usuwał odpady za pomocą drewnianego kija o długości 40 cm. Nagle maszyna ruszyła. Na głowę Tomasza Jochana spadła dwutonowa prasa.
Życie pani Joanny zatrzymało się na chwilę. Była w ciąży. Straciła ją. Świat zawalił się także Annie i Jerzemu Jochanom - rodzicom Tomasza. Nie chcieli, żeby pracował w Indesicie. Marzyli, że skończy studia, bo nauka przychodziła mu wyjątkowo łatwo. Ale Tomasz był uparty. Chciał zarobić na rodzinę, nie oglądał się na rodziców.

Prokuratura przez rok zbierała dowody na to, że stanowisko pracy, na którym doszło do tragedii, nie spełniało norm bezpieczeństwa, a kierownictwo firmy nie egzekwowało przestrzegania przepisów i bhp.

Po wypadku pracownicy zaczęli głośno krytykować warunki pracy w fabryce. Przed bramą zakładu odbyły się pikiety, w mieście pojawiły się ulotki i napisy na murach przypominające o tragicznej śmierci Tomasza. Kierownikowi jednej z linii montażowych ktoś pociął twarz. Po tym napadzie zawiadomiono prokuraturę o telefonicznych i internetowych groźbach pobicia i śmierci kolejnych kierowników z Indesitu. Sprawę umorzono, bo nie ustalono sprawców.

Styczeń 2007 rok. Początek procesu. Najbardziej dramatyczne były zeznania Joanny, wdowy po zmarłym. Kobieta, gdy powtarzała to, co opowiadał jej mąż po powrocie z pracy, opierała się o mównicę, żeby nie upaść. Kolejni świadkowie, którzy pracowali przy tej samej maszynie, przy której zginął Tomasz Jochan, opowiadali wstrząsające historie. Jeden z nich doznał poważnych obrażeń. Kolejny skarżył się na zmuszanie do pracy ponad siły. - Ciągle nas poganiano, ciągle było za mało wydajnie - zeznał.
Prokuratura ustala, że fabryce zależało na wyprodukowaniu jak największej liczby komponentów. Zdemontowanie czujników pozwalało na szybszą pracę maszyny.

Marzec 2010 rok. Mijają trzy lata, odkąd przed sądem stanęło kierownictwo fabryki. Końca procesu nie widać. Wciąż nie ma odpowiedzi na pytania, dlaczego Tomek znalazł się w obrębie maszyny w kilka minut po zakończeniu wieczornej zmiany? Kto polecił zdjąć zabezpieczenia z maszyny? Kto je zdjął? Na każdej rozprawie są rodzice Tomasza. Chcą wiedzieć, kto odpowiada za śmierć ich ukochanego syna. Gdy sąd chce sprawdzić w fabryce, na czym polega działanie maszyny, chcą tam być. Ale nie mogą wejść, bo podczas rozprawy występują jako publiczność. A ta nie ma wstępu do Indesitu. Za względów bezpieczeństwa. Ojciec Tomasza umówił się z synową pod siedzibą Indesitu. Chcą złożyć kwiaty, zapalić znicze.

Od samego początku wdowa po Tomaszu i jej teściowie mówią, że interesuje ich jedynie wyrok skazujący. Nieważne, czy winni dostaną wyroki w zawieszeniu, czy trafią za kraty. Liczy się tylko to, by na sali sądowej padło, że "oni" są winni śmierci Tomka.

"Oni", czyli Antonio S., dyrektor fabryki lodówek, Krzysztof W., dyrektor do spraw produkcji, Sławomir J., kierownik zmiany, Bartosz B., kierownik sekcji, i Wiktor Sz., także kierownik sekcji.
- Każda wizyta w sądzie jest ogromnie bolesna, nie można obojętnie słuchać, jak adwokaci przepychają się między sobą o to, w jakim położeniu była prasa, gdy zmiażdżyła Tomka. Mówią jak o manekinie. A to był nasz syn - rodzice odchorowują każdą rozprawę.

Przesłuchanie 20 świadków zabrało trzy lata. Kilka rozpraw zostało odwołanych. Bo oskarżonemu coś wypadło, bo obrońcy coś wypadło, bo wypadek miał pełnomocnik rodziny. Na jedno posiedzenie na czas nie dotarł żaden świadek. Przesłuchanie ponad 20 świadków trzy lata zabrało.

Podczas mów końcowych potrzebna była przerwa, bo wdowa we łzach wybiegła z sali. - Głupota paru osób, które zasiadły na ławie oskarżonych, spowodowała, że Tomasz Jochan musiał zginąć - grzmiał Jarosław Szczepaniak, pełnomocnik rodziny. Adwokaci odpierali, że jedyną osobą, która dopuściła się rażącego niedbalstwa, był właśnie Tomasz Jochan.

Adwokaci prosili o uniewinnienie piątki oskarżonych, a w przypadku dyrektora Antonio S. o warunkowe umorzenie sprawy. Sąd jednak skazał całą piątkę.

- Rozstrzygnięcie sądu nie koresponduje ze stanowiskiem obrony. Składam zapowiedź apelacji. Chcę zapoznać się z uzasadnieniem wyroku. Muszę skonsultować się ze swoim klientem - powiedział Michał Gąsecki, adwokat Krzysztofa W.

Proces nie pozostał bez echa w Indesicie. - Okazało się, że same przepisy dotyczące bezpieczeństwa pracy to nie wszystko. Konieczne jest ich przestrzeganie. Dlatego obecnie kładziemy na to nacisk. Wprowadzamy nowe regulacje dotyczące bhp. Jesteśmy teraz jedną z najbezpieczniejszych firm - zapewnił Zygmunt Łopalewski, rzecznik Indesitu.

Maszyna, przy której zginął Tomasz Jochan, ciągle pracuje w Indesicie.
współpraca Alicja Zboińska

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie