Jacek Santorski: Nie ma dobrej Wigilii bez Adwentu

Agaton Koziński
FOT. BARTEK SYTA
U Polaków występuje duża rozbieżność między rytualnymi, schematycznymi zachowaniami, które oni są gotowi zadeklarować publicznie, a rzeczywistością. Widać to choćby na przykładzie opłatka, którym łamiemy się przy kolacji wigilijnej. Składamy sobie nawzajem życzenia, mimo że żywimy do siebie wiele urazów - mówi psycholog, Jacek Santorski w rozmowie z Agatonem Kozińskim

Na klasycznej liście 43 najbardziej stresujących wydarzeń w życiu, którą w 1967 r. opracowali amerykańscy psychiatrzy Thomas Holmes i Richard Rahe, święta znajdują się na przedostatnim miejscu. Nie za nisko? Nie powinny się znaleźć wyżej na tej liście?
Ta lista to wynik badania, które przeprowadzili Holmes i Rahe. Zapytali oni 5 tys. osób, jakich wydarzeń najbardziej obawiają się w nadchodzącym roku - a następnie ułożyli swoją listę, kierując się ilością wskazań respondentów.

Święta jako stresujące wskazało 12 proc. ankietowanych.
A na pierwszym miejscu tej listy znalazła się śmierć współmałżonka - byłaby ona powodem stresu dla wszystkich przepytanych osób. Widać więc, że te dwa wyniki dzieli przepaść. Ale też nie należy tych badań traktować jako kanonicznych. Proszę pamiętać, że przeprowadzono je ponad czterdzieści lat temu. Od tego czasu ludzie bardzo poprawili umiejętność radzenia sobie ze stresem. Jeśli dzisiaj święta wywołują stres, to podejrzewam, że z innego powodu niż dawniej.

Jakiego?
Stres bierze się z zaskoczenia. Sparaliżować czy przestraszyć mogą nas sytuacje, które na co dzień nie robią na nas większego wrażenia. Tyle że codziennie jesteśmy na nie przygotowani, spodziewamy się ataku i wiemy, jak go odeprzeć. Pod tym względem jesteśmy dużo lepiej przygotowani do radzenia sobie ze stresem niż w czasach, gdy Holmes i Rahe robili swoje badania. Ale w czasie świąt rozprężamy się. Boże Narodzenie kojarzy się nam z czasem spokoju, zatrzymania, refleksji. Przecież to właśnie wtedy zwierzęta mówią ludzkim głosem. Gdy więc nagle w tym okresie pojawi się napięcie, jesteśmy wobec niego bezradni. W takich sytuacjach stres występuje jako reakcja obronna, często wywołuje go nawet drobniejsza kwestia niż te, z którymi spotykamy się na co dzień.

Boże Narodzenie to sytuacja, z jaką spotykamy się bardzo rzadko, siłą rzeczy nie jesteśmy z nią oswojeni tak jak z codziennością. A przy okazji świąt dochodzi nam masa obowiązków: kupno prezentów, świąteczne sprzątanie, przygotowanie wigilii. Na to jeszcze nakłada się konieczność rozmowy z rodziną, którą słabo znamy - albo sytuacja jeszcze trudniejsza, czyli samotność. Dlatego zastanawiam się, czy Holmes i Rahe nie umieścili świąt zbyt nisko na swojej liście.
Proszę pamiętać, że to są amerykańskie badania, niekoniecznie dają się w prosty sposób przenieść na nasz grunt. Poza tym to są stare badania. Dziś źródłami stresu są inne sytuacje niż te z czasów tych badań, ludzie też całkowicie inaczej reagują na stresujące sytuacje. Z tej samej katastrofy część osób wyciąga lekcje na przyszłość, inna część uważa, że to był spisek wymierzony w nich, a jeszcze inna zaczyna myśleć o sobie jako o życiowych pechowcach. Właśnie ta różność reakcji na sytuacje stresowe mocno różni nas od osób żyjących w latach 60. czy 70. Dlatego ankieta Holmesa i Rahego nie przystaje do współczesności.

Co więc dziś stresuje nas w świętach najbardziej?
Powiedziałem to przed chwilą: ich zwodniczość. Nastawiamy się na sielankę, wyłączamy mechanizmy obronne i każde napięcie, nawet drobne i niewinne, wytrąca nas z równowagi. Owszem, taka sytuacja - jak pan zauważył - ma miejsce co roku i powinniśmy się na nią uodpornić. Ale właściwie co roku każdy z nas odczuwa tę samą tęsknotę: chce, żeby to zbliżające się Boże Narodzenie było dla niego dobrym, ważnym przeżyciem. Tę tęsknotę rozbudza w nas jeszcze marketing przedświąteczny, bombardując nas ze wszystkich stron kolędami, pastorałkami, mikołajami i pięknie przystrojonymi choinkami. Z jednej strony doprowadza nas to do szału, ale z drugiej, niejako podświadomie, rozbraja z codziennej gotowości do walki. To wszystko sprawia, że w czasie świąt jesteśmy mniej gotowi na wyzwania, napięcia. Łatwiej nam odbyć trudną rozmowę z szefem w godzinach pracy niż spędzić Wigilię z rodziną, którą tak naprawdę słabo znamy.

Mam wrażenie, że przedstawił Pan dwie trochę wykluczające się tezy. Z jednej strony twierdzi Pan, że badania Holmesa i Rahego są już nieaktualne, bo dziś lepiej radzimy sobie ze stresem, ale z drugiej strony akcentuje Pan zwodniczość świąt. Te dwie myśli łączą się ze sobą?
Zjawiska, które się wykluczają z logicznego punktu widzenia, wcale nie muszą się nawzajem znosić, gdy spojrzy się na nie z perspektywy psychologicznej. Generalnie zresztą zastosowanie narzędzia logicznej konsekwencji do psychiki człowieka może być zwodnicze - to uwaga na marginesie. A wracając do naszego tematu rozmowy. Proszę pamiętać, że święta uruchamiają w nas wiele tęsknot. Wystarczy rzucić podstawową zbitkę słowną jak "rodzinne święta" - i natychmiast przed oczami staje nam mnóstwo stereotypów z nią związanych. Współczesne badania przeprowadzone w tym roku w Polsce mówią, że dla 99 proc. Polaków rodzina jest bardzo ważna. Nic dziwnego więc, że wspólnej Wigilii nadajemy specjalne znaczenie - i dlatego tym trudniej zrozumieć nam frustrację, gdy nie wszystko pójdzie zgodnie z planem. Takie rozczarowanie może się okazać bardzo bolesne. Tym bardziej, że Boże Narodzenie niesie ze sobą wiele innych stereotypów, na przykład tęsknotę za momentem zadumy, chwilą pokoju, wzajemnym wybaczeniem i zrozumieniem, podarunkami. Te klisze wyrosły wokół Gwiazdki w wymiarze społecznym, a przecież dla każdego chrześcijanina te święta mają także bardzo ważny wymiar religijny. Mieszanka tych wszystkich stereotypów i tęsknot może być naprawdę wybuchowa w sytuacji, gdy nie wszystko przebiega z naszymi oczekiwaniami. A wtedy poziom stresu gwałtownie rośnie.

Bo nie jesteśmy na to przygotowani.
Tak. W czasie świąt wyłączamy czujność, a włączamy idealistyczne nastawienie do świata. Nie ma rozczarowania, jeśli się wcześniej nie pozwolimy zaczarować. Ale im bardziej damy się zaczarować, tym zawód może być głębszy, bardziej bolesny. Nie mam badań potwierdzających moją tezę, ale podczas swojej praktyki psychologicznej dostrzegłem pewną prawidłowość wyjaśniającą, czemu tak wiele osób ciężko znosi święta.

Gdzie tkwi źródło tej niechęci do Bożego Narodzenia?
W hipokryzji. U Polaków występuje duża rozbieżność między rytualnymi, schematycznymi zachowaniami, które oni są gotowi zadeklarować publicznie, a rzeczywistością. Widać to choćby na przykładzie opłatka, którym łamiemy się przy kolacji wigilijnej. Składamy sobie nawzajem życzenia, mimo że żywimy do siebie wiele urazów, mimo że nie wybaczyliśmy sobie różnych przewin, które nazbierały się podczas całego roku. Ale łamiemy się opłatkiem, bo tak wypada, bo taki jest rytuał. Najlepiej widać hipokryzję tej sytuacji u trzynastolatków. W tym wieku młodzież ma wzmożone poczucie autonomii i często odmawia udziału w tym rytuale, widząc jego nieszczerość. Osobom dorosłym łatwiej jest zracjonalizować własne zachowanie - ale także u nich już ten opłatek może być początkiem frustracji, stresu. Oni też bowiem odczuwają niespójność tej sytuacji, gryzie ich rozbieżność między fasadą rytuału a prawdziwymi uczuciami, emocjami, które grają im w głębi duszy.

Można tego uniknąć?
Można, ale pod warunkiem że do tych świąt się przygotujemy. Problem w tym, że mało kto myśli o Bożym Narodzeniu jesienią - a wtedy jest czas na domykanie spraw, łagodzenie konfliktów, wyjaśnianie sobie niedomówień. Nie da się tego zrobić podczas łamania się opłatkiem w Wigilię.

Kościół wiernych przygotowuje do Bożego Narodzenia podczas trwającego miesiąc Adwentu. Ale z tego co Pan mówi, ten Adwent byłby wskazany dla każdego.
Ci, którzy potrafią z Adwentu skorzystać, na pewno mają szansę obniżyć ten poziom zakłamania, niespójności, jaki towarzyszy świętom w Polsce. Ale dla wielu osób Boże Narodzenie jest oderwane od kontekstu religijnego. One pełnią tylko rolę wydarzenia społecznego, rodzinnego. To zacna tradycja, nie zamierzam jej podważać - mimo że narodziny Chrystusa czy kolędy są tylko pretekstem do spotkania, często nawet firmowego. Choć wcale nie jest tak, że Adwent jest jedyną drogą do udanych świąt. Można przez niego przejść i nie pozbyć się zakłamania. Niedawno spotkałem się z jezuitą Wojciechem Żmudzińskim, który tłumaczył mi, że istotą chrześcijaństwa jest obmyć bliźniemu stopy czy opatrzyć rany. Ale trudno obmywać stopy i opatrywać rany, gdy nasze ręce są ściśnięte do modlitwy, a ciało unieruchomione na klęczkach. Na pewno Adwent przeżyty w towarzystwie takiego jezuity pozwoli przeżyć święta w sposób autentycznie dobry. Choć trzeba pamiętać, że to tylko jeden wymiar świąt.

Jaki jest ten drugi?
On ma wymiar nie religijny, tylko czysto społeczny. Generalnie w Polsce wkład w życie rodzinne jest stosunkowo niewielki. Często jest tak, że jest jedna osoba, która bierze na siebie cały wysiłek przygotowań. Jest heroicznym wybawicielem reszty rodziny. Ona bierze na siebie i przygotowanie choinki, i prezenty, i sprzątanie, i przygotowanie wszystkich 12 dań wigilijnych. Często jest to babcia albo mama, rzadziej ojciec - choć to też się zdarza. Trzeba bardzo uważać, żeby osoba, która bierze na siebie ciężar przygotowań, nie poświęcała się za bardzo. Bo takie poświęcenie łatwo może się obrócić przeciwko niej.

W psychologii jest opisany trójkąt dramatyczny: wybawiciel - ofiara - prześladowca. Nie dajmy się w niego wpisać w święta. Może się tak stać, gdy podejdziemy do nich zbyt ambitnie

W jaki sposób?
Jedno niepowodzenie przerodzi się we frustrację, ta osoba będzie się czuła ofiarą. W jej głowie pojawi się myśl: "jacy oni wszyscy są niewdzięczni". A od takiej myśli bardzo blisko do refleksji typu: "jesteście bezduszni" czy "znów mnie wykorzystaliście". Dlatego zachęcam do tego, by przed świętami podzielić obowiązki między członków rodziny - tak żeby każdy miał własny wkład w przygotowania. I lepiej nastawić się na średnio ambitny scenariusz, by potem uniknąć frustracji wynikającej z nadmiernie rozbudzonych oczekiwań. Żeby nie było sytuacji, w której pani domu nie ma jak podać 12. dania podczas wigilii, bowiem musi zmywać talerze po szóstym. W psychologii jest opisany trójkąt dramatyczny: wybawiciel - ofiara - prześladowca. Nie dajmy się w niego wpisać przy okazji świąt.

Ale jak spuścić powietrze z tego świątecznego balonu? Jak sobie powiedzieć, że to "tylko" Gwiazdka, a nie "aż" Gwiazdka? Nie można Bożego Narodzenia traktować po prostu jak kolejnego długiego weekendu?
Może nie aż tak, ale na pewno warto zmniejszyć poziom oczekiwań. Psychologia zna słowo klucz do takich sytuacji, który jest zaczerpnięty z obserwacji procesu wychowania dzieci. Otóż mówi się o "good enough parenting", czyli wystarczająco dobrym rodzicielstwie. Ono jest zaprzeczeniem rodzicielstwa dążącego do perfekcji. Rodzice, którzy wszystko chcą robić idealnie, szybko stają się fundamentalistami - mnóstwo wymagają od siebie, a później od dzieci. Często oznacza to jednak utratę łączności z własnymi dziećmi, brak zrozumienia dla ich prawdziwych potrzeb. Dlatego właśnie powstało określenie wystarczająco dobrego rodzicielstwa. Ono zdejmuje z rodziców poczucie winy, że nie dość dużo czasu poświęcają dzieciom. Podobną regułę można zastosować w odniesieniu do świąt. One nie muszą być idealne, wystarczy, jak będą udane, w tym sensie, że pozwolą zrealizować nasze tęsknoty, rytuały - ale bez przegięcia. Dlatego nie można Bożego Narodzenia traktować jak zwykłego weekendu - to z kolei byłoby przegięcie w drugą stronę, byłoby zachowaniem cyniczno-nihilistycznym. Ale nie wolno też popadać w bożonarodzeniowy fundamentalizm.

A jeszcze jedna świąteczna przeszkoda, którą często trudno pokonać. Jak radzić sobie przy świątecznym stole, przy którym często spotykamy rodzinę właściwie sobie nieznaną i z którą nie mamy wspólnych tematów do rozmowy?
W święta powinny obowiązywać proste reguły. Jedzmy - tylko im więcej dań, tym mniejsze porcje, ponieważ organizm "pilnuje" tłuszczu, zawsze łatwiej utyć, niż potem schudnąć. Pijmy - ale też nie za dużo. Poza tym śpiewajmy kolędy i idźmy na pasterkę. Nie należy natomiast zapełniać wspólnej przestrzeni tematami, które mogą nas poróżnić albo do których możemy być nieprzygotowani.

Czyli nie rozmawiamy o polityce i piłce nożnej.
Futbol nie jest groźny, chyba że spotkają się jego prawdziwi wyznawcy przywiązani do barw klubowych na śmierć i życie. Ale nie powinno się poruszać spraw dotyczących polityki i ideologii. Unikajmy tych tematów. Ostatni rok pokazał, że Polska jest mocno pęknięta na dwie części - i to pęknięcie bardzo często przebiega przez środek stołu wigilijnego. Jeśli mamy się przy tych stołach spotkać i wziąć - przynajmniej na jakiś czas - to pęknięcie w nawias, to lepiej unikać tematów społecznych, politycznych, dyskusji o tym, kto jest winny temu, że jest źle. Weźmy urlop od tematów politycznych. Wtedy dobrze przeżyjemy te święta.

Rozmawiał Agaton Koziński

Jacek Santorski, psycholog społeczny i biznesu, były psychoterapeuta. Prowadzi Akademię Psychologii Przywództwa Szkoły Biznesu Politechniki Warszawskiej i ośrodka konsultingu Values. Członek Rady Gospodarczej przy premierze.

Wideo

Materiał oryginalny: Jacek Santorski: Nie ma dobrej Wigilii bez Adwentu - Polska Times

Komentarze 3

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

E
Eugeniusz
Psychologia od dawna jest miejscem boju o rzetelność naukową. Właściwie odkąd powstała, każda dekada jej rozwoju obfituje w naukowe oszustwa, jest bowiem nauką niezmiernie podatną na brak obiektywizmu badaczy. Pomnik spiżowy wystawiony spuściźnie ojca psychoanalizy wydaje się na pozór trwały i solidny, dopiero po bliższym oglądzie widać, jak pułapka autorytetu potrafi okpić środowisko naukowe i przyjąć pozę autorytarnej wykładni doktryny na wiele dekad. Jak to możliwe?
B
Ben Goldacre
Psychologia od dawna jest miejscem boju o rzetelność naukową. Właściwie odkąd powstała, każda dekada jej rozwoju obfituje w naukowe oszustwa, jest bowiem nauką niezmiernie podatną na brak obiektywizmu badaczy. Pomnik spiżowy wystawiony spuściźnie ojca psychoanalizy wydaje się na pozór trwały i solidny, dopiero po bliższym oglądzie widać, jak pułapka autorytetu potrafi okpić środowisko naukowe i przyjąć pozę autorytarnej wykładni doktryny na wiele dekad. Jak to możliwe?
M
Magda
Zadziwiające jak psycholodzy - istoty zagubione i nieporadne - próbują poprawić sobie samopoczucie obdarzając innych swoimi lękami i zahamowaniami. W dodatku swoją wiedzę budują głównie na zawodnych ankietach. Panie Santorski święto jest niecodzienne i o to chodzi. Cóż przebaczać można zawsze i to bez porady psychologa, chodzi raczej o chęć wybaczania.
Dodaj ogłoszenie