Nasza Loteria SR - pasek na kartach artykułów

Jak można przespać mecz o życie? Korona Kielce – ŁKS 1:0

R. Piotrowski
Michał Trąbka [Fot. Krzysztof Szymczak]
Nie wiemy, co stało się z piłkarzami ŁKS w ciągu ostatnich pięciu dni, ale drużyna, która w Kielcach po zatrważająco słabym meczu przegrała 0:1 z Koroną w niczym nie przypominała tej z wygranego spotkania z Zagłębiem Lubin. Efekt tego jest taki, że beniaminek szanse na utrzymanie zachował wyłącznie matematyczne. Czy tak się powinno walczyć o ligowe życie?

Nawet po jesiennej koszmarnej serii porażek nikt na czele z prezesem Tomaszem Salskim nie rozważał w al. Unii 2 rozwiązania umowy z trenerem Kazimierzem Moskalem. W Kielcach szef Korony Krzysztof Zając takiej cierpliwości względem swoich szkoleniowców w tym sezonie nie okazywał. „Złocisto-krwiści” rozpoczęli sezon pod wodzą Gino Lettieriego, potem miejsce Włocha zajął na chwilę Sławomir Grzesik, we wrześniu na trenerskie ławce zasiadł Mirosław Smyła, a po słabym starcie wiosną tego ostatniego zastąpił tuż przed meczem z ŁKS Maciej Bartoszek.
Odpowiedź na pytanie o to, która z filozofii prowadzenia drużyny przyniesie lepszy efekt poznamy dopiero w maju. Dziś wiemy jedynie, że efekt „nowej miotły” w Kielcach zadziałał, choć oba zespoły zaserwowały nam w poniedziałek beznadziejne widowisko.

ŁKS niby próbował przejąć inicjatywę, lecz długo nie przekładało się to na bezpośrednie zagrożenie bramki strzeżonej przez Marka Kozioła, bo uderzenia w mur z rzutu wolnego Antonio Domíngueza czy próba śmiałego dryblingu w polu karnym w wykonaniu Adama Ratajczyka za takie uznać przecież nie sposób. Beniaminkowi brakowało i zmiany tempa akcji, i przede wszystkim precyzji, co gorsza zdarzało się, że łodzianie nie potrafili zagrać dokładnie na odległość kilku zaledwie metrów, a gdy już raz czy dwa zdołali wyprowadzić groźną kontrę, zaporą nie do przejścia dla gości okazywał się świetnie tego dnia dysponowany Ognjen Gnjatić.

Po drugiej stronie boiska działo się jeszcze mniej. Kłopoty łodzianom sprawiał od wielkiego dzwonu Petteri Forsell, na szczęście dla przyjezdnych Fin nie mógł liczyć na wsparcie kolegów, więc groźnie zapowiadające się ataki Korony „wyjaśniali” albo Carlos Moros Gracia, albo Maciej Dąbrowski (doświadczony stoper i tym razem nie skorzystał ze specjalnej maski, w którą wyposażono zawodnika po tym, jak w meczu z Arką w Gdyni doznał złamania kości nosowej).

Z boiska wiało więc nudą, dość powiedzieć że pierwszy celny strzał oglądaliśmy w poniedziałkowy wieczór dopiero w 38. minucie, gdy piłkę huknął z półwoleja Antonio Domínguez (dobrze ustawiony Marek Kozioł nie dał się zaskoczyć). Emocje rozpoczęły się dopiero po przerwie, a ta nie przyniosła niestety dla łodzian nic dobrego.

Korona sama nie potrafiła stworzyć zagrożenia pod bramką rywala i nieoczekiwanie pomógł jej w tym ŁKS, choć zdania co do tego, czy po starciu Carlosa Morosa Gracia z Mateuszem Spychałą miejscowym należał się rzut karny są podzielone. Pan Daniel Stefański po konsultacji z VAR-em takich wątpliwości nie miał, wskazał na wapno i po chwili pierwszy celny strzał na bramkę kielczan Adnan Kovačević zamienił na gola.

Trener Kazimierz Moskal próbował ratować sytuację dwoma zmianami (na boisku zameldowali się Łukasz Sekulski i Jose Pirulo), lecz zdało się to na niewiele, ba, gdyby nie Arkadiusz Malarz kielczanie szybko podwyższyliby prowadzenie (na bramkę ŁKS uderzali Forsell, Radin i Kovačević). Goście obudzili się dopiero w 70. minucie, poza jednak dwoma groźnymi strzałami w wykonaniu Ricardo Guimy i Adama Ratajczyka, po których zresztą piłka poszybowała obok słupka, zdziałali w ofensywie niewiele.

ŁKS przegrał już szesnasty mecz w tym sezonie, do bezpiecznej trzynastej w tabeli Wisły traci już jedenaście punktów i szanse na utrzymanie zachował już wyłącznie matematyczne. W Kielcach zaprezentował się skandalicznie słabo i szkoda nam jedynie grupy sympatyków łódzkiego klubu, którzy w poniedziałkowy wieczór wspierali beniaminka z trybun stadionu Korony, bo od patrzenia na to, co wyprawiali ełkaesiacy z piłką niekiedy aż oczy bolały.

Co więcej, nie można wykluczyć (choć na razie wydaje się mało prawdopodobne) że spotkanie w Kielcach było ostatnim meczem piłkarskiej ekstraklasy w sezonie 2019/2020. W związku z zagrożeniem epidemią koronawirusa premier RP Mateusz Morawiecki spotka się z szefami związków sportowych.

Korona Kielce - ŁKS Łódź 1:0 (0:0)
Bramka: 1:0 Adnan Kovačević (53 - kar.)
Korona: Marek Kozioł - Mateusz Spychała, Themistoklis Tzimopoulos, Adnan Kovačević, Grzegorz Szymusik, Ognjen Gnjatić, Bojan Čečarić (31, Rodrigo Zalazar), Milan Radin (73, Jacek Kiełb), Jakub Żubrowski, Petteri Forsell (90, Dawid Lisowski), Matej Pučko. Trener: Maciej Bartoszek.
ŁKS: Arkadiusz Malarz – Artur Bogusz, Carlos Moros Gracia, Maciej Dąbrowski, Tadej Vidmajer, Dragoljub Srnić, Ricardo Guima, Michał Trąbka (79, Samuel Corral), Antonio Domínguez (61, Jose Pirulo), Adam Ratajczyk, Jakub Wróbel (61, Łukasz Sekulski). Trener: Kazimierz Moskal.
Żółte kartki: Tzimopoulos - Moros
Sędziował: Daniel Stefański (Bydgoszcz)
Widzów: 4678

od 7 lat
Wideo

Hokejowe Fudeko GAS Gdańsk chce się rozwijać

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na dzienniklodzki.pl Dziennik Łódzki