Jarosław Flis: Sukces na Podkarpaciu nie przesądza o...

    Jarosław Flis: Sukces na Podkarpaciu nie przesądza o hegemonii PiS

    Marcin Darda

    Dziennik Łódzki

    Aktualizacja:

    Dziennik Łódzki

    Z dr. Jarosławem Flisem, politologiem z Uniwersytetu Jagiellońskiego, rozmawia Marcin Darda
    Jarosław Flis

    Jarosław Flis ©Andrzej Banas

    Zdzisław Pupa z PiS w uzupełniających wyborach do Senatu miażdży konkurencję. Chyba żadne zaskoczenie, skoro wybory odbyły się na Podkarpaciu, mateczniku PiS?
    Na pewno większym zaskoczeniem byłaby przegrana kandydata PiS niż jego zwycięstwo. Warto pamiętać, że ze wszystkich 100 okręgów senackich, ten podkarpacki to taki, w którym przewaga kandydata PiS nad najsilniejszym kontrkandydatem była największa. PiS jeszcze lepsze wyniki ma na Podhalu, ale tam bardzo dobre wyniki ma także PO. Te wyniki z niedzielnych wyborów porównałem z wynikami z wyborów uzupełniających w Krośnie z 2008 r. Na nie też patrzyła cała Polska, wszyscy wieszczyli rozpad PiS, a oni wtedy wygrali.
    Jeśli zatem ktoś chce wierzyć, że to, co się stało w niedzielę na Podkarpaciu, to jest dokładny prognostyk tego, co czeka nas za dwa lata w wyborach parlamentarnych, to może tak powiedzieć. Ale równie dobrze, jeśli ktoś chce wierzyć, że to bez znaczenia, to też znajdzie dowody w postaci innej interpretacji wyników na potwierdzenie swojej tezy, bo chodzi tu głównie o efekt psychologiczny wyniku wyborów na Podkarpaciu. PiS się utwierdził w przekonaniu, że ma się dobrze, a koalicja PO-PSL wie, że choroba nie przeszła i trzeba się wziąć do roboty. Poza tym opozycja przy takich okazjach jak wybory przedterminowe lub uzupełniające zawsze mobilizuje się w większym stopniu niż rządzący. I to jest pierwsza sprawa, a druga to Kazimierz Ziobro, kandydat Solidarnej Polski.

    Zdobył tylko 11 proc. mimo sztuczki socjotechnicznej z rozpoznawalnym nazwiskiem. Czy po czymś takim można powiedzieć, że z tej partii jeszcze coś będzie?
    To jest tylko 11 proc. i aż 11 proc. Z jednej strony to jest partia, która może zniknąć, ale z drugiej strony to jest jedna szósta głosów PiS, a to strata, która jest odczuwalna. Nie jest to śmiertelne zagrożenie dla PiS, ale też nie takie, które można zlekceważyć. Na Podkarpaciu kiedyś już PJN odebrał 2 proc. PiS-owi, akurat tyle, by mogła rządzić tam koalicja PO-PSL, a nie byłoby tego, gdyby wyborcy PJN zostali przy PiS. Teraz z SP też jest wielka niewiadoma, bo nie wiadomo, jak się ułożą relacje pomiędzy PiS a partią Zbigniewa Ziobry. Czy będą te wzajemne łajanki, czarny PR i rów nie do zasypania, czy też "wszystkich chętnych zapraszamy do PiS". Ale też jest faktem, że Solidarna Polska nie wystawi przecież w każdym okręgu do Sejmu bądź Senatu kandydata o nazwisku identycznym jak lidera tej partii, czyli Zbigniew Ziobro.

    Po wyniku Zdzisława Pupy PiS mówi, że popiera go 61 proc. Polaków. Czy politycy mają prawo tak mówić, skoro tylko potwierdzili supremację na Podkarpaciu, a nie - jak w przypadku Elbląga - odwrócili trend wyborczy?
    W poprzednich wyborach sejmowych PiS na Podkarpaciu zdobył 51 proc. Zatem w niedzielę poprawił swoje notowania o jedną piątą. Gdyby w skali kraju poprawił swoje notowania o ten wynik, wyszłoby, że ma około 36 proc. Pewnie wybory by wygrał, ale Budapeszt to nie jest. Nie ponad 60 proc., a 36. Trzeba powiedzieć, że to na pewno jest sukces, ale też normalne wahnięcie. Mamy do czynienia ciągle z taką retoryką wielkiego, politycznego tsunami, a w rzeczywistości to jest tylko normalne falowanie pomiędzy opozycją a rządzącymi. Oczywiście, można powiedzieć, że na tle ostatniej stabilności każde takie wahnięcie to jakaś katastrofa, ale przecież nie katastrofa na miarę rozpadu AWS czy degradacji do drugiej ligi SLD w 2005 r. A że to może doprowadzić do utraty władzy przez PO? Na to zawsze trzeba być przygotowanym, bo nie sądzę, by Donald Tusk sądził, że będzie rządził do końca dni swoich.

    A jak to zwycięstwo Zdzisława Pupy ma się do tej części narracji Jarosława Kaczyńskiego, w której mówi on, że nie ufa Państwowej Komisji Wyborczej? Czyli "wybory są fałszowane", a tu takie zwycięstwo?
    Ten wątek jest najbardziej kuriozalny. Słusznie pan zwraca uwagę na to, że jeśli oszukiwać, to dlaczego dopiero za dwa lata, a nie już teraz? Byłoby przecież dużo prościej oszukać w jednym okręgu, niż jednocześnie w czterdziestu do Sejmu, czy w stu okręgach do Senatu? Ale w Polsce wszyscy prawie są zgodni co do tego, że są wójtowie, którzy ustalają składy komisji wyborczych, a przegrywają. Nawet w Wałbrzychu, gdzie PO rządziła i był głośny skandal, nikt nie próbował oszukiwać w komisjach, tylko próbowano kupować głosy na zewnątrz, a i tak nie dało się tego ukryć. A po co się z menelami zadawać, skoro wedle tej retoryki wystarczyłoby "dobrze" dobrać skład komisji. Moim zdaniem to jest coś, co więcej mówi o charakterze Jarosława Kaczyńskiego, niż o problemach w polskich organach wyborczych. Machlojki zawsze się mogą zdarzyć, ale nie ma to charakteru systematycznego.

    Rozmawiał Marcin Darda

    Czytaj treści premium w Dzienniku Łódzkim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo