Kacper Olszewski: Mam nadzieję, że serial Król okaże się wielkim hitem!

Anna Gronczewska
Anna Gronczewska
Rozmowa z Kacprem Olszewskim, młodym aktorem pochodzącym ze Strykowa, który zagrał jedną z głównych ról w serialu „Król”, którego emisję zaczyna stacja Canal+.

Ma pan 19 lat, a za sobą pokaźny dorobek w filmie. Zadecydował o tym talent czy łut szczęścia?

Myślę, że w takich sprawach bardzo ważne jest szczęście. Ono często decyduje. Przecież na castingi chodzi tak wiele osób. To nie kwestia tego, czy ktoś jest lepszy, gorszy, ale można mieć lepszy, czy gorszy dzień. Od takich spraw wiele zależy...

Musi pan jeszcze chodzić na castingi?

Różnie z tym bywa. Ostatnio są to takie kierowane castingi. Bierze w nich udział mniej osób. Jak jest mniejsza produkcja, to propozycja sama przychodzi do agencji aktorskiej, z którą jestem związany.

Można powiedzieć, że pana kariera aktorska zaczęła się w Strykowie?

Tak, pochodzę ze Strykowa i tu w szkole zaczynałem od grupy teatralnej, potem w miejscowym domu kultury.

Podobno pana debiutem była rola w jasełkach?

Nie uznałbym tego za debiut. W jasełkach bierze udział zwykle większość dzieci. Często trzeba w nich obowiązkowo wystąpić. Dokładnie tego nie pamiętam, ale jasełka mnie chyba nie kręciły. Dla mnie ważniejsze były indywidualne występy. Mówiłem wiersze na konkursach recytatorskich. To był start, który pamiętam i był dla mnie debiutem.

To mama rozwijała w panu tę pasję recytatorsko-aktorską...

Mamie, która dzisiaj jest moją menedżerką, zawdzięczam to, że ciągała mnie na konkursy. Bez niej nie zapisałbym się do kółek teatralnych, nie brałbym udziału w warsztatach. Taką już mam naturę.


To znaczy?

Nie przejmuję się wieloma rzeczami, nie chce mi się czasem czegoś robić. Potrzebuję kogoś, kto mnie popchnie i czasem zmusi do czegoś.

Przełomem był konkurs recytatorski w Parzęczewie...
Często o tym mówię, bo dzięki temu konkursowi zapisałem się do agencji aktorskiej. Wcześniej nie wiedziałem nawet, że jest taka możliwość. A dzięki agencji aktorskiej otrzymuje się propozycje ról, castingów. We wsi Parzęczew jeden aktor poradził mi, bym zapisał się do takiej agencji. I to zrobiłem.

Pierwsza była reklama...
Tak, tu nasuwa mi się uwaga, że umiejętności aktorskie mają większe znaczenie przy castingach do filmu, w reklamie liczą się dużo mniej. Tam najwięcej do powiedzenia ma los, szczęście. Na pewno trudniej dostać się do reklamy niż filmu czy serialu. Podczas castingów do reklam jest bardzo duża konkurencja.


Ma pan za sobą role w kilku bardzo znaczących filmach, jak choćby międzynarodową produkcję „Sobibór”. Zagrał pan tam żydowskiego chłopca. To jedna z ważniejszych ról?

Tak, była to duża produkcja, do tego międzynarodowa. Było to dla mnie wielopoziomowe doświadczenie. Poznałem, jak pracuje się w innym kraju, z aktorami z różnych stron świata, w innym języku. Poza tym był to film historyczny. Miałem kwestie w innych językach. To była duża i ciekawa rola.

Teraz też gra pan żydowskiego chłopca w „Królu”, produkcji Canal Plus.

Tak się złożyło. Może mam coś w swej urodzie, że parę razy dostałem role żydowskiego chłopca?


Kim jest postać, którą gra pan w „Królu”?

To jeden z głównych bohaterów serialu, postać bardzo ważna, druga obok Szapiro. Jako Mosze Bernsztajn cały czas towarzyszę Jakubowi Szapiro. Tak jest zbudowana książka Szczepana Twardocha i serial.


Ta rola to pana największe wyzwanie?

Myślę, że tak. Grałem różne role. Może ta nie jest największym wyzwaniem, jeśli chodzi o kreację i czas, jaki musiałem spędzić na planie. Jednak „Król” to największa produkcja, w jakiej wystąpiłem. Byłem też poważnie traktowany. Nie było to na zasadzie, że na planie jest dziecko i trzeba się nim zaopiekować. Tym razem byłem pełnoprawnym członkiem ekipy. To zobowiązywało, większa była presja. Osiągnąłem aktorską dorosłość. To produkcja, którą obejrzy wiele ludzi, będą na bieżąco wszystko komentować.

Mówi pan w tym serialu w języku jidysz?

Tak, przed zdjęciami, na planie miałem nawet lekcje jidysz, by te kwestie brzmiały jak najbardziej autentycznie. Chciałem wypowiedzieć je jak najlepiej, by wykazać szacunek do kultury żydowskiej. To było wyzwanie.


Książka Szczepana Twardocha cieszy się wielką popularnością. Serial może się okazać takim samym sukcesem?

Książka jest bardzo znana i lubiana przez co oczekiwania wobec serialu są ogromne. To wielkie wyzwanie. Tym bardziej że ciężko przełożyć pewne rzeczy na ekran. Wierzę, że serial zostanie dobrze przyjęty. Widziałem dwa odcinki i bardzo mi się podobały. Mam nadzieję, że będzie to hit.

Rozmawiamy o poważnych filmach, ale wcześniej popularność przyniosła panu rola Kuby w serialu Polsatu „Pierwsza miłość”.

To była też rola dla większej publiczności. Jego akcja rozgrywa się między innymi we Wrocławiu. Gdy byłem na Dolny Śląsku i poszedłem do marketu, to niemal wszyscy mnie rozpoznawali, łącznie z kasjerką, chętnie ze mną rozmawiali. W Łodzi ma to miejsce rzadziej, choć zdarza się, że i tu mnie ktoś rozpozna. Podziwiam to, bo sam mam bardzo słabą pamięć do twarzy. Nie gram wielkiej roli w „Pierwszej miłości”, ale mimo to jestem rozpoznawany.

Ostatnio rzadziej występuje pan w tym serialu.

Tak się złożyło. Dużo zależy od tego, jak układają się wątki, jaka jest dyspozycyjność innych aktorów. Mój serialowy ojciec Michał Koterski gra teraz główną rolę w filmie o Gierku, więc nie występował ostatnio. Mnie to nie przeszkadza, bo też jestem zajęty różnymi rzeczami. Są studia, warsztaty...

Smak popularności pan poznał. Ale czy pana zmieniła?

Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Łatwiej to powiedzieć osobie z zewnątrz. Zwłaszcza takiej, która spotyka mnie po kilku latach. Na co dzień sami nie zauważamy, jak się zmieniamy. Wydaje mi się, że jestem typem osoby, u której popularność nie zmieni osobowości, choć na pewno wpływa na nasze zachowanie. Człowiek zdaje sobie na przykład sprawę, że nie wypada mu już robić pewnych rzeczy.

W tym roku zdał pan maturę w III LO w Łodzi. Wybrał pan studia aktorskie?

Nie byłem bardzo nakierowany na to, by wybrać wydział aktorski, jednak w tym roku próbowałem się tam dostać. Nie udało się mi przejść egzaminów, ale się nie zrażam. Jest wiele przykładów znanych dziś aktorów, którzy za pierwszym razem nie dostawali się na wydział aktorski, jak choćby Janusz Gajos czy zmarły ostatnio Wojciech Pszoniak. To pokazuje, jak te egzaminy są losowe. Wiele zależy od dnia, komisji, na jaką się trafi, wyboru tekstu. Nie będę jednak mówił, że brakowało mi szczęścia i tylko dlatego się nie dostałem. Nie czuję, że aktorstwo jest na pewno tym, co chcę robić i do tego mam powołanie. Nie uważałem nigdy, że mam talent. Grając, staram się wszystko przemyśleć, być aktywnym, wielozadaniowym. Na tym opieram swoją grę aktorską. Może nawet dobrze, że się nie dostałem. Zobaczę, co zrobię za rok. Mam plan, by się przygotowywać, zdawać jeszcze raz, choć są też inne drogi filmowe. Spróbuję się dostać do łódzkiej Szkoły Filmowej na wydział animacji. Interesuję się filmem, lubię opowiadać jakieś historie. Forma animacji daje większe możliwości przekazania tego, co się nosi w głowie. Jako aktor jest się odtwórcą czyjejś wizji. Podoba mi się wizja bycia reżyserem.

Co pan w takim razie teraz studiu
je?

Filmoznawstwo na Uniwersytecie Łódzkim. Na razie jestem podekscytowany niektórymi zajęciami i trochę przerażony ilością materiału, który profesorowie przesyłają i mówią, że z tego będą zaliczenia.

Powrót do szkół w reżimie sanitarnym

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

D
DK

Król jest tylko jeden:)

https://wpolityce.pl/polityka/525535-tusk-porazka-trumpa-moze-byc-poczatkiem-konca-populizmow

Dodaj ogłoszenie