Krzysztof Kędziora: Presja na wyniki pcha część ludzi nauki...

    Krzysztof Kędziora: Presja na wyniki pcha część ludzi nauki do plagiatu [WYWIAD]

    rozm. Joanna Leszczyńska

    Dziennik Łódzki

    Aktualizacja:

    Dziennik Łódzki

    Krzysztof Kędziora
    1/2
    przejdź do galerii

    Krzysztof Kędziora ©archiwum prywatne

    Z doktorem Krzysztofem Kędziorą, etykiem z Uniwersytetu Łódzkiego, rozmawia Joanna Leszczyńska.
    Łódzka prokuratura wyjaśnia sprawę doktorantki Uniwersytetu Medycznego, która twierdzi, że jej badania zostały wykorzystane przez córkę profesor medycyny i opublikowane w piśmie naukowym. Czy plagiat w nauce jest bardzo rzadkim przypadkiem czy to poważne zjawisko?

    Wydawać się może, że jest to ostatnio poważniejszy problem, ale tylko z tego powodu, że o tych przypadkach dużo częściej się mówi aniżeli wcześniej. Wcześniej próbowano to zamiatać pod dywan, a teraz takie sytuacje są upubliczniane. Ale nie sądzę, żeby była to jakaś szczególna patologia, która by trapiła polską naukę.

    A dlaczego właśnie teraz te przypadki nie są zamiatane pod dywan?

    Sądzę, że środowisko dojrzało do tego, żeby się oczyścić.

    Bo ludzie walczą o swoje i nie zgadzają się, by kraść ich dorobek naukowy?

    Bez wątpienia to właśnie miało miejsce w sytuacji, o której pani mówi. Nie przesądzając niczego, mamy tu do czynienia z nieproporcjonalnymi siłami: doktorantką i córką profesora, która jest w nieco innej sytuacji "przetargowej" niż zwykła doktorantka. Na pewno świadomość swoich praw odgrywa ważną rolę w tym samooczyszczaniu. Poza tym polska nauka robi się coraz bardziej konkurencyjna. I nikt już nie będzie przymykał oczu na to, że jest z tej gry w nieuczciwy sposób rugowany.

    Ale mówi się, że w nauce panują feudalne stosunki, że profesor może czuć się bezkarny i może dowolnie dysponować materiałem, zdobytym przez swoich podwładnych i ujdzie mu to na sucho. Rzeczywiście do tego teraz coraz rzadziej?

    Pewnie są miejsca, gdzie jest tak, jak pani mówi. Ale trzeba pamiętać, że dwa, trzy lata temu zmiany prawne spowodowały ukrócenie takich praktyk. Mówię o zakazie nepotyzmu i zatrudniania rodziny, jeśli się jest bezpośrednim przełożonym. Nie demonizowałbym, że mamy generalnie do czynienia z feudalnymi stosunkami, co nie znaczy, że takie sytuacje się nie zdarzają. Na pewno ma pani rację, mówiąc, że profesorowi łatwiej coś uchodzi na sucho niż doktorantce, adiunktowi czy asystentowi.

    Bo on ma zaplecze w postaci kolegów o podobnej pozycji i to jest jego silny oręż?

    No tak, bo to są zależności często koleżeńskie. Może tak być, że ktoś z różnych towarzyskich powodów boi narazić czy zrobić komuś przykrość.

    Niestety, plagiatorzy dostają pracę na innych uczelniach, szczególnie na uczelniach prywatnych...

    Jeżeli komuś udowodniono plagiat, to coś takiego nie powinno mieć miejsca. Trudno mi sobie wyobrazić, by profesor był plagiatorem i wykładał na wyższej uczelni.

    Nauka kojarzy mi się z szukaniem prawdy. Dlaczego zatem naukowcy, czyli ludzie elity, dopuszczają się takich czynów?

    Na pewno trafiają się czarne owce. Poza tym w nauce jest presja na wykazywanie się wynikami. To powoduje, że ludzie uciekają się do takich sposobów: a to coś przepiszą, a to zawłaszczą czyjeś badania. Być może, gdyby nie było tak dużej presji, jakiej jeszcze nie było kilka lat temu, ci ludzie nigdy by tego nie zrobili. W niektórych przypadkach mamy do czynienia z czymś, co nazwałbym niezbornością psychologiczną. Głośna była sprawa doktorantki z Uniwersytetu Wrocławskiego, której doktorat był w dużej mierze przepisany z pracy habilitacyjnej... jej recenzentki. Owa doktorantka mogła się domyśleć, że jak jest dwójka czy trójka specjalistów z tego tematu, to jej oszustwo wyjdzie na światło dzienne. To było oszustwo, ocierające się o głupotę.

    Ale czy to źle, że przełożeni wymagają od naukowców, by się wykazywali dorobkiem?

    Na pewno nie, ale niektórych skłania to, by iść na skróty. Ale jeszcze raz powtarzam: takie patologiczne zachowania dla mnie jest to margines. Natomiast wielkim problemem jest kupowanie prac magisterskich czy licencjackich przez studentów. Środowisko naukowe coraz bardziej oczyszcza się samo, bo ludzie chronią swój dorobek. Nawet jak nie skłania ich do tego osobista uczciwość, to mają w tym interes, bo jak będą rywalizować o granty, to nie będą tolerować oszusta, który zabierze im wymierne korzyści.

    Jak przeciwdziałać takim zjawiskom?

    Uczelnie powinny mieć jasne procedury, jak postępować w przypadku plagiatów. Nie powinno się nabierać wody w usta i reagować na plagiatorów, usuwając ich ze swojego grona, bo to wcześniej czy później wyjdzie na jaw. To leży w interesie naszej grupy zawodowej. Bo zupełnie inaczej to wygląda, jak o sprawie najpierw powiedzą media.

    Rozm. Joanna Leszczyńska

    Zapisz się do newslettera

    Czytaj treści premium w Dzienniku Łódzkim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo