Krzysztof Skusiewicz: Osamy Bin Ladena triumf zza grobu?

    Krzysztof Skusiewicz: Osamy Bin Ladena triumf zza grobu?

    Piotr Brzózka

    Dziennik Łódzki

    Aktualizacja:

    Dziennik Łódzki

    Z dr. Krzysztofem Skusiewiczem, specjalistą ds. bezpieczeństwa ze Społecznej Akademii Nauk, rozmawia Piotr Brzózka
    Krzysztof Skusiewicz

    Krzysztof Skusiewicz ©Grzegorz Gałasiński

    Mija 12 lat od zamachów na World Trade Center. To również 12 lat od rozpoczęcia wojny z terroryzmem. Czy patrząc na to, jak Ameryka uwikłała się w krwawe konflikty na Bliskim Wschodzie, Osama Bin Laden nie triumfuje zza grobu?
    Nie. Bin Laden jako człowiek przegrał, bo tak czy inaczej został zabity. Oczywiście, Ameryka ugrzęzła na Bliskim Wschodzie. Ale proszę pamiętać, że od 11 września - kto wie, czy nie dzięki wojnie z terroryzmem - doszło tylko do dwóch poważnych zamachów w Europie. W Londynie i Madrycie. W USA, nie licząc dwóch braci z Czeczenii, nic poważnego się nie wydarzyło. W tej chwili terroryzm został skanalizowany w rejonie Bliskiego i Środkowego Wschodu.
    To cynizm, ale z naszego punktu widzenia straty tam zadawane przez terrorystów są o wiele mniej dotkliwe. Gdy giną ludzie, których nawet narodowości nie potrafimy wymówić, to jednak jest to dość dla nas odległe. Bomby wybuchają w Bejrucie, Bagdadzie, Islamabadzie, w Kabulu, ale nie wybuchają już w Rzymie, Londynie, Warszawie.

    Wspomniał Pan o dwóch tragediach - w Londynie i Madrycie. To tylko dwa zamachy dzięki wojnie z terroryzmem, czy aż dwa zamachy przez wojnę z terroryzmem?
    Oczywiście, te dwa zamachy były protestem przeciw udziałowi Europy w misjach wojskowych. Tylko że nie ma żadnej gwarancji, że do zamachów w Europie by nie doszło, gdyby nie było wojny z terroryzmem. Zamachy to sposób na funkcjonowanie organizacji terrorystycznych. To są naprawdę źli ludzie, których celem jest zabijanie wszystkich, którzy się czymś od nich różnią. Nie tylko chrześcijan, bo szyiccy terroryści zabijają sunnitów, sunniccy - szyitów, a Pasztuni Tadżyków. W ich wizji świata wroga należy wyeliminować fizycznie. Nie należy z nim rozmawiać, bo każda próba rokowań jest oznaką słabości. Oni kaleczą dzieci, które chcą chodzić do szkoły, obcinają ręce, na których są ślady szczepień robionych przez amerykańskich żołnierzy. Więc o czym my mówimy?

    Żeby siać terror, trzeba mieć wykonawców. A tych można rekrutować wśród radykałów. Niewątpliwie interwencje Ameryki w Afganistanie i Iraku doprowadziły do wzrostu radykalnych nastrojów na Bliskim Wschodzie. A czy nie o to przypadkiem chodziło Bin Ladenowi?
    To jest błędne koło. My mówimy: musimy się bronić, a jeśli tak, to trzeba przejść do działania. To jeszcze bardziej napędza terrorystów, bo nasze interwencje są postrzegane jako kolejne krucjaty chrześcijan przeciw islamowi. Ale przyczyną pierwotną jest sam pomysł działań terrorystycznych. Najpierw byli terroryści, a potem poszliśmy z nimi na wojnę. W czasie tej wojny popełniamy szereg błędów, ale nie możemy ustawać. Część obserwatorów powie, że trzeba rozmawiać. Ale z kim? Gdybyśmy zaczęli rozmawiać z którymś z przywódców Al Kaidy, to natychmiast znalazłby się następny, bardziej radykalny, który negocjujących uzna za zdrajców. Tak jest dziś w Afganistanie, gdzie część Talibów chce rozmawiać, a reszta oskarża ich o zdradę.

    Więc jak Pan z perspektywy czasu ocenia interwencje w Afganistanie i Iraku?
    Militarnie były niesamowitymi sukcesami. Bagdad zdobyto w ciągu 3 tygodni, podczas gdy wszyscy spodziewali się, że to potrwa miesiące. Opanowanie śródlądowego Afganistanu, do którego nie można było dotrzeć drogą morską, to też wielki sukces świadczący o potędze Ameryki. Błędy zostały popełnione później. Po pierwsze George Bush wierzył, że można eksportować demokrację w dowolne miejsce świata. A to się nie udało. Oni tam nie chcą naszej demokracji. Po drugie nie znaleźliśmy tam na miejscu wystarczająco mocnych sojuszników. Poza tym nasza obecność spotęgowała korupcję, przestępczość. Cóż, liczyliśmy, że interwencje w Iraku i Afganistanie uda się szybko zakończyć. Nie uda się, bo ludzie są ta zdeterminowani. Możemy ich pokonać militarnie, ale nie jesteśmy w stanie dotrzeć do ich serc i umysłów, które są pełne oburzenia i chęci walki. Oni cały czas myślą, jak zadać nam kolejny cios.

    Gdy patrzymy na Obamę miotającego się w sprawie Syrii, to na usta ciśnie się pytanie: na ile jego strach determinowany jest doświadczeniami z Afganistanu i Iraku?
    Dla mnie związek jest bezsprzeczny. Obama okazał się przywódcą o ograniczonych możliwościach. Sam sobie narzucił warunek interwencji, którym miało być użycie broni chemicznej. Ale gdy tak się stało, to okazało się, że nikt nie chce tam interweniować właśnie ze względu na Irak i Afganistan. Jak wytłumaczyć Amerykanom, że ich chłopcy powinni się udać na kolejną wojnę, która będzie bardzo krwawa i potrwa wiele lat? W dodatku kilkanaście tysięcy kilometrów od Nowego Jorku. Obama się przestraszył decyzji. To, że pozostawia ją Kongresowi, to forma ucieczki. To alibi, zarówno na na wypadek, gdyby Kongres zdecydował o interwencji, jak i w przypadku decyzji przeciwnej. Bo albo prezydent będzie mógł powiedzieć nie chciałem tej wojny, lecz Kongres zdecydował inaczej, albo powie: chciałem interweniować, ale mi nie pozwolili.

    Rozmawiał Piotr Brzózka

    Czytaj treści premium w Dzienniku Łódzkim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo