W Norwegii, ale nie tylko, pensje są jawne i każdy może sprawdzić, ile zarabia jego szef, sąsiad albo koleżanka z ławy szkolnej. W Szwecji można np. zbadać, ile sąsiad zarobił, jaki dług ma na karcie kredytowej i zastanowić się, czy było go stać na wakacje w Hiszpanii i remont domu. A jeśli nie, to powiadamia się odpowiednie służby. I tyle. I nikt nie oburza się donosem, bo to jest spełnienie obywatelskiego obowiązku, a nie żaden donos.
U nas natomiast wielkie oburzenie wywołuje sama informacja o średniej pensji w danym województwie. Podanie tej liczby uruchamia niekończący się ciąg żalów i niepochlebnych opinii o stanie umysłu autora lub autorki tekstu, a czasami autora badania. Kontekst jest oczywisty: skoro ja (komentujący) zarabiam minimalną krajową (lub niewiele więcej), to nieprawdą jest, że średnia jest dwa razy (albo więcej) od niej wyższa. Nieprawda i już.
I jakoś w tym całym użalaniu się umyka sens słowa "średnia". I kłania się powrót do szkoły. Bo średni nie znaczy tyle co konkretny. To jak ze średnią temperaturą dla - dajmy na to - lipca. I jeśli np. wynosi ona 20,5 stopnia, to oznacza, że np. prze kilka dni będziemy się męczyć w 35-stopniowym upale, a przez kolejne otulać szalem i rozkładać parasol w 17-stopniowym deszczu.
A jak wyjdzie średnia, jeśli 20 procent zarobi np. po 10 tys. zł, a 40 proc. po 1.680 zł? A to juz trzeba sobie policzyć. I dopiero potem krzyczeć.
Dołącz do nas na Facebooku!
Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!
Kontakt z redakcją
Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?