18+

Treść tylko dla pełnoletnich

Kolejna strona może zawierać treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich. Jeśli chcesz do niej dotrzeć, wybierz niżej odpowiedni przycisk!

Nasza Loteria - pasek na kartach artykułów

Łódź: odświeżają stare mięso!

Redakcja
Pracownice sklepów bardzo rzadko kupują do domu mięso i wędliny, które są wystawione dla klientów w ladach sklepowych. Jeśli zaopatrują się u siebie, to biorą tylko towar ze świeżej dostawy.
Pracownice sklepów bardzo rzadko kupują do domu mięso i wędliny, które są wystawione dla klientów w ladach sklepowych. Jeśli zaopatrują się u siebie, to biorą tylko towar ze świeżej dostawy. Jakub Pokora, archiwum
Wstrząsająca relacja pracownicy jednego z punktów znanej i renomowanej sieci sklepów mięsnych w naszym województwie. Trudno uwierzyć w to, jak mocno pracownicy są w stanie narazić zdrowie klientów, by tylko nie stracić premii

Ekspedientka, kasjerka znanej w regionie sieci sklepów mięsnych nigdy nie kupiła ani mięsa, ani wędliny w sklepie, gdzie pracowała. Wystarczyło, że napatrzyła się na to, co się tam działo. Przez jej ręce tygodniowo przechodziło kilka kilogramów starych i zepsutych wędlin i mięsa, które po odświeżeniu z powrotem lądowały w chłodniczych ladach, a następnie lodówkach klientów. Ze schabu, który trzy tygodnie wcześniej powinien trafić do śmieci, musiała przyrządzać "świeżą" pieczeń, a nieświeże jajka i stare mielone doskonale nadawały się do przyrządzenia klopsów.

- Dobra ekspedientka sprzeda wszystko, co będzie chciała, a ja jestem dobra - podkreśla w rozmowie z naszą reporterką.

Ocalić premię
I to za wszelką cenę. Szefowie nie byli hojni, za miesiąc pracy płacili 1.250 złotych brutto, do tego dochodziła premia. To bardzo istotna część wynagrodzenia, bez tych 300 złotych dostawałaby niewiele ponad 800 złotych. Za mało i choć kwota 1.150 złotych nie jest oszałamiająca, to już było łatwiej. Liczyły się też bony: na Boże Narodzenie, Wielkanoc albo Dzień Kobiet. Ale na bony też trzeba było zasłużyć.

- Nie było mowy o zwolnieniu lekarskim, katar, wysoka gorączka, kaszel to żadne usprawiedliwienie - mówi nasza bohaterka. - Jedno zwolnienie i z bonami można się pożegnać, a przy naszych zarobkach nikt tego nie zaryzykuje. Za ladą staje się więc zasmarkanym, kaszle się prosto w towar i tak sprzedaje zarazki klientom.

Wygląda apetycznie? Nie daj się zwieść, wyroby garmażeryjne często robi się ze starego mięsa

Nie ma szans, by chorobę wykrył lekarz, np. podczas badań okresowych. Bo badań okresowych też się nie praktykuje, mimo iż firmę stać i ma lekarza zakładowego. Ale lekarz nie ruszy się z centrali do pracowników kilkudziesięciu sklepów rozsianych w regionie, a pracownicy też nie będą jechać do centrali. Załatwia się to podczas dostawy towaru: rano z towarem książeczki wyruszają do centrali, następnego dnia wracają z odpowiednią pieczątką i poświadczeniem, że personel został przebadany, choć lekarz pracowników nie widział na oczy. Żadna kontrola nie jest w stanie tego zakwestionować.
O premię też trzeba było walczyć. Dotyczyło to zarówno kierownictwa, jak i sprzedawczyń. Jak można ocalić premię? Nie robiąc zwrotów towaru, a zwłaszcza zwrotu wędlin i mięsa.

- Podstawowa zasada, jaką słyszałam przez kilka lat pracy, brzmiała: nie wolno zwracać przeterminowanych wędlin i mięs, pojęcie zwrotu po prostu nie istnieje - zaznacza ekspedientka. - Nie było miesiąca, żeby coś nie zostało, ale to nie my decydujemy o zaopatrzeniu sklepu. Normy ustala dyrektorka, która robi to w oparciu o sprzedaż w najlepszych oddziałach. Nie interesuje jej, że nie jesteśmy w stanie sprzedać takiej ilości towaru, że mamy gorszą lokalizację, większą konkurencję. Nie mamy wyjścia, musimy wędliny i mięso...

...moczyć i odświeżać
Największego pecha mają klienci amatorzy rolad drobiowych. Zwłaszcza z żurawiną. Nawet ekspedientka bez wieloletniego stażu w odświeżaniu mięsa i wędlin wie, że roladę przeterminowaną o miesiąc będzie można sprzedać, jeśli umyje się ją w wodzie z solą. Nie dość, że niweluje niezbyt ładny zapach, to na dodatek sprawia, że rolada ponownie nabiera właściwego koloru.
Woda z solą pomaga też szynce i innym wędlinom, choć nie wszystkim. Dość rzadko odświeża się kabanosy i suche wędliny, gdyż dłużej wytrzymują, ale jak już trzeba to zrobić, to używa się oleju. Nadaje ładny wygląd, kabanosy się świecą i wyglądają zdrowo.

Z mięsem jest nieco więcej zachodu, przeważnie trzeba je przerobić. Stare jest mielone i można z niego przygotować klopsy. Ale samo stare mięso nie wystarczy: potrzebne są przeterminowane jajka, stara bułka tarta. Umiejętnie dobrane i w odpowiednich dawkach przyprawy zniwelują wszystko, każdy zapach i smak. Do klopsów trafią także te fragmenty wędlin, którym nie pomoże nawet mycie: są zielonkawe albo wycieka z nich śluz.

- Takie fragmenty się odkrawa, miele i wrzuca do klopsów - nasza sprzedawczyni nie pozostawia złudzeń. - Bardziej syfiastego produktu niż klopsy nie ma w całym sklepie, a klienci i tak chętnie go kupują, zwłaszcza gdy czasami je podgrzewamy i wówczas po sklepie unosi się ładny zapach. Dla klientów, którzy głodni wracają z pracy, a przed pójściem do domu robią zakupy, nie ma lepszej zachęty.

Najłagodniej personel obchodzi się z tzw. garmażem. Nawet w teorii część starych gotowych dań można zwrócić do centrali i ocalić premię. Choć...

- Kotlety i krokiety wyjmuje się z opakowań zbiorczych, odsmaża i sprzedaje na sztuki - zdradza ekspedientka. - Można je też oferować na ciepło, po 1,50 zł za porcję, tylko trzeba podsmażyć wtedy, gdy ludzie głodni wracają po pracy. Mało kto się temu oprze, zapach i głód zrobią swoje.
Nie było tygodnia, by przez ręce naszej bohaterki nie przeszło koło trzech kilogramów starych wędlin i mięsa. Jej koleżanki miały podobne "osiągnięcia".

Sprytny też traci
Ekspedientki mają sposoby na wszystko, potrafią oszukać klientów, których stać na zakup droższych gatunków mięsa i wędlin. Mają sposoby nawet na tych, którzy są przezorni i nie chcą kupować już zmielonego mięsa.

- Klientka koniecznie chciała, żebym na jej oczach zmieliła cielęcinę, której kilogram kosztował ok. 40 zł - wspomina sprzedawczyni. - Zażądała jednak umycia mięsa, zabrałam je więc na zaplecze. Tam spokojnie odłożyłam na bok, z lodówki wyjęłam przeterminowany kawałek taniej wieprzowiny i spokojnie zmieliłam na oczach klientki. Niczego nie zauważyła, była zadowolona, że kupiła to, na czym jej zależało.

Takie sztuki robi się nie tylko z cielęciną. Łatwo manipuluje się też innymi gatunkami mięsa, tym bardziej że poszczególne rodzaje dzielone są na kilka klas - zgodnie z jakością. Obsługa zapewnia, że nawet jeśli klient patrzy na ręce, potrafi podmienić gatunki, a trudno to udowodnić.

Różnie bywa też z wędlinami. Nasza bohaterka była zaskoczona, że szerokie grono nabywców znalazły drogie szynki i inne gatunki. Gdy zaczynała pracę, sądziła, że właśnie je będzie odświeżać najczęściej, gdyż kogo stać na zakup wędliny w cenie ok. 50 zł za kilogram? Stać, ale produkt raczej nie jest wart swojej ceny, a zapewnienia załogi można włożyć między bajki.
- Droższe wyroby są reklamowane jako te bez konserwantów - zdradza nasza informatorka. - To kolejna bzdura, można w nich znaleźć połowę tablicy Mendelejewa. Pełno w nich emulgatorów, które mają sprawić, że produkt dłużej zachowa świeżość. Ale kupującym wmawia się, że wszystkie składniki są naturalne.

Sprytni sprzedawcy pomyśleli naprawdę o wszystkim. Jeśli klient chce być mądrzejszy i kupuje wędlinę paczkowaną z wydrukowanym terminem przydatności do spożycia, to na niego też jest sposób. Rozerwanie opakowania, umycie wędliny, ponowne zapakowanie i wydrukowanie nowej daty przydatności do spożycia nie zajmuje zbyt dużo czasu.

Cena nie pomoże
Wędliniarze, którzy na mięsie, jak się mówi, zjedli wszystkie zęby, mogą być w błędzie. Jedna z ich standardowych porad, że o jakości produktu świadczy jego cena, nijak się ma do umiejętności odświeżania wędlin i mięsa załogi sklepów i kalkulacji ich przełożonych.

- Jedna z kierowniczek uważała, że skoro sprzedajemy stare wyroby pod szyldem nowych, to trzeba zachować choć minimum uczciwości i obniżyć ceny - mówi ekspedientka. - Zresztą po tańsze rzeczy wielu kupujących chętnie sięgało, bo wiadomo, ludziom się nie przelewa. Kolejna uznała jednak, że promocyjna cena może wydać się klientom podejrzana i kupujący nabiorą wątpliwości co do jakości towaru.

A sprzedawanie starych produktów może być opłacalne. O ile cena kilograma schabu, nieważne czy starego, czy świeżego, wynosi ok. 24 złotych, to starego, ale za to upieczonego w przyprawach, wzrasta do 30 złotych. Rachunek ekonomiczny jest prosty.

Kontrole to fikcja
Pytanie, czy nasza bohaterka nie obawiała się, że te praktyki zostaną wykryte podczas kontroli sanitarnej, wywołuje u niej krótki atak śmiechu.

- Te kontrole to sztuka dla sztuki, nie ma się czego bać - zaznacza sprzedawczyni. - O terminie kontroli sanepid uprzedził nas trzy dni wcześniej, to było aż za dużo czasu na to, by wszystkie starocie z lady ukryć w chłodni w piwnicy, a do sprzedaży wystawić towar z bieżącej dostawy. Gdy kontrolerzy wychodzą ze sklepu, towar się podmienia.

Z doświadczenia ekspedientki wynika, że nawet kontrola z zaskoczenia mogłaby nie wykazać trefnego towaru w sklepach. Inspektorzy najpierw bowiem udają się na zaplecze, gdzie przeglądają dokumentację, rozmawiają z kierownikiem sklepu. Zajmuje to przynajmniej 20 minut, w tym czasie załoga sklepu wyjmuje z lodówek stary towar i ukrywa go np. pod śmieciami w koszu. Po wyjściu kontrolerów? Wszystko wraca na ladę.

Jest jednak zasada, której obsługa nie złamie: na specjalne względy mogą liczyć stali klienci. Mniej lub bardziej dyskretnie sprzedawcy poinformują ich, że wybrany towar jest trefny i wskażą, co warto kupić. Ale na to trzeba sobie zasłużyć.

Pytania typu, czy ta wędlina jest świeża, z wiadomych względów sensu nie mają. Zwłaszcza jeśli miałby je zadać tzw. człowiek z ulicy.

Nasza ekspedientka bardzo rzadko zaopatruje się w sklepie, w którym pracuje. Wybiera towar tylko z dostawy, zanim trafi do chłodni. Jej koleżanka przez kilka lat pracy w sklepie nigdy nie wybrała niczego ze sklepowej lady.

Nawet interwencja niezadowolonych klientów niczego nie zmienia. Trzeba ich tylko przeprosić, oddać pieniądze i zapewnić, że taka sytuacja nigdy się nie powtórzy. I spowodować, by nie złożyli skargi do centrali.

Nasza ekspedientka nie ma wyrzutów sumienia:
- Każdy robi wszystko dla pieniędzy. Muszę zarobić na utrzymanie swoje i mojej rodziny.
***

Z dr. Zbigniewem Hałatem, epidemiologiem, byłym głównym inspektorem sanitarnym, rozmawia Alicja Zboińska

Pracownice znanej sieci sklepów mięsnych odświeżają przeterminowane wędliny i mięso, by nie stracić premii. Kontrole sanitarne nie są w stanie tego wykazać, gdyż są zapowiadane z kilkudniowym wyprzedzeniem. Dlaczego tak się dzieje?

Wynika to z paraliżu i de facto demontażu nadzoru sanitarnego w kraju. Inspektorzy sanitarni podlegają lokalnym władzom samorządowym, więc kontrole wyglądają tak, jak wyglądają. Nie możemy się więc dziwić, że Ukraińcy żądają od naszych firm odrębnych zaświadczeń, że produkty są wolne od dioksyn. Nie ufają naszym kontrolom. Od lat przewidywałem, że dojdzie do takiej sytuacji i dziś, choć bez satysfakcji, mogę powiedzieć, że miałem rację.

A jaki sens mają kontrole, skoro właściciele firm wiedzą o nich wcześniej i odpowiednio się do nich przygotowują?

Nie mają sensu i są niezgodne z przepisami. Prawo wcale nie nakazuje uprzedzania o terminie kontrolowania sklepów czy zakładów produkcji żywności. Przeciwnie, nie powinno się tego robić, żeby mieć w ogóle szansę wykrycia nieprawidłowości. Praktyka jest jednak inna i przedsiębiorcy przeważnie są uprzedzani o inspekcji. Inna sprawa, że wymagania sanitarne są minimalne, a firmami rządzi kryterium zysku. Dla pieniędzy ich szefowie są w stanie zrobić wszystko.

Pracownicy sklepów narażają nasze zdrowie, ale nie mają żadnych skrupułów. Zasłaniają się poleceniami dyrekcji...

Trudno ich za to winić. Jeśli ktoś ma głodową pensję, to nie można się spodziewać, że będzie dokładał do interesu szefa. Każdy dba o własne interesy i jest to naturalne i zrozumiałe. Z tego właśnie wynika odświeżanie starych wyrobów albo podmiana asortymentu: klient płaci za droższy towar, a ze sklepu wychodzi z tańszym. Nie jest to na pewno specyfika tylko tej konkretnej sieci sklepów, ale tak dzieje się też w innych zakładach. Manipulacje z towarem odbywają się w sklepach, na zapleczach, ale i w zakładach produkcyjnych. I nie możemy mieć pewności, że to, co kupujemy, spełnia normy i jest bezpieczne. Płacimy coraz więcej za mięsa i wędliny pełne chemicznych mieszanek.

Wiemy, że jest źle. Jak można zmienić niekorzystną sytuację i czy jest to w ogóle możliwe?

Trzeba uczyć odpowiedzialności osoby, które pracują w tej branży. Potrzebna jest rozwinięta etyka zawodowa, należy skończyć z presją, jakiej ci pracownicy są poddawani. Nie jest to łatwe do osiągnięcia, skoro najistotniejsze jest kryterium dochodowości. Nie tracę jednak nadziei, że takie zmiany uda się wprowadzić.
Rozmawiała Alicja Zboińska

***

Z dr Urszulą Sztuką-Polińską, państwowym wojewódzkim inspektorem sanitarnym w Łodzi, rozmawia Alicja Zboińska

Okazuje się, że w sklepach mięsnych trwa proceder odświeżania przeterminowanych wędlin i mięsa. Placówki są objęte nadzorem sanepidu. Pracownicy firmy twierdzą, że kontrole są nieskuteczne, gdyż są zapowiadane. Czy właściciele muszą być uprzedzani o inspekcji w sklepach?

Kontrole sanitarne przeprowadzane są bez wcześniejszego uprzedzenia kontrolowanego o ich terminie i zakresie. W obiektach produkcji i obrotu żywnością przeprowadza się urzędowe kontrole zgodnie z określonym harmonogramem oraz kontrole nieplanowane, np. interwencyjne, gdy zachodzi podejrzenie braku zgodności z przepisami prawa żywnościowego. Inspektorzy kontrolują wszystkie pomieszczenia sklepu. Starają się dotrzeć wszędzie, gdzie jest to tylko możliwe, chyba że dane miejsce znajduje się poza siedzibą sklepu i nie zostali o tym poinformowani przez kontrolowanego.

Pracownicy podkreślają też, że inspektorzy zaczynają od wizyty na zapleczu sklepu i rozmowy z kierownikiem, co ekipie daje czas np. na usunięcie starego towaru. Czy taki manewr jest konieczny?

Musimy postępować według procedur. Inspektor musi się przedstawić, okazać legitymację służbową i upoważnienie do przeprowadzenia kontroli oraz poprosić osobę upoważnioną w sklepie do uczestniczenia podczas kontroli.
Zajmuje to trochę czasu, ale trzeba pamiętać, że kontrole odbywają się na zasadzie ograniczonego, ale jednak zaufania do właściciela sklepu. Zakładamy, że ci ludzie działają zgodnie z etyką zawodową.

Czy przy takim systemie prowadzenia kontroli możliwe jest wykrycie starych wyrobów w sklepach?

Staramy się takie rzeczy wychwytywać i sądzę, że w dużej mierze nam się to udaje. Dzięki naszym działaniom wiele artykułów spożywczych o niewłaściwej jakości zdrowotnej nie przedostaje się do obrotu.

Czy klienci naszych placówek mogą mieć pewność, że żywność jest bezpieczna i pełnowartościowa?

Tak, ale nic nie zwalnia nas, klientów z tego, by bacznie przyglądać się działaniom handlowców. Możemy reagować podczas codziennych zakupów. W sklepie zwracam uwagę na to, czy ekspedientki podające artykuły spożywcze mają rękawice ochronne. Jeśli nie, proszę, by je założyły. Nie robię tego jako inspektor sanitarny, nie wyjmuję legitymacji. Tak postępować może każdy. Szkoda tylko, że nie spotykam się ze zrozumieniem części klientów, którzy mają mi za złe, że wydłuża się czas zakupów. Tymczasem gdyby więcej osób reagowało tak, jak ja, sprzedawcy nauczyliby się respektowania przepisów.

Rozmawiała Alicja Zboińska

emisja bez ograniczeń wiekowych
Wideo

Strefa Biznesu: „Wojna cenowa” sklepów. Ile sklepy na tym zarabiają?

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na dzienniklodzki.pl Dziennik Łódzki