Łodzianka Lilly Tran pochodzi z Wietnamu, pomaga i gotuje z potrzeby serca. Zaczynała w budce w China Town przy Piotrkowskiej

Matylda Witkowska
Matylda Witkowska
Lilly Tran – pochodząca z Wietnamu łódzka bizneswoman stała się znana, gdy podczas pandemii zorganizowała akcję wspierania medyków. Przygotowywała posiłki dla lekarzy i zbierała środki czystości od społeczności wietnamskiej w Łodzi. Teraz otworzyła swój pierwszy, autorski lokal przy Piotrkowskiej - Pho by Lilly Tran. Do wszystkiego doszła własną, ciężką pracą.CZYTAJ DALEJ>>>>>.
Lilly Tran – pochodząca z Wietnamu łódzka bizneswoman stała się znana, gdy podczas pandemii zorganizowała akcję wspierania medyków. Przygotowywała posiłki dla lekarzy i zbierała środki czystości od społeczności wietnamskiej w Łodzi. Teraz otworzyła swój pierwszy, autorski lokal przy Piotrkowskiej - Pho by Lilly Tran. Do wszystkiego doszła własną, ciężką pracą.CZYTAJ DALEJ>>>>>. Grzegorz Gałasiński
Udostępnij:
Lilly Tran - pochodząca z Wietnamu łódzka bizneswoman stała się znana, gdy podczas pandemii zorganizowała akcję wspierania medyków. Przygotowywała posiłki dla lekarzy i zbierała środki czystości od społeczności wietnamskiej w Łodzi. Teraz otworzyła swój pierwszy, lokal przy Piotrkowskiej - Pho by Lilly Tran. Jak mówi, do wszystkiego doszła własną, ciężką pracą.

Popularna łódzka restauratorka Lilly Tran urodziła się w Wietnamie

Lilly naprawdę nazywa się Hoai Phuong Tran Thi, ale nikt w Polsce nie był w stanie wymówić jej imienia i nazwiska poprawnie. Tran urodziła się 34 lata temu w Hanoi, w 2000 roku przyjechała do Łodzi z młodszym o siedem lat bratem. Jej rodzice prowadzili wtedy dwie budki z sajgonkami w słynnym China Town przy ulicy Piotrkowskiej.

Na drugi dzień po przyjeździe do Łodzi stałam już w kuchni w barze u rodziców – wspomina Lilly. - Musiałam obsługiwać po dwa woki. Miałam 13 lat, byłam niska, dlatego pod nogi stawiałam sobie skrzynki po coca-coli – wspomina.

Jej rodzice przyjechali do Polski kilka lat wcześniej. Wielu Wietnamczyków w latach 90-tych postanowiło szukać lepszych warunków do życia w Europie i korzystając ze szlaków przetartych już w czasach socjalizmu docierało do Polski. To samo zrobili rodzice Lilly. Ponieważ związani byli z gastronomią, także na emigracji zaczęli pracę w tej branży. Trafili najpierw do pracy w Wrocławiu, w końcu zaczęli pracować w Łodzi na własny rachunek.

Początki w Łodzi dla dziewczynki z Wietnamu nie były łatwe

Ale życie rodziny w obcym kraju nie było łatwe. W Wietnamie mała Lilly była rozpieszczana przez opiekującą się nią babcię. W Łodzi poczuła się, jakby straciła dzieciństwo. Bo, podobnie jak wielu innych imigrantów, rodzina Lilly ciężko w Polsce harowała.

- W piątek po powrocie ze szkoły, musiałam iść do pracy w barze – wspomina Lilly. - Zdarzało się, że pracowałam do czwartej nad ranem – mówi. - Nasi rodzice też bardzo ciężko pracowali. Musieliśmy z bratem opiekować się sobą nawzajem – mówi.

Ani Lilly ani jej brat nie uczyli się w Wietnamie języka polskiego. - Do końca nie było wiadomo, czy na stałe będziemy mieszkać w Polsce czy jednak w Niemczech – opowiada Lilly. Ale rodzice zadbali o adaptację dzieci, zapewniając im już w Łodzi korepetycje z języka polskiego.

Po latach prowadzenia budek z jedzeniem rodzice Lilly zaczęli prowadzić własną restaurację – pierwszy w Łodzi Ha Long przy Piotrkowskiej 152. Potem rodzina rozwinęła Ha-Longi w małą sieć.

Wietnamska rodzina mieszkająca w Łodzi

Dziesięć lat temu w ambasadzie wietnamskiej Lilly Tran wyszła za mąż, za Wietnamczyka mieszkającego w Polsce.

- Rok później mieliśmy wesele. Dopiero po weselu zamieszkaliśmy razem, bo w Wietnamie to wesele jest najważniejsze. Wtedy pokazuje się wszystkim, że jesteśmy rodziną – opowiada restauratorka.

Wkrótce Lilly urodziły się dzieci. Ma dwóch synów w wieku 8 i 4 lat.

- W wychowaniu ich ważne są dla mnie zasady, ale też rozpieszczam chłopaków na maksa – przyznaje Lilly. Trochę dlatego, żeby ich dzieciństwo było spokojniejsze niż jej.

Tuż przed epidemią Lilly i jej mąż przejęli restaurację Ha Long przy ulicy Zgierskiej 69. W popularnym lokalu z niedrogimi daniami barowymi klientów nigdy nie brakowało. Rodzina była więc zabezpieczona finansowo. Ale Lilly nie chciała spocząć na laurach. Gdy wybuchła epidemia zorganizowała jedną z głośniejszych akcji pomocowych, a potem, mimo bardzo trudnej sytuacji w gastronomii, postanowiła otworzyć własną restaurację.

Maseczki dla łódzkiej Matki Polki i posiłki dla medyków

Do współpracy w obu tych kwestiach namówiła ją Agata Zarębska, konsultantka gastronomiczna i współautorka portalu i festiwali kulinarnych pod marką Jemy w Łodzi. Początkowo ich znajomość nie wydała się rokująca. Agata zadzwoniła do Lilly by włączyć ją do akcji gotowania obiadów dla zapracowanych medyków „Nadchodzą posiłki” . Nie wiedziała jednak, że Lilly jest Wietnamką, jejwschodni akcent odebrała przez telefon jako nieuprzejmy. Zraziła się. Ale ponieważ posiłki dla szpitali były naprawdę potrzebne, dwa dni później zadzwoniła raz jeszcze. Załatwiła od ręki 50 posiłków dla lekarzy i pielęgniarek ze szpitala im. Kopernika w Łodzi. Ta akcja okazała się początkiem wielkiej przyjaźni.

Lilly zaangażowała się w walkę z koronawirusem całym sercem. Wciągnęła w akcję charytatywną całą wietnamską społeczność Łodzi. Wietnamczycy zebrali pieniądze i w najgorszym momencie epidemii zakupili dla łódzkiej Matki Polki 40 tys. jednorazowych rękawiczek i wiele innych środków higienicznych.

Lilly podkreśla, że społeczność wietnamska czuje dużą wdzięczność dla Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki.

- Większość łódzkich Wietnamczyków mieszka właśnie na Chojnach, skąd dojeżdżają do pracy w Ptaku. Prawie w każdej rodzinie dzieci urodziły się w tym szpitalu, albo są tam leczone. Matka Polka to jest ich szpital – wyjaśnia Tran.

Po zbiórce dla szpitala Lilly gotowała śniadanie wielkanocne dla samotnych i potrzebujących wraz z Fundacją „Wolne miejsce”. Nie były to jej pierwsze akcje charytatywne. Świąteczne posiłki dla samotnych i potrzebujących przygotowuje od kilku lat, działa w zajmującej się projektami społecznymi Fundacji ESPA i pomagającej osobom w trudnej sytuacji Fundacji Nakarmieni, wspiera domy dziecka, schronisko dla bezdomnych, opłaca szkołę dla biednych dzieci w Wietnamie, a ostatnio kupiła rowery kilkorgu wietnamskim uczniom, którzy do tej pory musieli codziennie chodzić do szkoły po kilka kilometrów w jedną stronę.

Dlaczego to wszystko robi? Nie wie.

- To chyba potrzeba serca – mówi.

Własna restauracja Pho by Lilly Tran w ciężkich czasach

Ale działalność charytatywna to nie wszystko. W ciężkim dla gastronomii czasie lockdownu postanowiła otworzyć własną, autorską restaurację z domowym jedzeniem wietnamskim. Ten pomysł też podrzuciła Agata Zarębska, miłośniczka Ha Longów i talentu kulinarnego rodziny Lilly.

- Lilly i jej mąż wiele razy gotowali mi przepyszne jedzenie. Namawiałam ich, żeby w menu Ha Longa pojawiały się prawdziwe dania kuchni wietnamskiej – opowiada Agata.

Jak wyjaśnia dania serwowane w Polsce w wietnamskich barach i budkach to nie jest tradycyjne jedzenie Wietnamczyków, ale swoista kuchnia polsko-wietnamska zwana w branży gastronomicznej „polwiet”. Rozwinęła się w latach 90-tych, gdy bary wietnamskie powstawłay bardzo licznie, ale wiele składników azjatyckich było niedostępnych, lub zbyt drogich. Dlatego choć tradycyjne sajgonki wypełnia się kiełkami sojowymi, w Polsce dominują sajgonki ze swojską białą kapustą. Także wietnamskie zamiłowanie do twardych i żylastych mięs ustąpiło polskim gustom i mięciutkiej piersi z kurczaka, która w Wietnamie jest praktycznie nieznana.

- My lubimy rzeczy miękkie, chrupiące, rozpływające się w ustach. To najlepszy komplement dotyczący potrawy. A wietnamskie jedzenie musi być twarde – wyjaśnia Zarębska. Przyrównuje „polwiet” do amerykańskiej wariacji na temat pizzy i innych dań włoskich. - Polwiet to dziś bardzo popularna kuchnia, można powiedzieć, że to już nasza tradycja kulinarna – wyjaśnia Zarębska.

Lilly i jej mąż próbowali oprócz polwietu serwować w Ha Longu klasyczne dnia wietnamskie, ale było to trudne. Klienci przyzwyczaili się do starych smaków, a gotowanie dwóch wersji dań było pracochłonne. Dlatego Agata namówiła Lilly na otworzenie osobnej restauracji z wietnamską kuchnią domową. Tak powstało Pho by Lilly Tran przy ul. Piotrkowskiej 80.

Jednak otwarcie restauracji nie było takie proste. Rodzice Lilly nie byli przekonani do tego pomysłu. Nie rozumieli, dlaczego restauratorka chce tak ryzykować, skoro dzięki ich wieloletniej pracy rodzina ma zapewniony byt i może prowadzić spokojne życie. Lilly i jej mąż nie mieli dużych oszczędności. Mogli zainwestować tylko około 40 tys. zł. Ale wiele osób chciało im pomóc. Wsparli ją polscy i wietnamscy przyjaciele, właściciel lokalu zgodził się nie pobierać czynszu w trakcie lockdownu. W malowaniu skrzynek pomogła rodzina zastępcza, której Lilly wcześniej pomagała. Personel pomogła szkolić Agata.

Sama Lilly też miała obawy. Nie wiedziała, czy obca Polakom kuchnia wietnamska ze specyficznymi smakami i wzbogacana sosem rybnym się przyjmie. Przygotowania zajęły kilka miesięcy lockdownu. Restaurację otworzyła na początku czerwca tego roku, tuż po zakończeniu obostrzeń w gastronomii. Szybko okazało się, że klientów jest więcej niż się spodziewała i zatrudniła zbyt mało ludzi.

Zbyt wielu klientów, za mało pracowników

Przez pierwsze tygodnie Lilly Tran pracowała w kuchni tylko z jednym kucharzem do pomocy.

- Trafiliśmy w sezon na Piotrkowskiej, do tego ludzie po lockdownie byli stęsknieni za restauracjami – wspomina restauratorka. - Po pierwszym miesiącu nie wiedziałam jak się nazywam, nogi spuchły mi chyba ze trzy rozmiary – opowiada.

Okazało się, że łodzianie pokochali zupę pho, wietnamski lau, czyli garnek z wywarem do samodzielnego gotowania dodatków, wietnamską kawę i będące spadkiem po francuskich kolonizatorach bagietki banh mi. Lilly zatrudnia w Pho już ponad 10 osób, klientów jest wciąż wielu, ale przed Lilly Tran i jej coraz liczniejszym zespołem jeszcze wiele pracy.

- Pierwsze miesiące były na rozkręcenie interesu i dogranie wszystkiego. Teraz jest czas, żeby wprowadzić ofertę lunchową, rozszerzyć ofertę z dowozami – wyjaśnia Agata Zarębska, która nadal podpowiada przyjaciółce co można jeszcze w restauracji dopracować.

Po pracy Lilly Tran stara się pogodzić działalność biznesową, charytatywną i rodzinną. To nie jest łatwe, chociaż dużo pomaga jej mąż. Według bizneswoman dużą zasługą jest wychowanie w polskiej kulturze, które jej i mężowi pozwala prowadzić dom po partnersku i dzielić się obowiązkami, co w Wietnamie nie jest oczywiste.

– Po latach mieszkania w Łodzi jestem megaeuropejska. I bardzo mi to odpowiada – mówi Lilly Tran.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polacy posiadają coraz droższe smartfony

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

O
Ola
Ale świetnie, ja też uwielbiam gotować! Jedyny mój problem to to że już po gotowaniu nie mam siły sprzątać. Jednak teraz mąż kupił mi iRobota na święta także podłogi zawsze błyszczą. Jeszcze tylko kupie zmywarkę i będę spełniona :D
Przejdź na stronę główną Dziennik Łódzki
Dodaj ogłoszenie