MKTG SR - pasek na kartach artykułów

Łódzki ekspres dojechał. ŁKS przebył długą drogę, w trakcie której wiele się nauczył. Wydaje się, że do Ekstraklasy wróci silniejszy

R. Piotrowski
„Pociąg ekspresowy z Łodzi przez Morąg, Lubawę, Ostródę, Pruszków, Radom, Wejherowo, Nowy Sącz i Mielec zbliża się do stacji końcowej” - napisał na popularnym portalu społecznościowym jeden z kibiców. Ta stacja końcowa to piłkarska ekstraklasa. ŁKS wróci tam po kilku latach i stali bywalcy elity tym razem mogą nie poznać starego znajomego. To przecież zupełnie inny klub.

Siedem lat temu zdarzył się tu koniec świata, bo tym dla ludzi ŁKS była degrengolada sportowa zespołu dwukrotnego mistrza Polski. Porosła chaszczami korona starego obiektu, chyba tylko przez sentyment zwanego nadal domem, pożółkła trawa i łopocząca na wietrze postrzępiona biało-czerwono-biała flaga, dopełniały posępny krajobraz futbolowej zagłady. Nie było drużyny. Nie było pieniędzy. Nie było stadionu. Nawet nadziei było wtedy niewiele.

A potem, parafrazując zapomnianego klasyka, piłka nożna sprawiła jeden ze swych rozlicznych cudów. Akademia ŁKS i Stowarzyszenie Kibiców zwarli szeregi. Konającego, na wpół żywego pacjenta zdołano reanimować. Każda mała decyzja urastała do rangi kluczowej. Każda była jak jeszcze jeden łyk powietrza. Odzyskanie przeplatanki, historycznego herbu, odzyskanie prawa do nazwy, start drużyny w rozgrywkach IV ligi, wreszcie plany budowy nowego stadionu - od tego wszystko się zaczęło.

Od początku

ŁKS musiał zdefiniować się na nowo. Krytycznym okiem spojrzeć na siebie, swoje otoczenie i podejmowane w przeszłości decyzje. Piękna spuścizna, na którą kibice i działacze klubowi tak często się wcześniej powoływali już nie przesłaniała pola widzenia. Stała się, tak jak to powinno być wcześniej, dopełnieniem, nie zaś argumentem, bo jakimże argumentem mogą być dla potencjalnych sponsorów dokonania ełkaesiaków z lat 50., czy legenda „Rycerzy Wiosny”?

W 2016 roku rządy w klubie objął Tomasz Salski. Nie mamił kibiców cukierkową wizją szybkiego postępu i błyskawicznych sukcesów, które przyjdą tylko dlatego, że „to przecież wielki ŁKS”. Klub musiał przede wszystkim ciężko pracować. I pracował. Tyrał każdego dnia i na każdym istotnym z punktu widzenia klubu polu. Sentymenty, którym ulegali poprzednicy obecnego prezesa ŁKS i które wypaczały obraz rzeczywistości, ustąpiły miejsce zdroworozsądkowemu pragmatyzmowi. Złośliwi twierdzili, że to wszystko trąci wyrachowanym korporacjonizmem, lecz ŁKS dmuchał na zimne. Na kolejne potknięcia nie mógł już sobie pozwolić.

Nie zawiedli i kibice, nawet jeśli początkowo ciężko im było przełknąć zwartą ligę. O ile bowiem na początku XXI wieku po spadku z ekstraklasy wydawało się łodzianom, że trafili z piłkarskich salonów na daleką prowincję, o tyle w 2013 roku dwukrotny mistrz Polski znalazł się w futbolowym czyśćcu. Trzy awanse łodzianie wywalczyli pod wodzą trenera Wojciecha Robaszka. Ten pierwszy - z czwartej do trzeciej ligi - w cuglach, kolejny - po trzyletnich męczarniach, które jednak nauczyły ełkaesiaków pokory.

Na razie jest bardzo dobrze

Drugą ligę, tak jak i zaplecze ekstraklasy, ŁKS wziął już szturmem. Latem 2018 roku zatrudniono trenera Kazimierza Moskala. Zapewne nie tylko dlatego, że był zainteresowany pracą w nowym miejscu. W profesjonalnie zarządzanym klubie piłkarskim, o czym kiedyś już wspominaliśmy - boisko, finanse, marketing - to wszystko naczynia połączone. ŁKS, aby zrobić kolejny krok potrzebował impulsu w postaci efektownie ofensywnie grającej drużyny. Widowisko sportowe należało spiąć klamrą z klubową polityką, całości zaś nadać odpowiedniego sznytu. Postawiono więc na trenera, który tak właśnie chce grać. Postawiono na piłkarzy, którzy w ten sposób potrafią grać. Efekt? ŁKS nie męczył oka, tak jak większość pierwszoligowców. ŁKS sprawiał widzom frajdę i chociaż nie sposób ocenić, na ile to wystarczy w przyszłym sezonie, tych ostatnich kilkanaście miesięcy ciężkiej pracy to spory kapitał. Ludzie chcą oglądać tak grający zespół, przecież w drugiej połowie rundy wiosennej bilety wyprzedawały się już kilka dni przed rozpoczęciem spotkania. Do tego na spotkaniach ełkaesiaków panuje ostatnimi czasy znakomita rodzinna atmosfera.

Wartość dodana

A sześć lat temu... 25 sierpnia 2013 roku ełkaesiacy rozpoczęli swą karkołomną wspinaczkę od zwycięstwa z Pogonią Zduńska Wola. Pierwszą bramkę w tamtym meczu zdobył Szymon Salski. Dzieło zakończył... Tomasz Salski, a także trener Kazimierz Moskal i grupa naprawdę niezłych piłkarzy. Ci ostatni nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa. Tak jak prezes Tomasz Salski. Co czuł szef ŁKS po ostatnim gwizdku?
- Przede wszystkim satysfakcję, że to, co sobie założyłem udało się zrealizować, a osoby którym zaufałem nie zawiodły. Na tym jednak nie koniec. ŁKS musi się dalej rozwijać. Tak, aby w ekstraklasie stanowić wartość dodaną.

emisja bez ograniczeń wiekowych
Wideo

Sensacyjny ruch Łukasza Piszczka

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na dzienniklodzki.pl Dziennik Łódzki