Losy Hertzów: z Łodzi do paryskiej "Kultury"

    Losy Hertzów: z Łodzi do paryskiej "Kultury"

    Anna Pawłowska

    Dziennik Łódzki

    Aktualizacja:

    Dziennik Łódzki

    Ona swoją pozycję społeczną zawdzięczała pracowitości, zdolnościom i determinacji. Była pierwszą kobietą w Polsce, która zdała egzamin na stanowisko notariusza. W latach trzydziestych pracowała w Łodzi jako referent notarialny. On pochodził z zamożnej rodziny. Sam mówił, że do wybuchu wojny wiódł beztroskie życie. Był jak ona - ambitny, samodzielny i niezależny.
    Stworzyli niesamowitą parę, którą dziś kojarzymy przede wszystkim z Instytutem Literackim i paryską "Kulturą". Od niedawna nosi ich imię skwer przy Bibliotece Uniwersyteckiej w Łodzi.

    Zofia i Zygmunt Hertzowie mieszkali przed wojną w Łodzi, choć oboje przyszli na świat w Warszawie. Mieli podobne doświadczenia w dzieciństwie - pochodzili z rozbitych rodzin. To mogło sprawić, że doskonale się rozumieli.

    Kandydatka na rejenta


    Zofia Neuding urodziła się w 1910 roku. Do Łodzi przyjechała dopiero po śmierci matki w 1921 roku. Jej rodzice rozstali się, a ojciec, który pracował w Piotrkowie, po śmierci matki nie wziął jej do siebie.

    - Zresztą małżeństwo matki Zofii z jej ojcem nie było dobrze widziane przez rodzinę matki. Bardzo prawdopodobne, że rada rodzinna ustaliła, iż Zosia powinna zamieszkać u jednej z kuzynek swojej matki - opowiada Anna Olszewska, stryjeczna wnuczka Zygmunta Hertza. - Zofia przyjechała więc do Łodzi i zamieszkała u ciotki. Tutaj ukończyła Gimnazjum Żeńskie Romany Konopczyńskiej-Sobolewskiej i zrobiła maturę.

    Po maturze w 1928 roku wyjechała na studia do Warszawy, przez rok uczyła się prawa. Przerwała studia, nie zdawszy egzaminów kończących, i wróciła do Łodzi.

    - Zawsze podkreślała rolę szczęśliwych zbiegów okoliczności w swym życiu. Na ulicy spotkała byłego dyrektora gimnazjum. Zapytał, co robi. Odpowiedziała, że chciałaby się usamodzielnić i pracować. Obiecał, że postara się pomóc - opowiada Anna Olszewska.

    Znajomym dyrektora był Apolinary Karnawalski, notariusz. W ten sposób Zofia rozpoczęła pracę w jego kancelarii przy placu Wolności 2. Tak zaczęła się jej kariera.

    - Bardzo szybko się wciągnęła do pracy. Była bardzo zdolna, inteligentna i pracowita, a nade wszystko zainteresowana tym, czym się zajmowała. Rejent, bo wówczas notariusza nazywano rejentem, zauważył, że to nie będzie zwykła dziewczyna do prac biurowych. Zaproponował jej, żeby przystąpiła do egzaminu na stanowisko notariusza - dodaje Olszewska.

    Była pierwszą kobietą w Polsce, która przystąpiła do tego egzaminu i go zdała. Był rok 1933, ona miała 23 lata i zaledwie trzyletni staż pracy. W "Głosie Porannym" i w "Kurierze", dwóch największych łódzkich dziennikach, ukazały się artykuły na ten temat. W dodatku do "Kuriera" zamieszczono nawet jej zdjęcie. Tytuły krzyczały: pierwsza kobieta i łodzianka kandydatką na rejenta!

    Rejent Karnawalski był zachwycony. Chwalił się Zofią. Po zdanym egzaminie podczas krótkich nieobecności rejenta zastępowała go w pracy. Podpisywała akty, była p.o. notariuszem. Wkrótce jednak weszła w życie reforma, mająca ujednolicić struktury notarialne na ziemiach pozaborowych. Wymagała ona m.in., aby notariusz miał ukończone studia prawnicze. Zofia zatem nie mogła zostać notariuszem; cały czas jednak, aż do wybuchu wojny w 1939 roku, pracowała u Karnawalskiego jako referent notarialny. Dobrze zarabiała, wynajmowała mieszkanie przy ul. Wierzbowej 40. Była wyemancypowaną, samodzielną i niezależną kobietą.

    Urodzony prokur

    Rodzinę Zygmunta można określić jako łódzko-warszawską.

    - Przedwojenna Łódź była dobrze rozwijającym się miastem, świetnym miejscem do robienia interesów - podkreśla Anna Olszewska, dokumentująca życie rodziny Hertzów. - Zygmunt urodził się w Warszawie, ale mieszkał w Łodzi. Niewykluczone, że jego matka pojechała na poród do Warszawy, ponieważ dziadek Zygmunta był lekarzem.

    Urodził się w 1908 roku. Pierwsze lata dzieciństwa spędził w Łodzi. Kiedy jego rodzice rozstali się, ojciec pozostał w mieście nad Łódką, a matka zabrała jego i jego starszą o osiem lat siostrę do Warszawy. W stolicy Zygmunt rozpoczął naukę w gimnazjum im. Stanisława Staszica. Kiedy matka po raz drugi wyszła za mąż za wdowca z trojgiem dzieci, Zygmunt zamieszkał z ojcem w Łodzi w domu przy al. Kościuszki 69. Starsza siostra zdążyła się usamodzielnić i rozpocząć studia.

    Młody Hertz kontynuował naukę w łódzkiej Szkole Zgromadzenia Kupców. Jego ojciec Mieczysław był zamożnym handlowcem, a przy tym działaczem społecznym i literatem.

    - Napisał dramat "Anange", który zajął pierwsze miejsce w konkursie im. Sienkiewicza w 1904 roku i był wystawiany w teatrach - twierdzi znawczyni Hertzowych losów. - Oprócz piszącego ojca, Zygmunt miał jeszcze ciotkę, która była wykształconym egiptologiem, chemikiem, matematykiem i dramatopisarką. Wychowanie i środowisko, w którym dorastał, miały się przełożyć w przyszłości na jego powojenne losy i zainteresowania.

    Po maturze, zdobytej w 1926 roku, przez rok studiował ekonomię w Owens College w Manchesterze w Wielkiej Brytanii. Po roku - podobnie jak Zofia - zrezygnował. Wrócił do kraju i pracował w biurze handlowym ojca, które stanowiło przedstawicielstwo firmy Solvey, zajmującej się handlem sodą kaustyczną. Był przedstawicielem handlowym, wówczas mówiło się - prokurem. Idealnie się w tym odnajdował, miał niezbędną do tej pracy żyłkę, uwielbiał kontakty z ludźmi. Mieszkał w kawalerce przy ul. Zamenhofa 8.

    Szczęśliwy zbieg okoliczności

    Według wszystkich opowiadań, poznali się na balu karnawałowym w Łodzi. Ona była z przyjaciółkami, otrzymała zaproszenie od kolegi na prywatny bal w pewnej willi czy pałacyku. Gościł tam również Zygmunt Hertz. Co sprawiło, że się poznali? Kolejny szczęśliwy zbieg okoliczności: jedna z przyjaciółek pracowała w Izbie Handlowo-Przemysłowej, której prezesem był ojciec Zygmunta. Ślub wzięli 11 lutego 1939 roku w kościele Świętego Krzyża w Łodzi.

    Z łagru do wojska

    Dobrze rysującą się przyszłość przekreślił wybuch wojny. Podczas kampanii wrześniowej Zygmunt służył w artylerii przeciwlotniczej. Dostał się do niewoli bolszewickiej, z której udało mu się zbiec. Przedostał się do Stanisławowa, gdzie trzy miesiące później dołączyła do niego żona. W czerwcu 1940 roku zostali aresztowani we Lwowie, podczas masowej akcji NKWD, i zesłani do Cyngłoku w tajdze. Czternaście miesięcy spędzili w łagrze, pracując przy wyrębie lasu. Zwolnieni na mocy traktatu Sikorski - Majski pod koniec września 1941 roku, oboje wstąpili do armii polskiej generała Andersa, utworzonej w Związku Radzieckim. Wraz z II Korpusem przeszli cały szlak bojowy przez Irak i Egipt do Włoch.

    Instytut Literacki

    Ich powojenne losy związane są z założonym wspólnie z Jerzym Giedroyciem Instytutem Literackim, szybko przeniesionym z Rzymu do Maisons-Laffitte pod Paryżem. Wspólnie wydawali miesięcznik "Kultura", "Zeszyty Historyczne" oraz setki książek - zarówno dzieł literackich, jak i o charakterze politycznym oraz pamiętnikarskim.

    Zygmunt po wojnie miał propozycję powrotu do pracy w Solvayu na Zachodzie. Mógł odzyskać utracony status społeczny, wrócić do sfery bogatej burżuazji. Instytut Literacki i "Kulturę" wybrał dla Zofii. Mówił, że nigdy tego nie żałował.

    Zofia była zaangażowana w sprawy wydawnicze i administracyjne instytutu. Zygmunt zajmował się administracją i przyjeżdżającymi do Francji pisarzami, malarzami, działaczami politycznymi. "Uważam, że istnienie "Kultury" - pisał w liście do Czesława Miłosza - jest sprawą niezmiernie ważną nie z punktu widzenia polityki światowej czy polskiej, ale jako miejsce, gdzie mogą drukować Miłosz, Hłasko, Jedlicki Gombrowicz i inni".

    "Mów mi Zosiu"

    - Jestem stryjeczną wnuczką, czyli wnuczką siostry Zygmunta - precyzuje więzi rodzinne Anna Olszewska. - Zygmunt zmarł w 1979 roku. Nie mogę powiedzieć, że znałam go osobiście. Raz tylko usłyszałam jego głos przez telefon.

    Hertz prowadził korespondencję z ojcem pani Anny.

    - Zofię poznałam w 1989 roku, kiedy pierwszy raz pojechałam do Francji. Ona miała wówczas 79 lat. Powiedziała "mów mi Zosiu", nie jestem żadną ciocią - wspomina. - Była silną osobowością, czasami mogła sprawiać wrażenie szorstkiej, ale była szczera, prawdomówna i prostolinijna.

    Skwer przy Bibliotece Uniwersytetu Łódzkiego, który ma nosić imię Hertzów, będzie przypominał mieszkańcom miasta o ich działalności wydawniczej, a przede wszystkim o tym, że oboje pochodzili stąd - z Łodzi.

    Czytaj treści premium w Dzienniku Łódzkim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo