Marcin Grabarczyk: łódzki student z duszą odkrywcy [ZDJĘCIA]

Paweł Patora
Udostępnij:
Z Marcinem Grabarczykiem, studentem Politechniki Łódzkiej, którego pasją są podróże do odległych krain rzadko odwiedzanych przez turystów, rozmawia Paweł Patora.

Co sprawiło, że został Pan podróżnikiem?
Zaczęło się od tego, że czytałem w książkach, słuchałem w radiu i oglądałem w internecie wiele materiałów na temat dżungli amazońskiej. Wymarzyłem sobie, że dotrę do tej dżungli, by przekonać się, jakie wrażenie robi tropikalna roślinność, co oznacza 40 stopni w cieniu i 100 procent wilgotności powietrza. Marzyło mi się zobaczyć małpy na wolności, papugi w tropikalnym lesie, pływać Amazonką w drewnianym czółnie. I wszystkie te marzenia spełniły się już podczas mojej pierwszej wyprawy.

Co to była za podróż?
To była wyprawa kilkunastu osób, którą kierował doświadczony organizator takich przedsięwzięć. Miałem wtedy 18 lat. Polecieliśmy do dżungli amazońskiej. Obcowaliśmy z naturą, która była o kilka metrów od nas, gdy spaliśmy w drewnianych chatach. Zobaczyłem trudno dostępne miejsca, w których mogłem być sam na sam z przyrodą i czuć się czasami trochę jak odkrywca.

Dokąd wybrał się Pan w swoje kolejne podróże?
Dwa lata później, częściowo w tym samym gronie, wróciliśmy na tydzień do dżungli amazońskiej. Potem spędziliśmy dwa tygodnie w Peru. Tam czekała na nas przewodniczka - Polka, która od wielu lat jeździ z grupami turystycznymi po tym ogromnym kraju. Gdy nie ma się dużo czasu, warto ten kraj zwiedzać w sposób zorganizowany. Musi być przemyślany plan i musi czekać bus, żeby jak najwięcej zobaczyć. Ta wyprawa była już bardziej samodzielna, bo nie mieliśmy przewodnika, który wybrał się z nami z Polski. W 2011 roku zorganizowaliśmy podróż we dwoje z przyjaciółką, którą znałem z poprzedniej wyprawy. Polecieliśmy na Zanzibar. Naszym planem było wylądować na wyspie, zobaczyć jak tam wszystko wygląda i poszukać miejsca dla siebie. Potem przyszły Karaiby.

Wybrał się Pan na te wyspy w tym roku, lądując na Barbadosie, a relacje i zdjęcia z podróży zamieszczał Pan na swoim blogu. To była podróż samotna?
Tak. Nie miałem zamiaru lecieć tam sam, ale gdy okazało się, że nie możemy wybrać się razem, nie odwołałem wyjazdu. Przygotowywałem się do tej podróży od marca, a wyruszyłem na początku lipca. Ponieważ Barbados jest jedną z najdroższych wysp, a ja miałem bardzo ograniczony budżet, to zdecydowałem, że wszystkiego będę szukał na miejscu. Dlatego wylądowałem tam bez zarezerwowanego noclegu. Po wyjściu z samolotu ominąłem taksówkarzy, którzy proponowali, że wskażą tani nocleg i podwiozą na miejsce. Nie ufałem, że to rzeczywiście będzie najtańsze miejsce. Poszedłem na przystanek autobusowy. Z przewodnika wiedziałem, dokąd mogę dojechać jakim autobusem. Dotarłem na południowy kraniec Barbadosu, tam wysiadłem w miejscu wskazanym przez kierowcę i poszedłem przed siebie. Szukałem od hotelu do hotelu, ale ceny były zbyt wysokie na moją kieszeń. Po godzinie zacząłem rozmawiać z mieszkańcami. Od ludzi, którzy sprzedawali coś na straganach dowiedziałem się dokąd pójść. Wskazali mi hostelik, bardzo tani, jak na tamte ceny. Za dobę płaciłem równowartość 30 dolarów amerykańskich. Byłem bardzo zadowolony z tego miejsca, ponieważ można było tam wygodnie się przespać, a poza tym czułem się tam bezpiecznie i bagaże też były bezpieczne.

Jak spędzał Pan czas na Barbadosie?
Całe dnie podróżowałem po wyspie, bez zaplanowanego scenariusza. Przy ogromnej dostępności lokalnego transportu, można było ją zwiedzać codziennie, od rana do wieczora. Większość tego transportu odbywała się przez stolicę Barbadosu Bridgetown, do której z hostelu autobus miałem co pięć minut. Dotarłem na północ, na wschód, a także zjeździłem całe zachodnie wybrzeże, czyli miejsce najdroższych hoteli i najbardziej zadbanych plaży.
Które miejsca na Barbadosie uważa Pan za najciekawsze?
Są tam rajskie plaże z białym piaskiem z przezroczystą wodą oceanu i wspaniałe krajobrazy z kokosowymi palmami. Tak jest na zachodnim, bardzo zadbanym wybrzeżu, ale też bardzo pozytywnie wspominam moją podróż na wschodnie wybrzeże, którą wszyscy mi odradzali. Mówili, że tam nic nie ma. I właśnie to mnie zaintrygowało. Gdy już tam dotarłem, to przekonałem się, że dobrze zrobiłem, bo ujrzałem bardzo dzikie plaże. Nie było tam hoteli, ale właśnie dlatego było fajnie. Porośnięte palmami kokosowymi wzgórza schodziły do oceanu, przed którym rozpościerała się dzika plaża, a w pobliżu widać było niewiele małych domków. Ten krajobraz był wyjątkowo malowniczy. Palmy były tam takie, jakie są w naturze. Nikt nie zrywał z nich suchych liści, jak to jest przy wytwornych hotelach. Pod tymi palmami, na brązowym piasku, leżało wiele niepozbieranych kokosów. Wschodnie wybrzeże Barbadosu było jednym z moich własnych odkryć.

Jakie wrażenie zrobili na Panu mieszkańcy wyspy?
Są bardzo otwarci. Gdy widzieli samotnie podróżującą osobę w młodym wieku, sami podchodzili, pytali skąd jestem i co robię na Barbadosie. Byli zdziwieni, że jestem sam i że jestem tak długo. Gdy potrzebowałem czegoś się dowiedzieć, na przykład gdy pytałem o drogę w określone miejsce, chętnie tłumaczyli. Ani razu nie zdarzyło mi się natrafić na jakąś negatywną reakcję. Standard życia ludzi, z którymi spotykałem się podczas poprzednich wypraw - na Zanzibar i do Ameryki Południowej - był całkiem inny niż nasz. Żyli dużo biedniej. Natomiast na Barbadosie standard ten jest zbliżony do naszego, choć mieszkają w domach trochę biedniejszych niż nasze, wyglądających na bardzo stare, czasami nawet obskurne. Jednak ludzie, z którymi rozmawiałem, są podobni do nas, mimo że ciemnoskórzy. Myślą i czują podobnie jak my. Wiedzą gdzie jest Europa i gdzie leży Polska.

Jak długo był Pan na Barbadosie?
Dwa tygodnie. Cała podróż trwała trzy tygodnie, ale środkowy tydzień spędziłem na wyspie Saint Vincent. Dla mnie była to jeszcze bardziej prawdziwa przygoda, bo wyspa ta jest rzadko odwiedzana przez turystów. Pokrywają ją góry porośnięte dżunglą, schodzącą do oceanu. Przeżyłem ogromną radość, że znów mogłem znaleźć się w miejscu podobnym do dżungli amazońskiej. I co ciekawe, na Saint Vincent są plaże z czarnym piaskiem, pochodzenia wulkanicznego. Ale piasek ten, mimo że czarny, jest krystalicznie czysty, o czym można przekonać się, biorąc go w dłonie.

Czy podczas tej wyprawy znalazł się Pan w niebezpieczeństwie?
Pierwszego dnia na Saint Vincent szedłem drogą przez dżunglę do gospodarstwa, w którym miałem zarezerwowany nocleg. Podróżowałem z całym moim dobytkiem na plecach. I zdarzyło się, że w zasięgu mojego wzroku, oprócz drogi i dżungli, było tylko dwóch mężczyzn idących drogą z maczetami. W pierwszej chwili budziło to strach. Później oswoiłem się już z takimi sytuacjami. Miejscowi, u których mieszkałem, wyjaśnili mi, że ludzie, którzy poruszają się po tamtej dżungli są farmerami i chodzą z maczetami nie mając złej woli. Maczetami torują sobie drogę, a także mogą obronić się przed groźnym zwierzęciem.

Czy w tak odległym miejscu miał Pan łatwy kontakt ze światem?
Miałem ze sobą notebooka, dzięki czemu pisałem na bieżąco na moim blogu relacje z podróży. Stosunkowo wysoki standard życia na Barbadosie spowodował, że nie miałem problemu z dostępem do prądu i internetu. Wieczorami, gdy wracałem trochę wcześniej, pisałem jeszcze coś na żywo w internecie. Było to bardzo fajne doświadczenie i mam zamiar kontynuować to podczas podróży na Sri Lankę (Marcin Grabarczyk odleciał na Cejlon tydzień temu. Rozmowę przeprowadziłem przed tą wyprawą - przyp. PP).

Dlaczego wybrał Pan Sri Lankę?
Z przewodników i relacji turystów wiem, że można tam zobaczyć połączenie pięknych krajobrazów z plantacjami herbaty, z lasami tropikalnymi, a jednocześnie między tym wszystkim napotkać świątynie buddyjskie. Poza tym wiem, że Sri Lanka jest tania, co po drogim Barbadosie, ma znaczenie. Ponadto mam zamiłowanie do wysp. Właśnie dlatego wybrałem Cejlon, gdzie wybieram się na trzy tygodnie z przyjaciółką. Zdjęcia z tej podróży też będę zamieszczał na blogu.

Rozmawiał Paweł Patora

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze 5

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

H
Henryk
A może w następną podróż do Australii i Nowej Zelandii? Polecam, byłem tam.
o
orzech
żal dupsko ściska, to takie polskie...
o
okonek
czy dragi - pochodzic z bogatej rodziny to nie grzech - ale zgadzam sie - turysta nie podroznik.
M
Michał
Chyba trochę mu zazdroszczą takich podróży jego nauczyciele akademiccy z Politechniki Łódzkiej (zwłaszcza profesorowie), którzy są od niego starsi i nigdy w życiu nie byli w Ameryce Południowej (i pewnie nie będą).
Chłopak pewnie pochodzi z inteligentnej i zamożnej rodziny. Zdjęcia tych plaż i fauny są piękne, cudowne, bajeczne.
Fajny gość z niego, super pasja, jest z nim o czym porozmawiać! Oby takich osób było więcej.
G
Gość
Jesteś chłoptasiu zwykłym turystą nic ponadto.
Więcej informacji na stronie głównej Dziennik Łódzki
Dodaj ogłoszenie