Marek Janiak: Strychy! Będę przekonywał konserwatorów, by...

    Marek Janiak: Strychy! Będę przekonywał konserwatorów, by nie marudzili

    Marcin Darda

    Dziennik Łódzki

    Aktualizacja:

    Dziennik Łódzki

    Program "Strych" startował półtora roku, bo ze strony administracji nieruchomości pojawiła się absolutna niechęć i blokada tej inicjatywy. AN-y to potworne elementy administracji... Z Markiem Janiakiem, architektem miasta Łodzi i wykładowcą Politechniki Łódzkiej rozmawia Marcin Darda.
    Marek Janiak

    Marek Janiak ©Krzysztof Szymczak

    Czy Pan naprawdę wierzy, że ktoś odda na przykład 100-metrowe, niezadłużone, komunalne mieszkanie za o połowę mniejszy strych, który na dodatek musi sam wyremontować?
    Myślę, że niektóre strychy są nawet większe niż 100 metrów. A 100-metrowe mieszkanie komunalne to nie jest tak często spotykany przypadek. Jeśli już ktoś takim dysponuje, to pewnie strychem się nie zainteresuje. Strychem zainteresuje się ktoś, kto na przykład ma mieszkanie 30-metrowe lub mniejsze, a nie odpowiada mu standard lub lokalizacja tego mieszkania. Dajemy po prostu możliwość wymiany lokum na lepsze. Jestem zwolennikiem tego pomysłu, o który tak dba wydział lokalowy. Gdy ustalaliśmy regulamin i treści umów na adaptacje strychów, wydział lokalowy patrzył przede wszystkim na to, by miasto nic nie straciło.
    By nie stało się tak, że ktoś np. ma kilka mieszkań w zasobie komunalnym. Ja postrzegam strych jako szansę dla tych, którzy nie mają żadnego mieszkania, mieszkają z rodzicami, bądź lokum wynajmują od osoby prywatnej. W regulaminie jest zapis, że preferowane osoby to studenci i absolwenci wyższych uczelni, którzy zamieszkują na terenie miasta. Ich już nikt nie pyta czy mieszkają w akademiku, z rodzicami, czy pod mostem. To nie ma znaczenia, bo to program przede wszystkim dla ludzi, którzy samodzielnie nie użytkują żadnego mieszkania. Ale to tylko jeden aspekt sprawy.

    A drugi?
    Strych daje możliwości stworzenia ciekawego, niekonwencjonalnego mieszkania. Dzięki ambitnemu projektowi można zbudować na dachu nawet rodzaj penthouse'u. To optymalna sytuacja mieszkaniowa w mieście: mieszkamy na górze, gdzie nic nam nie zacienia, mamy blisko do centrum, bo wystarczy zejść schodami na dół, a jednocześnie mamy dużą przestrzeń do własnej dyspozycji. Jeśli kogoś byłoby na to stać i chciałby zainwestować, to może podnieść fragmenty dachu i zrobić strych dwupoziomowy, bo w Łodzi są też wysokie strychy. Jest światowy trend: "wrzuca się" niektóre adaptacje strychów w sferę tzw. loftów, czyli przestrzeni niegdyś przemysłowych bądź innych adaptowanych na przestrzenie mieszkalne. To są niezwykłe obiekty. Według mnie adaptacja strychu na penthouse i tak jest tańsza niż budowa domu, bo jest gotowy fundament, a pracować można nawet zimą. Adaptacja to jest budowa na gotowej bazie.

    A skąd pomysł, że ktoś, kto "samodzielnie nie użytkuje mieszkania" będzie chciał budować dom i trzeba go od tego odwieść na rzecz adaptacji strychu? Są szacunki ile taka adaptacja może kosztować?
    Nie chciałbym robić żadnych szacunków, bo budowanie w ogóle, a remontowanie i adaptowanie w szczególności, w sensie kosztów jest bardzo zależne od sposobu organizacji takiej budowy, jej toczenia się i użytych metod. Z jednej strony mamy metodę najdroższą, czyli zapłacenie za projekt, wynajęcie firmy i niech ona się martwi. A z drugiej mamy "samoróbkę", w której ze szwagrem za pomocą wielokrążka, wiaderka i taczki własnoręcznie dokonuje się adaptacji. Widły cenowe są bardzo rozsunięte, dlatego trudno to oszacować. A i strychy są różne. Gdy otwieraliśmy program to byliśmy na strychu, który miał gotową podłogę, wystarczy tylko docieplić dach, dołożyć okna w szczytowej ścianie, może jeszcze okna połaciowe, dociągnąć instalacje z dołu i jest gotowe mieszkanie. Dlatego często jest to inwestycja łatwa, bo toczy się w już gotowej strukturze, a nawet czymś, co przy budowie nowego domu nazywa się stanem surowym zamkniętym. To pozwala regulować czas adaptacji. Trudność polega na tym, że operujemy w budynku zasiedlonym, a pod podłogą mamy sąsiada, który będzie narzekał na stukanie, wiercenie i przybijanie. To uciążliwość, którą trzeba brać pod uwagę przy takiej inwestycji.

    Jest zainteresowanie strychami?
    Tak. Nie spadła na nas lawina zapytań, ale ludzie dzwonią. Wydział Budynków jest na to przygotowany, Biuro Architekta też, informacja na stronie internetowej jest, a dokumentacja jak na pierwszy etap programu jest przygotowana bardzo dobrze, bo nawet tam, gdzie będą potrzebne warunki zabudowy, to są gotowe. Najsłabiej są przygotowane administracje nieruchomości. Gdy ludzie chcą zobaczyć strych, to nagle się okazuje, że nie ma osoby, która może tam z nimi pójść. To są bezwładności struktur administracyjnych, z których AN-y są najbardziej potwornymi elementami.

    Dlatego z programem ruszyliście dopiero półtora roku po jego zapowiedzi?
    Niestety, tak. Od razu było widać, że ze strony AN-ów będzie absolutna niechęć i blokada tej inicjatywy.

    Dlaczego?
    Są to struktury przyzwyczajone do "nic nierobienia". Trzeba przecież ludzi wpuszczać, wypuszczać, ktoś musi pójść i otworzyć, potem przypilnować i zamknąć, a przecież tych ludzi zainteresowanych może przyjść dużo... Potem jeszcze trzeba w takiej inwestycji uczestniczyć sprawdzając, czy ona się toczy, przyjmować prośby inwestora oraz skargi lokatorów. Coś zaczęłoby się dziać w posesji, która do tej pory była cicha i martwa. Lenistwo i niechęć do współpracy AN-ów zawsze było i zawsze będzie. Myślę, że trzeba to przełamać. Łódź ma w centrum 10 tys. obiektów, a jak ktoś chciał znaleźć do adaptacji strych i szedł do AN-ów w tym celu, to słyszał, że nie ma. Łódź była miastem, które miało dachy, ale nie miało strychów właśnie z powodu niechęci urzędników do dodatkowych czynności. Blokowano to niemal stuprocentowo, bo są jednak sporadyczne przypadki adaptowania strychów. Udało się tylko wyjątkowo upartym ludziom. Ten program ma przełamać magiczną bzdurę. Zbliżają się wakacje, zatem jeśli ktoś będzie w Wiedniu, Barcelonie czy Paryżu, to polecam obejrzenie tamtejszych mansardowych dachów, niektórych nawet z trzema poziomami. Nie ma w tych miastach strychu, który nie byłby użytkowy. W innych miastach Europy akcja "Strych" zakończyła się wiele lat temu. To są ogromne zasoby mieszkaniowe, a w Łodzi, w jakiś dziwny sposób było to martwe. Trzeba przełamać monopol niemożności i przyzwyczaić struktury administracyjne oraz obywateli, że strychy to fantastyczne pole do kreowania własnych miejsc w mieście. Myślimy też nad tym, by w budynkach gdzie miasto ma ponad 50 proc. własności i decydujący głos pomóc wspólnotom w adaptowaniu ich strychów.
    Adaptacja strychu jest ze wszech miar pożyteczna, bo następuje docieplenie budynku, co jest ważne w jego bilansie termicznym. Znika przestrzeń niczyja, często niebezpieczna i kryminogenna.
    1 »

    Czytaj treści premium w Dzienniku Łódzkim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo