Michał Szewczyk i Ryszard Kotys - wspominamy dwie ikony teatrów w Łodzi. Ci aktorzy byli bardzo popularni

Anna Gronczewska
Michał Szewczyk urodził się 29 lipca 1934 roku w Rudzie Pabianickiej, która nie była jeszcze wtedy częścią Łodzi. Z siostrą i rodzicami mieszkał przy ul. Pabianickiej 26. Tam się wychował. Szczęśliwe dzieciństwo przerwał mu wybuch wojny. archiwum DŁ/Polstat/ archiwum Teatru Powszechnego
Niedawno zmarło dwóch znanych aktorów. Obaj byli związani z Łodzią. Michał Szewczyk urodził się w Rudzie Pabianickiej. Przez całe swoje artystyczne życie występował na deskach Teatru Powszechnego. Ryszard Kotys był aktorem Teatru im. Jaracza. Wiele lat mieszkał w Łodzi.

Michał Szewczyk i Ryszard Kotys. Wspomnienie.

Michał Szewczyk urodził się 29 lipca 1934 roku w Rudzie Pabianickiej, która nie była jeszcze wtedy częścią Łodzi. Z siostrą i rodzicami mieszkał przy ul. Pabianickiej 26. Tam się wychował. Szczęśliwe dzieciństwo przerwał mu wybuch wojny.

Ale biegaliśmy z kolegami na Rudzką Górę, zimą zjeżdżaliśmy z niej na sankach, nartach – mówił nam aktor o wojennych czasach. -Kiedy weszło się na tę górę i spojrzało w stronę Łodzi to widziało się las kominów! Zupełnie jak w piosence o tym mieście mówiącej o lesie kominów przesłoniętych dymem co nie przestaje się snuć...

Opowiadał, że obok jego domu znajdowało się duże pole, które należało do Niemca Pohla.

U nas w Rudzie Pabianickiej mieszkało wielu Niemców -. wspominał Michał Szewczyk. - Pamiętam, że we wrześniu 1939 roku, gdy do Łodzi wkraczało niemieckie wojska to witano je kwiatami. Gdy potem opowiadałem o tym znajomym to nie mogli w to uwierzyć, ale tak było. Niemcy, którzy tu mieszkali cieszyli się, że zobaczyli swoich żołnierzy.

Koniec wojny

Kiedy skończyła się wojna miał już 11 lat. Pamiętał bombardowania ze stycznia 1945 roku. Niedaleko znajdowało się lotnisko Lublinek, więc w okolicy latało wiele radzieckich samolotów.

Wróciłem właśnie z łyżew – opowiadał nam Michał Szewczyk. - Lodowisko urządzono na ul. Pabianickiej. Ruch był niewielki, więc można było się poślizgać. A ul. Pabianicka była wyłożona solidną, bazaltową kostką. Tata, który wrócił z obozu, siedział w kuchni i moczył nogi. Miał bardzo spuchnięte...Okna w mieszkaniu były zaciemnione. Nagle usłyszeliśmy huk. Powiedziałem wtedy, że pewnie pękła opona w jakimś samochodzie. Wcześniej miały miejsce takie sytuacje i huk też był duży. Ale doszedłem do zaciemnionego okna, lekko je odchyliłem i zobaczyłem, że jest jasno jak w dzień. Ulice rozświetlały flary...A usłyszeliśmy huk, bo na znajdujące się koło nas pole spadła bomba.

Michał Szewczyk wyszedł potem na ulicę i zobaczył leje po bombach. Wiele znajdowało się na polu Pohla, koło domu Szewczyków.

Bomby nie ważyły dużo, bo leje nie były głębokie – dodawał aktor. . - Ucierpiał tylko jeden dom przy ul. Franciszka, który został zburzony. Była to niewielka kamieniczka.

Przyszła do nich pani Pilcowa. Była Niemką i właścicielką kamieniczki w której mieszkali. Powiedziała, że jej córka opuszcza dom przy ul. Kolejowej i możemy tam zamieszkać.

Oświadczyła, że ona też jedzie – wspominał Michał Szewczyk. - Zapowiedziała, że oni już tu nie wrócą więc możemy się przeprowadzić na ul. Kolejową. Ale tata nie chciał, choć w tamtym domu były prawdziwe luksusy.

Michał Szewczyk zapewniał, że pani Pilcowa była dobrą Niemką. Dawała jego mamie jedzenie dla dzieci.

Bawiłem się z jej wnukiem – tłumaczył nam pan Michał. - Jego tata chodził w czarnym mundurze.

Rosjanie zamiast Niemców

Po Rudzie szybko rozniosły się ostrzeżenia, by chować się po domach, siedzieć po ciemku i nikomu nie otwierać. Rosjanie mieli do nich wchodzić i gwałcić kobiety.

Ale po dwóch – trzech dniach, gdy biegałem po zaspach śniegu zobaczyłem jakiś krzyczący tłum koło sklepu – opowiadał Michał Szewczyk. - Zaczęto mówić, że do mieszkania, które zajmowała matka z dwoma córkami weszli Rosjanie i zaczęli rzekomo gwałcić kobiety. Ktoś musiał o tym powiadomić radzieckie dowództwo, bo dosyć szybo pojawił się tam samochód marki Willis. Siedziało w nim dwóch żołnierzy. Kierowca i jakiś oficer.

Weszli do domu, po chwili pojawili się z dwoma żołnierzami. Zabrali im pasy, szynele. Poszli z nimi pod płot. Oficer wyjął nagana i zastrzelił ich na oczach mieszkańców Rudy. Ludzie zaczęli krzyczeć, że tak nie można, bez sądu..

Nie krzyczcie, nie krzyczcie, ludzi u nas dużo! - odpowiedział oficer i odjechał.

Michał Szewczyk pamiętał też kolumny z radzieckimi żołnierzami jadące ul. Pabianicką.

Jechali wozami konnymi, w walonkach, z karabinami na sznurku i to przed nimi uciekała taka potężna armia jaką mieli Niemcy – wspominał Michał Szewczyk.

Zaraz po wyzwoleniu Michał Szewczyk z rodzicami i siostrą poszli przez całe miasto odwiedzić rodzinę, która mieszkała na Julianowie. Tam dowiedzieli się o tragedii Radogoszcza.

Poszliśmy na teren tego więzienia - mówił pan Michał. - Wszędzie były ludzkie ciała, czuć było swąd spalonych zwłok. Pełno było ludzi. Wielu z nich płakało

Teatr Powszechny na lata

Po skończeniu łódzkiej Szkoły Filmowej związał się z łódzkim Teatrem Powszechnym. Był mu wierny od 1958 roku do dnia śmierci.

Miałem cudowną sytuację – mówił nam w ubiegłym roku w wywiadzie Michał Szewczyk. - Dyrektorzy się zmieniali, a ja zostawałem. Miałem propozycję z teatru im. Jaracza. Gdy nie było już Kazimierza Dejmka także do teatru Nowego. Już na studiach występowałem w Teatrze Powszechnym. Bardzo dobrze się czułem w tym teatrze. Nadal tam od czasu do czasu występuje.

Przez te wszystkie lata pozostał też wierny Łodzi.

Łódź dała mi możliwość spełnienia się w moim zawodzi - wyjaśniał Michał Szewczyk. - Grałem w 150 filmach fabularnych. W Łodzi była przecież wytwórnia. Miała cztery hale. Jednego roku zdarzyło się, że nakręcono w niej 40 filmów. Poza tym w 1958 roku powstała telewizja. Byłem przynajmniej raz w tygodniu na antenie. Wtedy niczego się nie nagrywało, wszystko szło na żywo. Współpracowałem z Wytwórnią Filmów Oświatowych. Występowałem w radiowym „Wesołym autobusem”. Przez 40 lat przejechałem z nim cały kraj. Pojechaliśmy nawet do Stanów Zjednoczonych. W latach 80-tych Stanisław Piotrowski zaproponował mi angaż w warszawskim teatrze „Kwadrat” i to z mieszkaniem. Ale też zrezygnowałem z tej propozycji. Sporo pracowałem dla dubbingu, radiu. Potem do Łodzi przywiązała mnie na stałe moja kochana uliczka Czerwonego Kapturka, na której mieszkam z żoną już prawie trzydzieści lat. Panują na niej świetne stosunki sąsiedzkie. Fajnie układa się nam życie na tej ulicy.

Wesoły autobus

Wielu starszych łodzian pamięta Michała Szewczyka z występów we wspomnianym radiowym „Wesołym autobusie”, który cieszył się ogromną popularnością.

Co tydzień pojawialiśmy się w programie pierwszym Polskiego Radia, w godzinach najlepszej słuchalności – opowiadał nam aktor. -Czasami popularniejsi od nas byli tylko „Matysiakowie”. Z „Wesołym Autobusem” jeździliśmy po całym kraju. Występowaliśmy między innymi w różnych dużych zakładach przemysłowych, czasem w remizach strażackich. Mieliśmy cudowne recenzje. W tym PRL-u w „Wesołym autobusie” udało się przemycić tyle krytycznych spraw dotyczących naszej rzeczywistości. Związanych m.in z gospodarką. Byliśmy jak dziś Elżbieta Jaworowicz z programu telewizyjnego „Sprawa dla reportera”. Z „Wesołym autobusem” pracowało wielu dobrych literatów, muzyków. Teksty pisano na „gorąco”.

Gwiazda na Piotrkowskiej

Michał Szewczyk zagrał między innymi jedną z głównych ról w pierwszym polskim serialu „Kapitan Sowa na tropie”. Grał Albina, który pomagał rozwiązywać zagadki kryminalne tytułowemu kapitanowi Sowie. W tej roli oglądaliśmy Wiesława Gołasa. Wiele osób pamięta go jako Michała w serialu „Samochodzik i templariusze”.
W ubiegłym roku odsłonił swoją Gwiazdę na ul. Piotrkowskiej. Był bardzo z tego dumny.

To było bardzo potrzebne – cieszył się aktor. - Kiedyś nie zależałoby mi na takich wyróżnieniach. Ale teraz czas się dla mnie bardzo skrócił. Przyjemnie będzie, gdy ktoś przypomni sobie o starym Szewczyku, który przez 62 lata grał w jednym teatrze i bardzo kocha Łódź.

Michał Szewczyk zmarł 8 lutego. W lipcu skończyłby 86 lat.

Michał był niezwykłym profesjonalistą, uprawiał etos aktora teatralnego – napisała po śmierci aktora Ewa Pilawska, dyrektor Teatru Powszechnego w Łodzi. - Do każdej roli podchodził z równą pasją, był wierny posłannictwu i misji zawodu aktora. Cechą wielkich aktorów jest, że gdy pojawiają się na scenie, nawet w niewielkim epizodzie, porządkują cały spektakl, dostają owacje. Michał był właśnie w takiej grupie Mistrzów. Pomimo, że jego obecność w Teatrze ostatnio nie była tak częsta, regularnie rozmawialiśmy telefonicznie. Kochał życie, kochał ludzi i Teatr. Był empatyczny, towarzyski, miał duże poczucie humoru. Najważniejsza dla niego była rodzina, którą założył w Łodzi. Był otoczony miłością i wsparciem ze strony żony Małgosi, dzieci i wnuków. Kilka miesięcy temu w roku Jubileuszu 75-lecia Teatru odsłanialiśmy Gwiazdę Michała Szewczyka w Łódzkiej Alei Gwiazd, niewiele później Michał został odznaczony Złotym Medalem Zasłużony Kulturze Polskiej Gloria Artis. Łódź bez Michała Szewczyka nigdy nie będzie już taka sama...

Niedawno pożegnaliśmy też innego znakomitego aktora związanego z Łodzi, Ryszarda Kotysa. Cała Polska zapamiętała go jako

Droga do Łodzi
Mariana Paździocha z serialu „Świat według Kiepskich”. Ale wiele lat był aktorem Teatru im. Stefana Jaracza. Urodził się 20 marca 1932 roku w Mniowie.

Pochodzę z Kieleckiego – mówił nam w wywiadzie Ryszard Kotys. - Potem skończyłem w Krakowie szkołę teatralną. Grałem tam kilka lat. Potem przeniosłem się do Wrocławia, na jakiś czas przyjechałem do Łodzi. Wróciłem do Wrocławia. W końcu znów znalazłem się w Łodzi i tak jest do dziś. Tu zakończyłem swoją pracę w teatrze i przeszedłem na emeryturę. Tak więc czuję, że Łódź jest moim miastem. W nim mieszkam najdłużej.

Ostatnie lata swego życia Ryszard Kotys spędził jednak we wsi Lusowo koło Poznania. Tam mieszkał ze swą żoną Kamilą Sammer, też wieloletnią aktorką Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi.

W dalszym ciągu jestem zameldowany w Łodzi, mam tu swoje mieszkanie i tu płacę podatki – zapewniał nam Ryszard Kotys. - Jednak ostatnio rzadziej tu bywam. Na co dzień mieszkam pod Poznaniem, na wsi.

Ryszard Kotys opowiadał nam, że gdy w 1949 roku zdecydował się na studia aktorskie to wybrał Kraków, choć zawsze widział drogę do Łodzi.

Drogę do tego miasta pokazywał mi autobus, który w dzieciństwie przejeżdżał przez moją wieś Mniów, a kursował na trasie Łódź - Kielce – wyjaśniał Ryszard Kotys. - Wzbudzał zawsze wielkie zainteresowanie. Pojawiał się w naszej wsi o drugiej czy trzeciej po południu. Zatrzymywał się tu, ale nie regularnie. Wzbudzał za to tumany kurzu. Przejazd tego autobusu był lokalną sensacją. Do Łodzi w końcu dotarłem. Już na studiach przyjeżdżałem tu na próbne zdjęcia do filmów. Bywałem w niej ze dwa - trzy razy jako student. Już jako młody aktor teatru w Kielcach dostałem propozycję od Andrzeja Wajdy, by zagrać w „Pokoleniu”. Zagrałem w nim jedną z głównych ról. Przyjeżdżałem do Łodzi na zdjęcia. Miasta wtedy dobrze nie poznałem. Pracowało się w Wytwórni Filmów Fabularnych, mieszkało w Grand Hotelu. Dużo wolnego czasu nie było. Ale niekiedy odwiedzaliśmy klub „SPATiF-u” przy al. Kościuszki. Niedaleki „Grand Hotelu” była słynna „Honoratka”.

Kot z miasta Łodzi

W łódzkiej Wytwórni Filmów Fabularnych nakręcił ponad 130 filmów. Bardzo lubił rolę w „Szpitalu przemienienia” reżyserowanym przez Edwarda Żebrowskiego, w „Wielkim Szu” Sylwestra Chęcińskiego. Dobrze też wspominał „Niedzielne dzieci” Agnieszki Holland, gdzie zagrałem jedną z głównych ról. Zagrał też w kultowej komedii „Sami swoi”.

Mówiłem, że kot pochodzi z miasta Łodzi – przypominał Ryszard Kotys. - Do dziś przez wielu ludzi jestem rozpoznawalny właśnie przez tą kwestię. Mogę więc powiedzieć, że Łódź przyniosła mi popularność. Zapamiętano też moje powiedzonka chociażby z filmów Juliusza Machulskiego. Grałem przecież w pierwszym i drugim „Vabanku”. Choć teraz pewnie wszyscy sądzą, że jestem tylko aktorem „Świata według Kiepskich” i Marianem Paździochem.

Często nazywano go mistrzem ról drugiego planu...

Grałem wiele ról drugoplanowych, epizodów, ale byłem zauważalny – mówił nam w wywiadzie Ryszard Kotys. - Ludzie mnie zapamiętywali. Wydaje mi się, że byłem przydatnym aktorem filmowym. Reżyserzy wskazywali często na mnie, podkreślali że ja tylko mogę zagrać tę rolę. Bez względu na to czy była mała czy duża. Nie trafiałem na plan z łapanki. Obsadzenie mnie było przemyślane. Pewnie, że każdy chciałby zagrać główną rolę. Pewnie dałbym sobie z nią radę. Tak się złożyło, że nie dostałem takich propozycji. O przepraszam, miałem je w młodości. Antoni Bohdziewicz chciał, bym zagrał główne role w dwóch jego filmach, ale nie zostały zrealizowane. Może gdyby je wyprodukowano inaczej potoczyłoby się moje aktorskie życie?

Hussakowski i Teatr im. Jaracza

Do Łodzi przyjechał dzięki Bohdanowi Hussakowskiemu, który został dyrektorem Teatru im. Stefana Jaracza.
.- Znaliśmy się dobrze, razem pracowaliśmy – opowiadał nam Ryszard Kotys. -I dyrektor Hussakowski zaproponował mi angaż w Łodzi. W międzyczasie dostałem też propozycję z Poznania, od Mikołaja Grabowskiego, który został tam dyrektorem. Jedna Mikołaj stamtąd szybko odszedł i zdecydowałem się przyjechać do Łodzi. Zadecydowała o tym osoba Bohdana Hussakowskiego, z którym się przyjaźniłem.. Przyjechało wtedy do Łodzi wielu znanych aktorów. Stał się wtedy jednym z najlepszych polskich teatrów.
Na początku mieszkał w Domu Aktora, na ul. Narutowicza, naprzeciw Teatru Wielkiego. Potem przeprowadził się się do bloku.

Ulicy już nie pamiętam – mówił aktor. - Dojeżdżało się tam od ulicy Limanowskiego. Ale po czterech latach wyjechałem z Łodzi, do Wrocławia. Kiedy znów tu wróciłem to zamieszkałem w wieżowcu przy ul. Wodnej, naprzeciwko parku Żródliska. Pamiętam, że gdy się tam wprowadziłem do do użytku była oddana tylko jedna klatka, ta moja. Pozostałe się jeszcze budowały. W tym bloku dostały dwie czy trzy osoby z naszego teatru. W tym bloku do dziś mam mieszkanie. To fajne miejsce. Jest blisko parku, ale też targu, gdzie można kupić świeże owoce, warzywa.

Miał być Ferdkiem Kiepskim

Wielką popularność przyniosła mu rola Mariana Paździocha w serialu „Świat według Kiepskich”. Ale to on miał zagrać Ferdka Kiepskiego.
.

Scenarzyści wymyślili, że będę Kiepskim - tłumaczył Ryszard Kotys. - Dostałem nawet od nich pierwsze próby scenariuszowe. Ale potem sprawa przycichła. Scenarzystami byli ludzie z Wrocławia, którzy pamiętali mnie z okresu, gdy byłem tam aktorem w Teatrze Polskim. Zapomnieli, że upłynęło od tego czasu wiele lat i nie jestem już mężczyzną czterdziestoletnim. Kiedy więc rozpoczęto zdjęcia do „Świata według Kiepskich”, zaproponowali mi rolę Paździocha.

Mariana Paździocha, najbliższego sąsiada Ferdka Kiepskiego, grał ponad 20 lat. Nie był miłym, miłym, sympatycznym bohaterem. Ale widzowie go polubili

Przed laty miałem podobną sytuację – wyjaśniał Ryszard Kotys. - W serialu „Popielec” reżyserowanym przez Ryszarda Bera grałem Walusia, bardzo nieprzyjemną postać. I po tej roli też odczuwałem wielką popularność i sympatię widzów. Sądzę, że być może ludzie lubią postacie, które nie są takie jednowymiarowe, nie są wprost dobre. Moim zdaniem dzieje się tak, bo może nie dowierzają, że ludzie bardzo dobrzy naprawdę żyją. Kiedyś jakiś student w pociągu powiedział mi, że rola Paździocha jest taka prawdziwa i wartościowa, bo my wszyscy jesteśmy tacy jak on.

Ryszard Kotys zmarł 28 stycznia. Został pochowany na cmentarzu w Lusowie.

Wsparcie emocjonalne przyszłych rodziców, czyli kim jest doula?

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie