Mieszkaniec Widzewa bohaterem filmu o pracy przymusowej w...

    Mieszkaniec Widzewa bohaterem filmu o pracy przymusowej w III Rzeszy

    Paweł Patora

    Dziennik Łódzki

    Aktualizacja:

    Dziennik Łódzki

    Józef Przedpełski, 92-letni mieszkaniec osiedla Widzew-Wschód, podczas drugiej wojny światowej pracował przymusowo w III Rzeszy w zakładach naprawczych taboru kolejowego. W obozie pracy przeżył bombardowanie Berlina, a wcześniej narodziny syna. Józef Przedpełski jest głównym bohaterem filmu dokumentalnego o pracy przymusowej w Niemczech. Zapisałem jego poruszające wspomnienia.
    Józef Przedpełski w swoim mieszkaniu

    Józef Przedpełski w swoim mieszkaniu ©fot. Grzegorz Gałasiński

    Urodziłem się w 1921 roku w Zgierzu, gdzie ojciec pracował w zakładach chemicznych "Boruta". W 1924 roku zarząd miejski w Łodzi zaproponował mu kierowanie robotami kanalizacyjnymi. Ojciec przyjął tę propozycję i całą naszą rodziną przeprowadził się do Łodzi. Później był kierownikiem budowy stacji oczyszczania ścieków na Lublinku, a ja ukończyłem gimnazjum i liceum Zimowskiego. W 1939 roku zdałem maturę i zaraz rozpoczęła się wojna. 9 listopada 1939 Niemcy aresztowali ojca, gdyż był prezesem koła Polskiej Organizacji Wojskowej, a przy tym polskim inteligentem. Zmaltretowali go tak, że gdy go wypuścili, wkrótce umarł.

    12 grudnia moja matka została wysiedlona do Krakowa, a ja z bratem trafiliśmy do znajomej rodziców.
    Wiosną 1940 roku mamie udało się przenieść do Warszawy, gdzie zamieszkała w sublokatorskim pokoju razem z moim bratem. Ja wtedy pracowałem w Chełmie Lubelskim przy regulacji rzeki Ucherki. Później przyjechałem do Warszawy, gdzie zamieszkałem z matką. Od października 1940 roku ciężko pracowaliśmy, wraz z bratem, jako robotnicy na placu węglowym. Na szczęście spotkałem w Warszawie moją koleżankę, której ojciec był w Łodzi wicedyrektorem ŁWKD - Łódzkich Wąskotorowych Kolei Dojazdowych. Znałem rodziców tej koleżanki, państwa Pogorzelskich. Dzięki ich protekcji dostałem pracę w Wydziale Gospodarczym Miejskiego Urzędu Szkolnego w Warszawie.

    17 lutego 1944 roku ożeniłem się. Gdy wybuchło powstanie warszawskie, zgłosiłem się do najbliższego biura werbunkowego AK na ul. Kruczej i zostałem wcielony do oddziału saperów. Walczyłem na pierwszej linii aż do 5 września. Tego dnia dostałem z oddziału przepustkę, żeby odprowadzić moją ciężarną żonę do jej matki, która mieszkała na Powiślu, przy zbiegu ulic Solec i Dobra. Gdy odprowadziłem żonę, przenocowałem tam w piwnicy napełnionej wodą do połowy łydek.

    Gdy na drugi dzień chciałem wracać do oddziału, to na wiadukt na Solcu wjechał pociąg pancerny, z którego strzelano wkoło. Jeden pocisk uszkodził nasz dom. Po pewnym czasie z pociągu wybiegli SS-mani i powygarniali wszystkich z domów. Wtedy zdjąłem opaskę i udawałem cywila. Najpierw odprowadzili nas na Wolę. Kobiety wprowadzili do kościoła, a nas zostawili na zewnątrz. Później, już nocą, odwozili nas do Pruszkowa. Najpierw kobiety, a po kilku godzinach mężczyzn. Już straciłem nadzieję, że spotkam się z żoną.

    Gdy przechodziliśmy przez bramę do obozu w Pruszkowie, było ciemno. Stało tam dużo ludzi, którzy wbrew zakazowi powychodzili z pawilonów. I nagle wśród innych krzyków, usłyszałem głos swojej żony, która wywoływała moje imię, w nadziei że idę, chociaż mnie nie widziała. I tak udało się nam połączyć. Jednak nie cieszyliśmy się długo.

    Na drugi dzień wyprowadzili nas z pawilonów i oficerowie niemieccy rozdzielali nas - jednych na prawo, innych na lewo, a jeszcze innych prosto. Młodych mężczyzn kierowali do obozów koncentracyjnych, matki z małymi dziećmi, starców i osoby niedołężne - do Generalnej Guberni, a pozostałych - do przymusowej pracy w Niemczech. Małżeństwa były rozdzielane. Przed niemieckimi oficerami stał urzędnik niemieckich kolei z sekretarką i oni wołali po niemiecku: "Kolejarze i tramwajarze wystąp!".

    Mieli zgodę władz na werbowanie do swojej firmy ludzi z fachowym przygotowaniem. I oni wyjątkowo brali mężczyzn razem z żonami. Gdy to zobaczyłem, podałem się za tramwajarza. Miałem legitymację miejską, bardzo podobną do tych, jakie posiadali warszawscy tramwajarze. I udało się. Dzięki temu nie zostałem rozdzielony z żoną. Pojechaliśmy bydlęcym wagonem przez Wrocław do Berlina. Zakwaterowano nas w budynku szkolnym na północy miasta. Stamtąd codziennie dowożono nas do pracy w zakładach naprawczych Deutsche Reichsbahn mieszczących się na południowym wschodzie Berlina. To była ciężka, brudna praca - w kanale, pod wagonami. Później przeniesiono mnie do pracy w malarni.

    W obozie tym było nas 650 osób - 60 Ukraińców, a pozostali to Polacy. Mieszkaliśmy w 26-osobowej sali z piętrowymi pryczami. W marcu 1945 roku zachorowałem. Pod pachą zrobił mi się wrzód wielkości cytryny. Usunięto mi go w szpitalu. Dostałem zwolnienie z pracy i jeździłem do szpitala na zmianę opatrunków. Po każdej takiej zmianie pielęgniarka stawiała mi w karcie pracy pieczątkę poświadczającą, że jestem chory.

    Na opatrunki odprowadzała mnie żona, gdyż sam nie mogłem ubrać się, ani rozebrać. Była już w 9. miesiącu ciąży. Pielęgniarka zapytała, na kiedy planowany jest poród. Żona odpowiedziała, że na 4 kwietnia. Chociaż już kilka dni wcześniej byłem zdrowy, pielęgniarka nadal przystawiała pieczątki w mojej karcie, bym mógł być przy porodzie. Nie chcieliśmy bowiem, żeby żona trafiła do znajdującej się w pobliżu izby porodowej, w której była duża śmiertelność noworodków. Staraliśmy się, żeby urodziła w obozie. Poród się jednak opóźniał.

    Syn przyszedł na świat 9 kwietnia. Na szczęście pielęgniarka nie straciła cierpliwości i dzięki niej mogłem być przy porodzie. Co więcej, byłem jedynym akuszerem. Poród rozpoczął się 8 kwietnia o godzinie 16., a zakończył następnego dnia o 10. Żona krzyczała, więc inni nie mogli spać. Gdy syn się rodził, były dwa naloty bombowców. Podczas alarmów musiałem znosić żonę na noszach do piwnicy. Na szczęście znalazł się odważny kolega, który zostawał i pomagał mi ją znosić. Musieliśmy schodzić na końcu, gdy schody były już wolne od tłoczących się ludzi, zbiegających z trzech pięter.

    Poród zakończył się szczęśliwie. Zasłoniłem kocem pryczę, na której żona rodziła i naszykowałem wszystko, co było niezbędne do odebrania porodu - przede wszystkim przegotowaną wodę i nożyczki. Miałem 24 lata i nie wiedziałem nic o odbieraniu porodu. Radziłem się więc kobiet z naszej sali.

    Gdy syn się urodził, trwały nieustające, dywanowe naloty. W dzień bombardowali Amerykanie, w nocy - Anglicy. Żona przez cały czas bitwy o Berlin przebywała z synem w piwnicy. Piwnica ta miała tylko trzy ściany, bo czwartą rozwaliła bomba. Przez tę wyrwę oglądaliśmy przebieg walk. Za budynkiem szkoły były tory, za torami ulica zabudowana tylko po przeciwnej stronie. Właśnie stamtąd wyjeżdżały czołgi i kierowały się w naszą stronę. Szturm na Berlin zaczął się 15 kwietnia, gdy dziecko miało sześć dni.

    Nie wytrzymywałem cały czas w piwnicy. Byłem ciekawy, jak przebiegają walki, więc często wychodziłem na górę i szukałem miejsc, z których było lepiej widać.

    Kiedyś w sali na drugim piętrze zobaczyłem Ukraińca, który leżał na górnej pryczy przy oknie i obserwował bitwę. Otworzył szeroko okno i namawiał mnie, żebym podszedł obok niego, bo z tego miejsca świetnie wszystko widać. Ja jednak pomyślałem, że byłbym wtedy widoczny dla jakiegoś strzelca obserwującego nasz budynek przez lornetkę. Powiedziałem to Ukraińcowi i poradziłem mu, żeby on też odszedł od okna. Nie skorzystał jednak z tej rady. Ja zszedłem na pierwsze piętro i stanąłem w pomieszczeniu ubikacji. Tam były małe okna wysoko. Gdy stanąłem obok jednego z nich, z zewnątrz mogła być widoczna tylko część mojej głowy.

    Nagle pocisk uderzył w nasz budynek. Pobiegłem zobaczyć, czy nie jest zniszczona sala, w której mieszkaliśmy. Miałem tam przecież cały swój dobytek. Wkrótce jednak zorientowałem się, że uderzenie miało miejsce wyżej. Wbiegłem na drugie piętro, a tam zobaczyłem wyrwane drzwi i futryny. Na pryczy przy oknie leżał Ukrainiec, z którym niedawno rozmawiałem. Był martwy, przysypany pyłem.

    Po zajęciu Berlina przez Rosjan, wróciliśmy z żoną i niemowlęciem do mojej rodzinnej Łodzi. Jak? To już temat na osobną opowieść.


    Zapisz się do newslettera

    Czytaj treści premium w Dzienniku Łódzkim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (1)

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    moja tesciowa tez

    okonek (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 5 / 6

    byla na robotach, w polu, tesc w Hamburgu. tato do koscielnej podziemnej szkoly chodzil i co???? kombatanctwo za wiek???

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo