„Miłość jest wszystkim”: Święty Mikołaj z workiem goryczy w...

    „Miłość jest wszystkim”: Święty Mikołaj z workiem goryczy w miejsce rózgi [RECENZJA]

    Dariusz Pawłowski

    Aktualizacja:

    Dziennik Łódzki

    „Miłość jest wszystkim”: Święty Mikołaj z workiem goryczy w miejsce rózgi [RECENZJA]
    1/13
    przejdź do galerii

    ©Kino Świat/Aleksandra Grochowska

    Komedia, dookreślana sformułowaniem „romantyczna”, ma tyle wspólnego z prawdą o życiu, co makrele w puszce z owocami morza. Dochodzi zaś do nieszczęścia, gdy bohaterom takich filmów każe się prawdy życiowe rodem z puszki z makrelami z przekonaniem wygłaszać.
    Nowy polski produkt komediowo-romantyczno-świąteczny miał potencjał na rozprawienie się ze sztampową słodyczą filmów wprowadzanych na ekrany w czasie przedgwiazdkowym, jednak szybciutko poddał się potrzebie zapewnienia bezpieczeństwa masowej telewizyjnej publiczności. Znowu zatem mamy schematy, banalne rozwiązania, cukier puder zamiast zimnego śniegu, wołające o pomstę do wrażliwości dialogi oraz humor wyciskany ze scenariusza jak olej z kamienia łupanego. Nadziei nie spełnili również w dużej mierze inni - co cieszyło - niż zwykle aktorzy. Ale im się zdawało, że to Karolak wciąż gra jeszcze, a to oni już grali...

    Na początku robi się miło, że akcja kolejnej rodzimej romantycznej opowieści przeniesiona została z Warszawy do pięknego Gdańska. Z Finlandii jedzie do nas Święty Mikołaj, wracający z saksów Jan - co prawda nie saniami ciągniętymi przez renifery, ale jako pasażer ciężarówki - który ani święty, ani lubi święta, ani wie, że za chwilę czeka go życiowa rola ulubieńca dzieci, w którą ani trochę nie ma chęci się wcielać. I w tym momencie bajka zaczyna się mocnym akcentem. „Prawdziwy” Mikołaj ze świątecznego festynu - w którego za odpowiednie honorarium wciela się pielęgnujący swe ego gwiazdor August Szwarc (pyszny, z dawką ironii wobec wykonywanego zawodu, epizod Jana Englerta) - umiera na zawał. Żadnych cudownych reanimacji! Bomba poszła w górę, lecz okazała się jedynie balonikiem - zaraz po niekonwencjonalnym otwarciu następuje toporny powrót w wyżłobione przez dziesiątki poprzedników koleiny.

    Absurdalną (w niefinezyjnym znaczeniu tego słowa) jest scena, która czyni naszego Jana - Mikołaja bohaterem, ciężką ręką zostały poskładane wątki poszczególnych filmowych par, które zgodnie z zasadą świątecznych, romantycznych produkcji mają się zapleść w wyciskające łzy spotkania. W „Miłość jest wszystkim” ocierają się one o siebie z elegancją auto zderzaków w wesołym miasteczku. Co zadziwiające i stanowiące gwóźdź do trumny (pełniącej zadanie istotnego i - jak mogę tylko przypuszczać - także zabawnego w założeniu rekwizytu), nie zadziałały tu połączenia obsadowe, w relacjach żadnej z par nie ma chemii, odczuwalnego dla widza żaru, który sprawiłby, iż ich uczuciom będziemy kibicować.



    Podejrzewam, że otrzymując tak marny materiał w scenariuszu, aktorzy skoncentrowali się na obronie powierzonych im postaci i własnych występów, zabrakło przy tym mocy na pracę nad jakością współdziałania z partnerami. Świetnych ról nie znajdziemy tu nawet z pastorałem, ale kilku artystom udało się uratować warsztatem, świeżością lub zaangażowaniem.

    Wydobywa wszystko, co było możliwe (a nawet więcej) z roli Krysi Agnieszka Grochowska i tylko jej z ognistego romansu z młodszym kochankiem (Maciej Musiał) udaje się wykrzesać nieco iskier. Talent i niebanalną komediową energię potwierdziła Aleksandra Adamska, choć kompletnie bez sensu (i w przypadku tej postaci nie na miejscu) reżyser kazał jej rżeć przy wprowadzeniu do akcji niczym Sandra Bullock w „Miss Agent” (tam chodziło jednak o przemianę). Krwistą i zaiste emocjonalną rolę zostawia jeszcze na ekranie Julia Wyszyńska, a tylko i aż sympatię wywołuje Joanna Kulig (choć teraz już powinna się decydować na granie rzeczy znaczących, a nie wszystkiego). Panowie zaś grają, jak nastolatkowie, którzy z całych sił pragną zaimponować najpiękniejszej w klasie bez dwóch zdań. Mateusz Damięcki w roli piłkarskiego celebryty Zbyszka Grunwalda, przebrany przez kostiumografa za Grzegorza Krychowiaka, miota się, tumani i przestrasza, jakby miał za zadanie udowodnić, iż to Zbychu jest większym aktorem niż Szwarc August. Bez dystansu i wdzięku. Eryk Lubos podpisując umowę chyba nie do końca wiedział na co się godzi i w fatalnej, niczym nie uzasadnionej charakteryzacji, przenosząc swojego bohatera od przesadnego dramatyzmu po parodię, zadręcza siebie i widza. Niewiarygodny jako Krzyś jest Marcin Korcz, zaś Joannie Balasz, Michałowi Czerneckiemu czy Leszkowi Lichocie udało się po prostu poprzebywać na ekranie.

    I jedynie smutna dziś twarz Olafa Lubaszenki „robi” postać Jana, który przekonuje, że Święty Mikołaj nie istnieje, a my nie potrafimy prawdziwie obchodzić Wigilii. Gdyby jeszcze nie mówił z takim mentorstwem, że szczęście to są te chwile pomiędzy, które trzeba łapać. Już wystarczy, że nas złapano na „Miłość jest wszystkim”...

    Miłość jest wszystkim Polska komedia romantyczna, reż. Michał Kwieciński, wyst. Olaf Lubaszenko, Aleksandra Adamska | OCENA ★★☆☆☆☆

    Komentarze (1)

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    Recenzja z du,py jak cała gazeta

    (gość)

    Zgłoś naruszenie treści

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo