MKTG SR - pasek na kartach artykułów

Młody chłopak z Łodzi zmarł w Płocku. Kto odpowiada za śmierć Piotra? Miał tylko 19 lat...

Anna Gronczewska
Anna Gronczewska
19-letni Piotr Wieteska pojechał do Płocka, by spotkać się z dziewczyną. Nie wrócił już do rodzinnej Łodzi. Umarł w płockim szpitalu. W sprawie tej zarzuty postawiono lekarce, ratownikowi medycznemu i dwóm policjantom. Skazano chłopaka, który uderzył Piotra.Czytaj więcej na następnej stronie
19-letni Piotr Wieteska pojechał do Płocka, by spotkać się z dziewczyną. Nie wrócił już do rodzinnej Łodzi. Umarł w płockim szpitalu. W sprawie tej zarzuty postawiono lekarce, ratownikowi medycznemu i dwóm policjantom. Skazano chłopaka, który uderzył Piotra.Czytaj więcej na następnej stronie Grzegorz Gałasiński
19-letni Piotr Wieteska pojechał do Płocka, by spotkać się z dziewczyną. Nie wrócił już do rodzinnej Łodzi. Umarł w płockim szpitalu. W sprawie tej zarzuty postawiono lekarce, ratownikowi medycznemu i dwóm policjantom. Skazano chłopaka, który uderzył Piotra.

We wtorek Prokuratura Okręgowa w Łodzi skierowała do Sądu Rejonowego w Płocku akt oskarżenia przeciwko dwóm policjantom tamtejszej KMP, lekarce płockiego szpitala oraz ratownikowi kierującemu zespołem karetki pogotowia, zarzucając im narażenie 19 – letniego mieszkańca Łodzi na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia. W stosunku do funkcjonariuszy policji sformułowane zostały również zarzuty niedopełnienia obowiązków służbowych, wobec jednego z nich także poświadczenia nieprawdy w protokole doprowadzenia pokrzywdzonego celem wytrzeźwienia do PdOZ. 19 – latek zmarł w czerwcu 2017 roku w Płocku, na skutek rozległego urazu czaszkowo – mózgowego. Oskarżeni dokonali błędnej oceny, że jego stan w chwili interwencji jest konsekwencją spożycia alkoholu – co miało wpływ na prawidłowość podejmowanych w stosunku do niego działań. Grożą im kary pozbawienia wolności w wymiarze do lat 5.

Czas nie zagoił ran. Obrazy sprzed 2 lat bez przerwy wracają..Prosi syna, by przychodził do niej we śnie. I przychodzi..Raz jechali z rodziną autobusem. Ale Piotr leżał w trumnie. Prosiła go, by doszedł do nich. Nie chciał.

- Mamo, mnie tam jest dobrze! - mówił Piotr.

Agnieszka Wieteska, mama Piotra, wie że jeszcze raz będzie musiała przeżywać cały koszmar. W maju zarzuty związane ze śmiercią jej syna postawiono lekarce i ratownikowi medycznemu, a pod koniec lipca dwóm policjantom z Płocka...
Piotr miał 19 lat. Razem z mamą, tatą i młodszą o trzy lata siostrą mieszkał na jednym z łódzkich osiedli. Uczył się w technikum. Lubił sport. Biegał, jeździł na rowerze.

- Był spokojnym chłopakiem, nigdy nie mieliśmy z nim kłopotów wychowawczych – zapewnia mama Piotra. - Lubili go koledzy, wychowawcy. Odwiedzają go teraz na cmentarzu. Przychodzą w j urodziny, na Wszystkich Świętych.

Był czerwiec 2017 roku. Przez jeden z portali społecznościowych Piotr poznał dziewczynę. Pisali trochę ze sobą, w końcu postanowili się spotkać. Dagmara mieszkała w Płocku. Zaprosiła chłopaka z Łodzi do siebie. 20 czerwca Piotr pojechał do niej.

- Miał zostać u Dagmary na noc, a następnego dnia wrócić do Łodzi – wspomina mama Piotra. - Niektórzy mówili potem po co go puściłam. A dlaczego nie miałam? Piotrek już skończył 18 lat. Nigdy nie mnie nie zawiódł. Zawsze wracał na czas. Tym razem obiecał, że wróci następnego dnia przed godziną 15.00, bo miał załatwić kilka spraw.

Piotr pojechał do Płocka autobusem. Najpierw zatrzymał się w domu Dagmary. Porozmawiał z jej mamą, a wieczorem postanowili pójść z dziewczyną do miasta. Tam spotkali znajomych Dagmary. Trochę chodzili po mieście, a około 20.00 poszli nad Wisłę, na popularne w Płocku Wzgórze Tumskie.

- Usiedli na schodach, było tam kilka koleżanek, kolegów Dagmary – opowiada Agnieszka Wieteska. - Puścili muzykę, tańczyli. Pili alkohol. Wiem jednak, że Piotr nie pił. On w ogóle nie pił mocnych alkoholi. Z rozprawy wiem, że w mieście kupił jedynie piwo i je wypił. Na Wzgórzu Tumskim na pewno nie pił! Potwierdzili to przed sądem świadkowie.

Młodzi ludzie siedzieli nad Wisłą, bawili się, ale w pewnym momencie doszło do konfliktu z inną przebywającą tam grupą młodych ludzi. Zaczęło się od tego, że zszedł do nich bardzo pijany chłopak. Zatoczył się i spadł ze skarpy. Młodzi ludzie z drugiej grupy myśleli, że ktoś go uderzył. Zaczęła się kłótnia, potem doszło do szarpaniny między dziewczynami.

- Szczególnie agresywna była jedna z dziewczyn z tamtej grupy – opowiada pani Agnieszka. - Zaczęła się szarpać z dziewczynami, które przyszły z Piotrem. Rzuciła się na Dagmarę. Piotr stanął w jej obronie, zaczął ją ochraniać, odciągać tę agresywną dziewczynę.

Potem podszedł do nich chłopak z bawiącej się obok grupy. Zadał Piotrowi cios. Ten upadł i uderzył głową o beton..Stracił przytomność, ale po chwili ją odzyskał. Piotr usiadł, ale miał kłopoty z mową. Był cały zakrwawiony. Dochodziła godzina 23.30.
- Początkowo Dagmara i jej koleżanki próbowały zaprowadzić Piotrka do taksówki i zawieść do szpitala, ale nie dały rady – wspomina mama Piotra. - Zadzwoniły więc na policję, a następnie na pogotowie.

Policja otrzymała wezwanie dokładnie o północy. Na miejsce przyjechali policjanci. Zapisali, że znaleźli młodego mężczyznę, siedzącego na schodach. Miał zakrwawiony nos. Mieli go zapytać co się stało. Chłopak miał odpowiedzieć, że nic mu nie jest. Policjant wylegitymował Piotra. Tymczasem z Piotrem nie było dobrze. 17 minut po północy Dagmara dzwoni na pogotowie. Dyspozytor prosi do telefonu policjantów, którzy są jeszcze na miejscu. Policjanci odwołują karetkę. Jest godzina 0.54. Dagmara ponownie dzwoni na pogotowie. Stan Piotra się pogorszył. Mówi dyspozytorce pogotowia, że chłopak został pobity. O godzinie 1.04 karetka znów jest na Wzgórzu Tumskim. Ratownicy sprowadzają na dół Piotra. Twierdzą, że widzieli jedynie ranę na grzbiecie jego nosa. Według nich chłopak nie krwawił. O godzinie 1.14 na miejscu są znów policjanci. Wezwała ich dyspozytorka do ofiary pobicia. Policjanci mieli powiedzieć, że zaopiekują się Piotrem.

CZYTAJ INNE ARTYKUŁY

- Kiedy przyjechało pogotowie Dagmara zapytała gdzie wiozą Piotrka, odpowiedzieli że do szpitala na Winiarach – wspomina Agnieszka Wieteska. - Poprosiła dwóch kolegów, by ją tam zawieźli. Piotra tam jednak nie było. Dopiero po pewnym czasie zobaczyła, że Piotra do szpitala przywieźli policjanci.

Okazało się, że o godzinie 1.28 ratownicy przekazali Piotra policjantom. Ci zawieźli go na komisariat, ale po 15 minutach zawieźli syna pani Agnieszki do szpitala. Lekarz miał ocenić czy chłopak nadaje się do umieszczenia w policyjnej izbie zatrzymań. O godzinie 1.58 Piotr został przyjęty do Szpitalnego Oddziału Ratunkowego. Lekarz stwierdza, że nie ma przeciwwskazań, by zatrzymać chłopaka.. Ocenia, że nie ma przeciwwskazań, O godzinie 02.17 Piotr zostaje wypisany ze szpitala i zawieziony na komisariat. Tam policjanci dwukrotnie próbują zbadać trzeźwość Piotra. Nie jest jednak w stanie dmuchnąć w alkomat. Stan łodzianina był coraz gorszy. Zaczęły mu sinieć usta. Policjanci o godzinie 4.16 wzywają pogotowie. O godzinie 5.01 Piotr zostaje przyjęty do płockiego szpitala na Winiarach.

- Sprawa Piotra była poruszana w „Polsacie” w programie „Państwo w państwie” - mówi Agnieszka Wieteska. - Tam dowiedziałam się, że Piotr miał odmówić hospitalizacji i policjanci odmówili karetkę. Nikt jednak nie zrobił mu badania krwi. A był przecież na SORz-e! Ja potem sama tam wylądowałam, gdy zemdlałam po przyjeździe do szpitala. Widziałam jak przywieźli kompletnie pijanego, zakrwawionego mężczyznę. Zrobiono mu wszystkie badania! Okazało się, że nic mu nie jest! Tu nikt nie zauważył, że Piotr miał zakrwawioną koszulę, spodenki?

21 czerwca Agnieszka Wieteska pojechała z chorą matką na radioterapię do łódzkiego szpitala im. Kopernika. Około godziny 9.00 odebrała telefon od córki. Przez Facebook skontaktowała się z nią matka Dagmary. Prosiła, by pani Agnieszka jak najszybciej się z nią skontaktowała. Powiedziała, że Piotr został pobity. Leży w szpitalu, ale lekarze nie chcą jej nic powiedzieć. Z tego co się orientowała to stan chłopaka był bardzo ciężki.

- Mąż był w delegacji, poprosiłam kolegę, by pojechał ze mną do Płocka – wspomina pani Agnieszka. - Gdy byliśmy w drodze zadzwonili policjanci. Powiedzieli żebym pojechała na komisariat. Stwierdzili, że nie mam po co jechać do szpitala, bo i tak mnie nie wpuszczą do syna. Miał mieć operację.

Pojechała prosto na komisariat. Tam policjanci powiedzieli jej, że Piotr był pijany. Zapytała więc jaka była zawartość alkoholu w jego organizmie. Policjant odpowiedział, że nie pamięta, ale wszystko jest w aktach. Z komendy pojechała do szpitala. Szukała syna na sali pooperacyjnej. Tam nie było Piotra, bo nie miał operacji. Jedna z pielęgniarek przypomniała sobie, że 19-letni chłopak leży na OIOM-ie.

- Lekarz od razu poprosił mnie do siebie – opowiada mama Piotrka. - Powiedział, że mózg Piotrka nie żyje. Czekają na konsylium lekarskie, która stwierdzi jego śmierć.

Pamięta, że krzyczała by ratować jej syna. Błagała, by lekarze się nim zajęci. Ci tylko kręcili głowami. Zapewniali, że nie są w stanie pomóc. Na własną rękę konsultowała stan Piotra u znajomych neurologów. Ci potwierdzali diagnozę lekarzy z Płocka. 22 czerwca 2017 roku o godzinie 14.10 Piotra Wieteskę uznano za zmarłego.

Piotr gdy skończył 18 lat zarejestrował się jako dawca narządów. Nosił na ręce specjalną opaskę z tą informacją. Pani Agnieszka pytała go dlaczego to zrobił.

- Mamo, w życiu jest różnie – tłumaczył Piotr. - Gdyby mnie się coś stało to mogę pomóc innym żyć...

Pani Agnieszka pamięta, że lekarka pytała ją i męża czy zgadzają się na oddanie narządów syna, choć z formalnego punktu widzenia nie musiała tego robić. Zresztą rodzice Piotra nie wyrażali sprzeciwu. Cieszyli się, że choć część ich syna będzie żyła...Niestety do pobrania organów nie doszło.

- Nie zgodził się prokurator – mówi pani Agnieszka z trudem powstrzymując łzy. - Powiedział, że dla dobra sprawy. Ja znalazłam transplantologa, który był gotów przeprowadzić sekcję i pobrać narządy..Ta decyzja prokuratora była dla nas kolejnym ciosem.
Agnieszka Wieteska twierdzi, że szansa na uratowanie Piotra była. Tak jak nadzieja, która umiera ostatnia.

- Gdyby wtedy na SORz-e synowi zrobili tomograf, a nawet rentgen głowy to byłoby wiadomo jakie ma obrażenie i można by mu było dać szanse na życie – twierdzi pani Agnieszka. - A tej szansy mu nie dano..Teraz mogę gdybać..Może by przeżył, może nie. Ja jednak wiedziałabym, że ktoś chciał ratować moje dziecko. A tak odesłano je, bo stwierdzono, że jest pijany i skazano go na śmierć. Nie zgodzę się z opinią, że w takim stanie na pewno by nie przeżył. Lekarz jest po to, by ratować człowieka, a policjant, by go chronić.. A mój syn nie był ani pod wpływem alkoholu ani innych środków odurzających.

Ma żal do chłopaka, który go uderzył. 23-letni Damian K., pseudonim „Diabeł” został skazany na 3 lata. Uznano, że nieumyślnie przyczynił się do śmierci Piotra. Był już wcześniej karany. Do końca nie przyznawał się do winy. Na procesie odmawiał składania wyjaśnień. Twierdził, że nie było go wtedy nad Wisłą . Jego wyrok się uprawomocnił. W czerwcu w łódzkiej Prokuraturze Okręgowej zarzuty usłyszała lekarka ze szpitala w Płocku, która nie zdiagnozowała u Piotra obrażeń oraz ratownik medyczny. Obojgu grozi do 5 lat więzienia za narażenie Piotra na utratę życia. Pod koniec lipca zarzuty otrzymali policjanci z Komendy Miejskiej Policji w Płocku. Zarzuca się im niedopełnienie obowiązków służbowych i narażenie 19-latka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia. Jeden z funkcjonariuszy usłyszał dodatkowo zarzut poświadczenia nieprawdy w protokole.
- Jestem wdzięczna łódzkiej Prokuraturze Okręgowej w Łodzi, że tak dobrze poprowadziła tę sprawę – mówi Agnieszka Wieteska. - Czekają nas kolejne rozprawy, kolejne ciężkie przeżycie. Nasze życie ogranicza się do tego, że walczymy o sprawiedliwość.

Jeździmy na cmentarz, bo tam jest teraz nasz drugi dom..Musimy z tym żyć. Ale nasze życie już nigdy nie będzie takie, gdy Piotr był wśród nas.

Pani Agnieszka, jej mąż, córka cieszą się, że mają wsparcie od przyjaciół Piotra. Opowiadają o wycieczkach na które jeździli z ich synem. Mówią o tym jakie kręcił filmy, że zawsze organizował muzykę podczas takich wyjazdów.

- Dzień pogrzebu Piotra był dla mnie straszny – mówi pani Agnieszka. - Niewiele z niego pamiętam. Ale podobno syna przyszło pożegnać mnóstwo ludzi.

Agnieszka i jej mąż mają kontakt z rodzinami, które przeżyły taką tragedię jak oni. Stracili dzieci, borykają się z sądami, urzędami. Każdy sukces jest wspólnym zwycięstwem.

- Tak jak my zostali pozostawieni sami sobie – mówi smutno Agnieszka Wieteska. - Nam nie zaoferowano nawet psychologa. Największe wsparcie otrzymaliśmy od lekarzy i pielęgniarek z OIOM-u na którym leżał Piotr. Poza tym nikt się nami nie interesował.
Gdy pani Agnieszka wraca z pracy zagląda do kuchni. Piotr siadał zawsze wtedy na blacie i opowiadał co wydarzyło się w szkole.
- Wydaje się nam, że Piotr wyjechał i jeszcze nie wrócił – dodaje. - Czekamy jak zadzwoni domofon, usłyszymy jak przekręca klucz w zamku i znów będzie z nami w domu.

CZYTAJ INNE ARTYKUŁY

od 16 lat

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wideo
Wróć na dzienniklodzki.pl Dziennik Łódzki