Nasza rozmowa: „Chciałem być” w Łodzi. Krzysztof Krawczyk wraca do nas na teatralnej scenie

Dariusz Pawłowski
Dariusz Pawłowski
Teatr Powszechny w Łodzi w sobotę 11 września - trzy dni po 75. rocznicy urodzin Krzysztofa Krawczyka - pokaże prapremierę spektaklu „Chciałem być” poświęconego niezapomnianemu wokaliście. Dariusz Pawłowski rozmawia z Michałem Siegoczyńskim, autorem i reżyserem sztuki oraz Mariuszem Ostrowskim, odtwórcą głównej roli.

Z perturbacjami, zmianami terminu premiery, a nawet tytułu powstawał spektakl „Chciałem być”, który zobaczymy na scenie łódzkiego Teatru Powszechnego. Ostatecznie będzie to przedstawienie o Krzysztofie Krawczyku czy bardziej o uniwersalnej gwieździe polskiego show-biznesu?

Michał Siegoczyński: Zdecydowanie będzie to spektakl o Krzysztofie Krawczyku, ale przecież zarazem jest on zjawiskiem uniwersalnym. Ktoś wyliczał mi niedawno, ile biograficznych spektakli już w swojej karierze zrealizowałem i zapytał, jaką kolejną gwiazdą się zajmę. I wtedy zacytowałem wypowiedź Krzysztofa Kieślowskiego dotyczącą jego filmowych dokumentów, że ludzie w swoim życiu drepczą i jego interesuje to dreptanie. W jakimś sensie, czy to jest gwiazda czy przeciętny człowiek, mnie też interesuje owo dreptanie. Odnajduję je również w życiorysie Krzysztofa Krawczyka i patrząc na spektakl z tego punktu widzenia jest to uniwersalna historia o człowieku. Nie trzeba być gwiazdą, żeby dotyczące bohatera dylematy zrozumieć.

A co was w tej postaci zainteresowało na tyle, że postanowiliście opowiedzieć o niej na scenie?

MS: Krzysztof Krawczyk jest ikoną i tak niezwykłą postacią, że zrobienie o nim spektaklu wydaje mi się decyzją oczywistą...

To prawda, ale zawsze można zapytać, dlaczego Krzysztof Krawczyk, a nie na przykład Maryla Rodowicz...

MS: ...Gdy się przygotowywałem do napisania sztuki o Krzysztofie Krawczyku i zacząłem lepiej poznawać jego biografię, okazało się, że jest ona bardzo barwna, pełna rozmaitych zwrotów akcji, wręcz powiedziałbym mitycznych. Odniosę się chociażby do jego wiary w Boga, którą utracił w momencie przedwczesnej śmierci ojca, gdy był jeszcze młodym chłopakiem, a wrócił do niej w głęboki sposób po swoim wypadku samochodowym. W jego życiorysie jest dużo takich punktów, gdzie można odczuć Los, pisany z dużej litery. To jest właściwie ułożony, hollywoodzki scenariusz, z zaplanowanymi punktami dramaturgicznymi. A nie Maryla Rodowicz dlatego, że ten pomysł od początku był sprzęgnięty z Mariuszem Ostrowskim, a Mariusz by pani Rodowicz nie zagrał.
Mariusz Ostrowski: Jeszcze tego nie wiesz... W postaci Krzysztofa Krawczyka jest dla mnie fascynujące właściwie wszystko. Zależało nam na tym, żeby moja rola nie była kopiowaniem Krzysztofa Krawczyka jeden do jednego, bo zmienność zachodzących w spektaklu sytuacji pod względem czasoprzestrzeni- bo nie są one ustawione chronologicznie - jest tak duża, że nie wiedzielibyśmy, którego Krawczyka mielibyśmy pokazywać. Zdecydowaliśmy się więc na jedną, uniwersalną, ikoniczną postać pana Krzysztofa. Dla mnie to jednak przede wszystkim niebagatelne wyzwanie wokalne. Większość z nas zna przecież jego utwory, podśpiewywała je sobie pod prysznicem, bo to ładne, śpiewne melodie, ale w momencie, kiedy zacząłem się do nich „dobierać” i rozkładać na części pierwsze, okazało się, że spotkałem pana Krzysztofa jako niesamowitego artystę, który jako piosenkarz był wybitnym profesjonalistą. Zbliżając się do niego poznałem jego niesamowitą wokalną manierę, którą trudno będzie powtórzyć, ale oprócz tego samą technikę prowadzenia głosu, praktycznie w każdym utworze odmienne wykonania, poszukujące, podróżujące za dźwiękiem.

W twórczej biografii Krzysztofa Krawczyka inspirujące jest, że był fantastycznym wokalistą wykonującym utwory z najwyższej półki artystycznej, a jednocześnie zdarzało mu się ocierać o kicz, a nawet zbliżyć do disco polo. Czy pokazujecie wszystkie te aspekty i traktujecie je poważnie, czy też próbujecie się z nich pośmiać?

MS: Język spektaklu jest taki, że skaczemy po różnych konwencjach, także komiksu i komedii. Z czasem stwarza to pewien dystans do postaci i związanych z nią sytuacji. Ale ta historia ma też umocowanie w tym, że po 1989 roku w Polsce chciano po prostu zapomnieć o Krzysztofie Krawczyku, w radio i telewizji przestano grać jego piosenki. Jak się potem okazało, nie zapomniała o nim publiczność... Proza życia zatem rzuciła go w stronę disco polo. Ciekawe jest to, że on dokonywał wielu wskrzeszeń artystycznych w życiu, ma przeróżne odsłony swojej kariery. Doprowadziły one do niesamowitej ostatniej część jego artystycznej drogi, kiedy pojawili się Goran Bregović, a potem Andrzej Smolik. Sam Krzysztof Krawczyk opowiadał w jednym z wywiadów, że w tym czasie wyszedł na koncert i zobaczył samych młodych ludzi, śpiewających z nim teksty jego piosenek. Był w szoku. To był wyjątkowy głos, którego nam tutaj brakuje, frontman, który potrafił zdominować scenę, stanąć na niej sam z mikrofonem i ogarnąć całą publiczność swoją charyzmą i wokalem. Smolik i Bregović umieli po to sięgnąć i go jeszcze raz przywrócić estradzie, a on świetnie się w tym sprawdził. Wspomniane disco polo dodaje nawet biografii piosenkarza pikanterii, bo oznacza, że on się nie bał żadnej pracy. Zrobił to w swoim stylu i myśleniu, nawet próbowano to odwrócić i twierdzono, że to włoskie canzone, tylko ten bit jest z disco polo. Robimy z tego oczywiście scenę komediową - że jest to troszeczkę jak podpis Fausta w sztuce Goethego, który już zawsze będą mu wypominać. Pragnę też zauważyć, że to, co bardzo odróżnia Krzysztofa Krawczyka od Elvisa Presleya, o którym też robiłem spektakl i do którego polski wokalista bywa porównywany, to fakt, że Presley do końca- mimo że jak umierał był ciągle młodym, ledwie 42-letnim człowiekiem - nie zaznał spokoju. I nie chodzi mi o spokój twórczy, bo Krawczyk miał zawsze tremę i zastanawiał się, czy ludzie wciąż go kochają i chcą jego śpiewania. Bo to dotyczy każdej gwiazdy, czego nie zakładamy, gdy widzimy, jak są przyjmowani. Ale mam na myśli raczej to, że Krawczyk pogodził się z demonem, który prześladował go przez całe życie - mianowicie, że nie odniósł sukcesu w Stanach Zjednoczonych, jak bardzo chciał. Zrozumiał, że jego publiczność jest w Polsce, że tutaj go kochają, że tutaj jest jego miejsce na Ziemi. Także związek z trzecią żoną, Ewą (a miał w sumie cztery śluby) przyniósł mu wielki spokój. Gdy ogląda się jego ostatnie wywiady to widać, że był uspokojonym człowiekiem, z dystansem do siebie i swojej twórczości, zarazem bardzo szczerym. Pewnie też na to wpływał wiek, który osiągnął.

Odnotowujecie tło polityczne związane z jego karierą, kiedy „podpadł” władzom PRL?

MS: Pojawiają się te wątki, chociaż z racji moich teatralnych obsesji w spektaklach ubieram je w mitologiczną oprawę. Krąży zatem słynne zdanie: „wy Krawczyk nie mogliście tego konkursu wygrać” (chodzi o Międzynarodowy Festiwal Interwizji w Sopocie w 1978 roku - dop. red.). Wtedy doszło do rozgrywki między niemiecką wytwórnią, która obiecała Krzysztofowi Krawczykowi wielki kontrakt na tamtejszym rynku, ale odradzała mu występ na Interwizji, natomiast szef Radiokomitetu. Maciej Szczepański bardzo na to nalegał. I gdy Krawczyk wystąpił w Sopocie i nie wygrał konkursu, to firma niemiecka się od niego odwróciła, a szef Radiokomitetu uznał, że jego też już ten artysta nie interesuje. Wtedy Krzysztof Krawczyk podjął decyzję o wyjeździe do Stanów. Kolejny raz w jego życiu pojawia się mojra, przeznaczenie, różne siły, które kierują jego życiem i rzucają nim w różne strony. Lubię w spektaklach zderzać to, co my projektujemy na gwiazdy, ich jakieś wspaniałe bogate życie z rzeczywistością. Sam też się czasem na tym przyłapuję - słyszę Kurt Cobain i w pierwszym momencie myślę sobie, ten to miał fajne życie...

...tak fajne, że strzelił sobie w głowę...

MS: ...no właśnie dopiero za chwilę muszę sobie przypomnieć, co się tam wydarzyło. Ale projektujemy sobie takie rzeczy. Podobnie było z Krawczykiem. Przecież gdy był w Stanach, ledwo wiązał koniec z końcem, śpiewał za nieduże pieniądze w klubach po kilka koncertów dziennie. Potem wraca do Polski i czuje się, jak by to był jego debiut, nie wie, czy ludzie będą jego chcieć. Dla mnie ów ból, to zderzenie jest bardzo ciekawe. Każdy pewnie chciałby stanąć z gitarą na wielkiej scenie, przed wielką publicznością i czuć, że jest kochany. Ale potem okazuje się, że ci uwielbiani ludzie nie potrafią funkcjonować w normalnym życiu. Takich historii jest mnóstwo, wystarczy przywołać Michaela Jacksona. Tymczasem w Krawczyku wyjątkowe jest to, że po latach mógł o tym wszystkim mówić z uśmiechem. Znalazł szczęście w życiu i to była jego wygrana. To ogromne wyzwanie dostać taką koronę od świata, powszechny aplauz i uwielbienie, i nie oszaleć.

Czy przygotowując się do spektaklu przekopaliście się przez materiały, dokumenty, książki, filmy związane z Krzysztofem Krawczykiem? Czy aktor przygotowując taką rolę inspiruje się tym, co zobaczy w dostępnych źródłach, czy jednak szuka podobieństw w sobie?

MS: Inspirowaliśmy się wszystkim, co było dostępne. Od wywiadów prasowych, radiowych, telewizyjnych po filmy dokumentalne o Krzysztofie Krawczyku oraz autobiografię napisaną wspólnie z menedżerem i przyjacielem Andrzejem Kosmalą.
MO: Oczywiście, podczas pracy nad rolą budowanie warstwy zewnętrznej jest ważne, bo ona musi nam przybliżyć postać Krawczyka, próbuję więc podpatrywać niektóre gesty, ruchy i zachowania, ale nie jest to czyste odwzorowanie. Jako aktor staram się zajrzeć mojemu bohaterowi w duszę, zastanowić się, co mógł mieć w środku, co czuł, co myślał. Ale to jest pewien cytat, artystyczny zabieg. Dopatrujemy się również różnych emocji, w wywiadach z późniejszego okresu rzeczywiście widać spokój Krzysztofa Krawczyka, ale na przykład nagrania ze Stanów Zjednoczonych dowodzą, że krew w nim wtedy kipiała, buzował w środku ogień, buchał żar. Pokazujemy naszego bohatera w różnych stanach, ale nie stosujemy metody Stanisławskiego.
MS: Mariusz ma utrudnione zadanie. Nie dość, że poza bardzo krótkimi chwilami jest cały czas na scenie, to musi zmieniać konwencje, czasem to jest nawet zasada wyjścia z teatru, łamania czwartej ściany, mówienia do widzów trochę poza rolą. Są skoki chronologiczne, różne stylistyki, od komedii po dramat, to się bardzo szybko zmienia. Znalezienie w tych rozsypanych puzzlach linii przewodniej, uniwersalnej ramy dla postaci Krzysztofa Krawczyka jest piekielnie trudne. I nie wiem jakim cudem, ale okazuje się, że Mariusz potrafi w tym wszystkim to znaleźć, dodać coś od siebie, powiedziałbym, że wisienkę na torcie, ale obawiam się, bym nie zacytował klasyka...

Aktorzy w spektaklu grają i śpiewają. Jak wiele piosenek z repertuaru Krzysztofa Krawczyka wykorzystujecie?

MS: Piosenek jest dużo, łącznie z „Jak minął dzień” podczas sławetnej Interwizji. W innych sytuacjach utwory pojawiają się niechronologicznie, wychodzą z emocji danej sceny - na przykład „Wróć do mnie” komentuje z jednej strony próbę powrotu do rodziny i jej ratowania po poznaniu pani Ewy, a następnie powrotu właśnie do niej. W jeszcze innym momencie są to po prostu wykonania w okolicznościach, jakie dobrze znamy.

W życiu Krzysztofa Krawczyka nie brakowało mnóstwa różnorodnych postaci. Czy taki pochód osobowości zobaczymy również na scenie?

MS: Przystępując do pracy nad spektaklem chciałem nawet zrobić na scenie coś w rodzaju historii muzyki rozrywkowej czy estradowej w Polsce. To nie do końca wyszło, ale będzie dużo gości, zarówno z życia prywatnego, jak i zawodowego artysty. I będą rozmaite odnośniki muzyczne. To będzie duży spektakl, potrwa około dwóch godzin i czterdziestu minut, a i tak musieliśmy zrezygnować z wielu wątków, różnych tropów, o których myśleliśmy na początku, nie udało się przeprowadzić. Pojawiają się za to drobiazgi, których może nawet w biografii Krawczyka nie było, ale wydały mi się istotne dla tej opowieści. Na przykład Elvis Presley bardzo przeżywał pojawienie się Johna Lennona i to, że zepchnął on piosenkarza z pozycji numer jeden. W naszym spektaklu pojawia się na chwilę pewien zespół z początku lat osiemdziesiątych, który komentuje podobną emocjonalnie sytuację.
MO: Są również sceny ze znanymi postaciami z życia Krawczyka, które są wyjątkowo poruszające. Jak na przykład rozmowa Krzysztofa Krawczyka z Jarosławem Kukulskim o tragicznej śmierci jego żony, Anny Jantar.
MS: Ta scena to temat na osobny kameralny dramat. Bo w noc po śmierci Anny Jantar Krzysztof Krawczyk siedział całą noc z Jarosławem Kukulskim i towarzyszył mu w bólu. To, jak to wyglądało, jaka to była rozmowa, mogłoby być tematem na osobną, wielce wzruszającą sztukę.

Podobnie dramatycznym spotkaniem jest ostatnia rozmowa Krzysztofa Krawczyka z Krzysztofem Klenczonem. Kilka godzin później muzyk zginął w wypadku samochodowym. Krzysztof Krawczyk wyrzucał sobie, że gdyby został trochę dłużej, to może do tego by nie doszło.

MS: To spotkanie też jest w naszym spektaklu. Rzeczywiście, życie Krzysztofa Krawczyka jest pełne wstrząsających scen.

Nie zabraknie też zapewne Trubadurów.

MO: Oczywiście, bez nich ten spektakl by nie istniał. Jak wiadomo, Krzysztof Krawczyk bardzo dobrze wspominał czas spędzony w tym zespole.

A czy bohaterem spektaklu w jakiś sposób staje się również Łódź?

MS: To jest bardzo ciekawa sprawa. Moje pierwsze spotkanie artystyczne z Mariuszem odbyło się w Gliwicach, przy okazji spektaklu o Najmrodzkim, w którym zagrał główną rolę. Najmrodzki wywodził się z Gliwic i jest tam wciąż kultową postacią mimo wielu lat od śmierci. I jak przyszedł do mnie temat Krzysztofa Krawczyka i zacząłem zajmować się jego biografią, odkrywałem jej gęstość, aż nagle do mnie dotarło, że jeżeli mielibyśmy wybrać jedno miasto na Ziemi, które było dla niego najważniejsze, to jest to właśnie Łódź. Uderzyło mnie to dopiero w trakcie pracy, że niepodziewanie dla mnie zyskaliśmy dla przedstawienie lokalny posmak, tę wyjątkową nutę.

Czy praca nad tym przedstawieniem w jakiś sposób zmieniła wasze postrzeganie Krzysztofa Krawczyka? A może sprawiła, że odkryliście dla siebie coś, czego wcześniej nie wiedzieliście?

MS: Trudno powiedzieć, że zaszły w nas jakieś istotne zmiany, ale na pewno jeszcze mocniej uświadomiliśmy sobie, jak wielkie znaczenie mają dla nas wszystkich te piosenki. Ukułem sobie nawet takie spostrzeżenie, że nie trzeba kolekcjonować płyt Krzysztofa Krawczyka, żeby bardzo dobrze znać jego piosenki. One po prostu przez cały ten czas z nami istniały. W spektaklu niekoniecznie opowiadam o swoich wyborach muzycznych, ale opowiadam o szerszym artystycznym zjawisku, które tak naprawdę towarzyszyło mi od dziecka.
MO: Mam podobne odczucia, że oto wkroczyliśmy w świat, który był nam bliski zawsze. I nawet słuchając na co dzień innej muzyki, właśnie te piosenki znaliśmy doskonale. Teraz śpiewanie tych piosenek to potężne zadanie, ale też spełnienie marzeń.

Niestety, w kwietniu tego roku zmarł bohater waszego przedstawienia, Krzysztof Krawczyk...

MS: Sam ten fakt zmienia diametralnie odbiór tego spektaklu. Pracę rozpoczynaliśmy w grudniu ubiegłego roku, kiedy pan Krzysztof jeszcze żył. Zamierzaliśmy się z nim spotkać, ale chcieliśmy mieć gotową jakąś część materiału, by nie pójść z pustymi rękami. Pragnęliśmy, by był gościem honorowym naszej premiery, którą pierwotnie mieliśmy zaplanowaną na maj. Pamiętam, że jak kończyłem pisać tekst, to pojawiła się informacja, że Krzysztof Krawczyk wrócił ze szpitala do domu. Dzień lub dwa dni później dowiedzieliśmy się, że nie żyje. Wtedy podjęliśmy decyzję o tym, że premierę spektaklu przesuwamy na wrzesień.
MO: W takim momencie natychmiast pojawia się w głowie słynne zdanie: Spieszcie się kochać ludzi, tak szybko odchodzą. Tkwi nam ono w głowie jak gwóźdź. Bardzo żałuję, że do spotkania nie doszło.

A realizując kolejne sceny przedstawienia, zastanawiacie się, co Krzysztof Krawczyk by na to powiedział?

MS: Oczywiście, nigdy się tego nie dowiemy. Ale z pewnością jest on w naszych myślach w każdym momencie pracy.
MO: Ja mogę powiedzieć, że od chwili, gdy zaczęliśmy się zajmować tym spektaklem, to Krzysztof Krawczyk jest ciągle ze mną i w nieprawdopodobny sposób pojawia się z różnych stron. Włączam telewizor, radio, wchodzę do sklepu z gazetami i wszędzie dostrzegam Krzysztofa Krawczyka. Zastanawiam się też oczywiście, jak nasz spektakl odbiorą pani Ewa, pan Andrzej Kosmala, Trubadurzy, syn Krzysztofa Krawczyka. Mam nadzieję, że się nie spalę na scenie.

Gdy pojawiła się informacja o waszym projekcie, menedżer artysty zgłaszał wątpliwości, rozpoczęły się długie konsultacje, zakończone porozumieniem, Andrzej Kosmala będzie też gościem premiery. Czy ta sytuacja wpłynęła jakoś na wasze przedsięwzięcie?

MS: Gdy trwało chwilowe zawieszenie projektu, po rozmowach z panią Ewą Pilawską, dyrektor Teatru Powszechnego i podjęciu decyzji o przesunięciu terminu premiery, wszyscy uznaliśmy, że najlepsze, co możemy zrobić to skoncentrować się na pracy. Postanowiłem, że skupiam się na tym, co dzieje się w sali prób i nie dopuszczam do siebie żadnych komentarzy. Wydaje mi się, że emocje są złym doradcą, a spektakl to najtrafniejsza forma hołdu dla artysty i rozmowy na jego temat.

W jakich nastrojach chcecie pozostawić widzów opuszczających przedstawienie?

MS: To nie jest spektakl, który ma wprawić widza w dobre samopoczucie jako finalną refleksję. Sądzę, że każdy może znaleźć w nim coś dla siebie, po swojemu coś zinterpretuje, pewne rzeczy odbierze mocniej. Lecz gdy myślę o konstrukcji tego spektaklu, to mam nadzieję, że poprzez różne konwencje i - wierzę - zaskakujące zestawienia dochodzimy ostatecznie do głębszych refleksji. Jestem przekonany, że używanie w jednym spektaklu sprzecznego języka, prowadzi do osiągnięcia odwrotnego efektu niż początkowo dana scena mogłaby wskazywać.
MO: Cieszyłbym się, gdyby widzowie angażowali się na różne sposoby w nasze przedstawienie, przeżywali różne wydarzenia z życia naszego bohatera, ale też radowali pojawiającymi się w spektaklu piosenkami, a może nawet wspólnie z nami się bawili. Mam nadzieje, że wychodząc ze spektaklu powiedzą, że jest to kawał pięknej historii polskiej piosenki.

Teraz rozpoczyna się podróż spektaklu wraz z widownią. Zobaczą go fani artysty, ale i pewnie widzowie po prostu ciekawi tego, co zrobiliście. Jakie emocje wami targają?

MS: Obawa, ale i ekscytacja. Tym bardziej, że mamy świadomość, iż to, z czym zetknęliśmy się podczas pracy nad spektaklem zostanie w nas na zawsze. Często lubię startować do biografii z takiej pozycji, że siedzę po drugiej stronie ekranu i odbieram blask gwiazdy. A dopiero proces twórczy to jest przerzucenie kładki i przejście na drugą stronę. Ja z Krzysztofem Krawczykiem dopiero na tę drugą stronę przeszedłem i pewnie zawsze już będę inaczej na niego patrzył.
MO: Czuję tremę, a zarazem radość, że nareszcie będziemy mogli naszą pracę pokazać widzom. A gdy słyszę teraz gdzieś utwory Krzysztofa Krawczyka, nie kojarzą mi się już one jako samodzielne piosenki, tylko jako część naszego życia. Będą z nami niezmiennie.

Czyli Krzysztof Krawczyk forever?

Tak jest, to dobra puenta!

Będzie nowe święto państwowe?

Wideo

Komentarze 3

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość
11 września, 09:52, keram:

Jak długo będzie będzie eksploatowane nazwisko Krawczyk w mediach czy innych wątpliwej jakości imprezach artystycznych? Dajcie mu już święty spokój.

Ssij kurduplowi!

x
xxx
Forever to może być tylko Presley a Krawczykowi dużo do niego brakowało.
k
keram
Jak długo będzie będzie eksploatowane nazwisko Krawczyk w mediach czy innych wątpliwej jakości imprezach artystycznych? Dajcie mu już święty spokój.
Dodaj ogłoszenie