Nasze rozmowy - Ewa Pilawska: Obcując z ważnym teatrem i artystami rozwijamy się

Dariusz Pawłowski
Dariusz Pawłowski
Ewa Pilawska
Ewa Pilawska Maciej Zakrzewski
Udostępnij:
Rozmowa z Ewą Pilawską, dyrektor Teatru Powszechnego w Łodzi oraz Międzynarodowego Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych

XXVIII Międzynarodowy Festiwal Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych za nami, to poważny dorobek. Wyjątkowy to był czas dla tego wydarzenia, ponieważ z powodu pandemii w jednym sezonie artystycznym odbyły się aż dwie jego edycje. Jaka zatem jest recepta na to, żeby w tych okolicznościach zachować świeżość festiwalu, jego energię i żywe zainteresowanie widowni?

Moim zdaniem trzeba z pełnym przekonaniem robić to, w co się wierzy. Być niezależnym i nie ulegać presji. Skupić się na teatrze i publiczności, czyli dwóch najważniejszych wartościach. Może to banalnie zabrzmi, ale trzeba po prostu „robić swoje”. Mam wrażenie, że w przypadku Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych przynosi to efekt w postaci wielkiego zaufania twórców i odbiorców, przymierza z widzami i apetytu na kolejne spotkania z teatrem.

Tegoroczny festiwal obrał sobie za temat „Artystę. Wizjonera”. Bycie wizjonerem nierzadko oznacza niezrozumienie, a co za tym idzie - odrzucenie. Czy festiwalowe rozmowy dowiodły, że artyści chcą być dziś wizjonerami, czy raczej czasy są takie, że muszą zabiegać o akceptację publiczności?

Wydaje mi się, że wizjonerów jest niewielu. Zawsze było ich niewielu - ale to właśnie oni wyznaczają nowe perspektywy, nie pozwalają zastygnąć w rutynie i widzą więcej. Często ich przekaz jest bolesny, niewygodny i wymierzony w nasze poczucie komfortu. Mam wrażenie, że obowiązujący kiedyś podział na intelektualną awangardę (która jest niezrozumiana, a przez to odrzucona) oraz twórców, którzy zabiegają o akceptację publiczności, rozmył się.

Artyści potrzebują akceptacji i mówią o tym wprost - chyba w książce „Koniec świata wartości” Krystian Lupa pisał, że potrzebuje uznania, bo to naturalne dla każdego artysty. A jednak w mojej ocenie Lupa jest wizjonerem.

To pewnie znak czasów, ale, paradoksalnie, właśnie na przykładzie Krystiana Lupy można by powiedzieć, że współcześni artyści wizjonerzy nie idą na kompromis, a mimo to zyskują uznanie publiczności. Tak jest w przypadku Lupy - może dlatego, że szanuje widzów i rozumie ich? Na pewno ktoś powie, że tworzenie sześciogodzinnych spektakli nie jest wyrazem szacunku. A dlaczego nie? Lupa zabiera nas na wyspę marzycieli, traktuje nas jak partnerów długiej dyskusji i wierzy, że ta rozmowa z widownią ma sens; że wymaga czasu. Czy robiłby to, gdyby nie widział w tym sensu? Czy byłby obecny na każdym przedstawieniu i tak mocno przeżywał, co poszło nie tak na scenie podczas kolejnego przebiegu?

Moim zdaniem z szacunku dla publiczności chce, aby przekaz ze sceny był pełny. Przeżywa, kiedy coś pójdzie nie tak, bo jest po stronie wartości sztuki i profesjonalizmu.

Czy rozpoczynając festiwal obawiała się Pani jak on wybrzmi w kontekście wojny w Ukrainie? Czy nie okaże się, że wojna unieważnia teatr?

Wojna w Ukrainie sparaliżowała nas wszystkich. Miałam wątpliwości, czy wobec takiej tragedii wypada w ogóle tworzyć teatr. Z drugiej strony - czy mieliśmy się zatrzymać? Nie. Powinniśmy działać i pomagać na różnych poziomach - również w teatrze, zabierając głos na scenie. Oczywiście, że wojna wpłynęła na percepcję spektakli festiwalowych. Nasze postrzeganie świata się zmieniło, a spektakle, które oglądałam wcześniej, podczas Festiwalu wybrzmiały kompletnie inaczej. „Dziady”, „1,8 m”, „Wujaszek Wania”, „Maria” - one wszystkie wypełniły się innymi treściami, punkty odniesienia się zmieniły. I jednocześnie potwierdziło się, że dobry, uczciwy teatr jest zawsze ponadczasowy, a bieżące wydarzenia wydobywają z niego kolejne znaczenia. Na tym polega chyba wartość sztuki.

Ostatnio uczestniczyłam w panelu dyskusyjnym na Festiwalu Kontakt, dyskusja była poświęcona legendarnej reżyserce, dyrektorce teatrów i festiwali Krystynie Meissner. Rozmawialiśmy między innymi o „Balladynie”, którą Meissner reżyserowała w stanie wojennym - Słowacki wybrzmiał w tym czasie szczególnie i uniwersalnie. To właśnie siła teatru, który mówi o człowieku, a nie zajmuje się doraźną publicystyką.

Festiwal rozpoczęła wyprawa na głośne „Dziady” w reżyserii Mai Kleczewskiej do Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie - duże przedsięwzięcie logistyczne, które udało się lepiej, niż można się było spodziewać. Może takie artystyczne penetracje z łódzką publicznością teatrów w różnych miastach to patent na zabranie festiwalu w Polskę? Czy takie działania można regularnie powtarzać?

Jak Pan pamięta z poprzednich edycji, wiele podróży festiwalowych już za nami. Decyduję się na takie wyjazdy, gdy ma to artystyczne lub ekonomiczne uzasadnienie. Jesienią wybraliśmy się do Warszawy na „Odyseję. Historię dla Hollywood” w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego i zdecydowały o tym względy logistyczne. Nie było wtedy w Łodzi przestrzeni, w której można było wystawić spektakl - hala EXPO była szpitalem COVID-owym. Zdecydował też budżet. W tym roku pojechaliśmy do Krakowa do Teatru Słowackiego na „Dziady”, ponieważ po obejrzeniu spektaklu nie wyobrażałam sobie przenoszenia go do Łodzi.

To byłoby jak wyrwanie go z korzeniami - cały kontekst miejsca, historia, architektura i atmosferą są częścią tych „Dziadów”. Dyrektor Teatru im. Słowackiego Krzysztof Głuchowski był świetnym partnerem tego wydarzenia, zachwyciła go taka koncepcja prezentacji na Festiwalu i bardzo mnie wspierał w jej realizacji. Tym razem nie tylko wybraliśmy się wspólnie do Krakowa, ale zorganizowaliśmy też nocleg dla prawie czterystu osób. Dzięki naszemu szefowi marketingu Miłoszowi Słocie, który ze swoim zespołem skoordynował tę wyprawę logistycznie, szalony pomysł się urzeczywistnił. Teraz śmieję się, że na kolejną wyprawę teatralną wyczarterujemy samolot.

Drugim, obok „Dziadów”, najlepszym z festiwalowych przedstawień był, moim zdaniem, „Odlot” w reżyserii Anny Augustynowicz z Teatru Współczesnego w Szczecinie. Wzruszenie dodatkowe wynikało z tego, iż tą realizacją znakomita artystka żegnała się ze stanowiskiem dyrektora Teatru Współczesnego w Szczecinie, które piastowała od 1992 roku. Sądzę, że to przykład na artystyczną wartość pewnego rodzaju stabilizacji, którą możemy się cieszyć na festiwalu, ale również przyczynek do refleksji nad tym, jaka powinna być polityka personalna wobec instytucji kultury. Czy Pani zdaniem kwestię obsadzania stanowisk dyrektorskich w teatrach uda się uregulować tak, by była wolna od urzędniczego widzimisię?

W naszym Plebiscycie Publiczności widzowie przyznali w maju „Odlotowi” tytuł Najlepszego Spektaklu (tuż za „Odlotem” były „Dziady”). Niezwykle mnie ten werdykt ucieszył, bo lot „Odlotu” w Łodzi był niesamowity, pomiędzy widownią i sceną wytworzyło się coś magicznego. Coś, co zapada w nas i czego nie da się opowiedzieć. Niedawno jury 28. Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej przyznało spektaklowi Grand Prix - raz jeszcze gratulowałam Ani Augustynowicz, która z kolei podkreślała, jak ważne były dla niej i zespołu te prezentacje w Łodzi. „Odlot” w Łodzi wybrzmiał genialnie dzięki twórcom, ale to też ogromna zasługa festiwalowej publiczności - skupionej, świadomej, poszukującej, współtworzącej atmosferę wydarzenia. Możemy być dumni z łódzkiej widowni.

Ania Augustynowicz stworzyła w Szczecinie teatr autorski i niepowtarzalny. Żegnając się stanowiskiem, przekazała stery młodemu i dynamicznemu twórcy, Jakubowi Skrzywankowi, a władze Szczecina tę decyzję uszanowały i poparły. Jako organizator miasto dało wzorcową lekcję myślenia o teatrze perspektywicznie i z poszanowaniem specyfiki miejsca. Często jednak tak się nie dzieje. Konkursy na dyrektorów bywają ustawione i służą rozmyciu odpowiedzialności za wybór kandydata. Środowisko teatralne często się kompromituje.

Od lat powtarzam, że bardzo potrzebujemy nowelizacji ustawy o działalności instytucji kultury, która nie uwzględnia współczesnych problemów i wyzwań. Teatr funkcjonuje w nowej rzeczywistości, konieczne jest zrewidowanie pomysłów, które się nie sprawdziły i które paraliżują polski teatr. Ponadto - pandemia uwypukliła szereg niedoskonałości prawnych. To moim zdaniem kluczowe - zacznijmy jako środowisko pracę nad projektem ustawy, tworząc w niej odrębny rozdział poświęcony teatrom.

Wydarzeniem festiwalu była światowa prapremiera nowego spektaklu Krystiana Lupy „Imagine”, koprodukcji z Teatrem Powszechnym w Warszawie. Jak udało się do niej doprowadzić? Czy wizja tego artysta przekroczyła przewidywania? I czy spektakl będzie jeszcze można zobaczyć na scenie łódzkiego Teatru Powszechnego?

O współpracy rozmawialiśmy z Pawłem Łysakiem, dyrektorem warszawskiego Powszechnego, z którym wcześniej realizowaliśmy już koprodukcję, gdy kierował Teatrem Polskim w Bydgoszczy (była to „Podróż zimowa” w reżyserii Mai Kleczewskiej). Jestem szczęśliwa, że się udało, bo „Imagine” było naturalnym zwieńczeniem pewnej drogi. Podczas kolejnych edycji Festiwalu konsekwentnie zapraszałam spektakle Krystiana Lupy do Łodzi, uczyliśmy się języka jego teatru. Wreszcie przyszedł czas na prapremierę w Łodzi.

To było wyzwanie na wielu płaszczyznach. Lupa jest bardzo wymagający i bezkompromisowy, bo jest artystą niezwykle precyzyjnym, profesjonalistą. Czuje zespół, wiąże się z nim emocjonalnie i empatycznie - na wyższym poziomie współodczuwania. Refleksja nad spektaklem wyznacza wielogodzinny rytm pracy, w trakcie którego twórcy muszą otwierać swoją wrażliwość i konfrontować się z tym, co nie zawsze komfortowe. Nie ma jednak w tym przymusu, presji, konfliktu.

Podczas światowej prapremiery w Łodzi siedziałam, jak zawsze na premierach, na ostatnim strapontenie (lubię to miejsce, daje mi perspektywę sceny i widowni). Pomimo wielogodzinnego, obciążającego (także fizycznie) spektaklu, czułam się szczęśliwa. Niedaleko, w ostatnim rzędzie siedział Krystian, który obecny jest na każdym przedstawieniu, uczestniczy w nim, komentując.

Znowu, podobnie jak podczas poprzednich festiwali, zastanawiałam się, skąd on bierze siłę, aby po kilkugodzinnym przebiegu czy próbie przygotować na rano omówienie i dyskutować z pełnym zaangażowaniem z aktorami. Lupa ma niezwykle żywy umysł i wielką energię. Dla mnie to fenomen, marzyciel o wielkiej wyobraźni, który nie tkwi w przeszłości, a zawsze patrzy już do przodu.

„Imagine” powstało w ramach europejskiego projektu Prospero. Najpierw zagraliśmy kilka przedstawień w Łodzi, później taki sam set w Warszawie. Potem prezentowaliśmy spektakl na Międzynarodowym Festiwalu Kontakt w Toruniu, zaplanowaliśmy wyjazdy do Modeny, Liège, Madrytu, Katowic… O dalszych planach będziemy na bieżąco pisać, spektakl ma być też dostępny na międzynarodowej platformie online.

Z mojej perspektywy ta współpraca z warszawskim Powszechnym przebiegła wzorcowo, zespoły techniczne i administracyjne dwóch teatrów świetnie współpracowały. Mieliśmy z tej przygody wielką radość i poczucie satysfakcji. To też bardzo ważne wydarzenie dla zespołu naszego teatru i ważne doświadczenie dla Michała Lachety, który zagrał u Lupy.

Duże znaczenie miała premiera „Marii” - spektaklu Teatru Powszechnego o niezwykłej postaci: łodziance, sportsmence i bohaterce Marii Kwaśniewskiej. Skąd wziął się pomysł, by o niej w końcu opowiedzieć na scenie? I jak wynika z zapowiedzi, projekt będzie miał niezwykłą kontynuację - w Łodzi i w „Powszechnym” możemy się spodziewać wizyty córki pani Marii, Elżbiety, która mieszka w Wiedniu...

Zaprosiłam do współpracy Adama Orzechowskiego i Radosława Paczochę, którzy w Teatrze Powszechnym zrealizowali wcześniej „Tango Łódź” i „Ferragosto”. Urządziliśmy konkurs na temat sztuki, która będzie związana z Łodzią - w ten sposób w teatrze trafiliśmy na Marię Kwaśniewską. Moje pierwsze wrażenie: byłam zdumiona, że do tej pory nie powstał film o tej fascynującej kobiecie. Twórcom pomysł bardzo się spodobał, powstał tekst.

Prapremiera „Marii” okazała się bardzo ważnym wydarzeniem dla łodzian i łódzkiego sportu (we współpracę włączył się Komitet Olimpijski), ale nie tylko. Wiele razy słyszałam, że to bardzo ważne, że w świecie wypełnionym przemocą powstał spektakl o dobru i empatii. Takie recenzje dają poczucie sensu. Przed nami kolejne przedstawienia, a w październiku spotkamy się z córką Marii Kwaśniewskiej. O szczegółach poinformujemy na początku nowego sezonu.

Trudna rzeczywistość gospodarcza w Polsce i na świecie sprawia, że koszty wszelkiej działalności, także artystycznej znacznie wzrosły. Jak wygląda obecnie finansowanie festiwalu? Czy jest szansa, że budżet wydarzenia się zwiększy?

Marzę o zwiększeniu dotacji, ale na razie walczymy, żeby budżet się nie zmniejszył. Oczywiście zdaję sobie sprawę z trudnej sytuacji finansowej miasta po pandemii, ale dwie edycje festiwalu w tym sezonie były trudne - na jesienną edycję miasto zmniejszyło nam dotację celową o 45 procent, na wiosenną Ministerstwo Kultury przyznało nam chyba najniższe w historii dofinansowanie - sto tysięcy złotych. Naprawdę trzeba dużego doświadczenia i determinacji, żeby w tak trudnych okolicznościach zrealizować festiwal, który będzie wypełniony merytorycznie.

Czasami, gdy słyszę, że nie jest żadną sztuką tworzyć festiwal, mam w sobie poczucie niezgody. Na każdą edycję pracuje się miesiącami, to godziny trudnych rozmów, za każdym razem starania o fundamentalne sprawy, dbałość o jakość. I oczywiście dbałość o wyraz artystyczny - dopiero skończył się kolejny festiwal, a już pracuję nad repertuarem kolejnej edycji. W weekendy podróżuję i oglądam spektakle.

Jak powinna wyglądać przyszłość festiwalu? W jaki jeszcze sposób może się on rozwijać?

Było mi bardzo miło, kiedy w marcu przeczytałam w „Polityce”, że Międzynarodowy Festiwal Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych to jeden z najważniejszych festiwali teatralnych w Polsce - obok Boskiej Komedii w Krakowie i Warszawskich Spotkań Teatralnych. To pokazuje rozwój festiwalu i jego drogę od Festiwalu Sztuk Przyjemnych. Ten rozwój odbywa się w zgodzie z tym, co dzieje się w polskim teatrze. Festiwal jest lustrem i odbija to, co się w teatrze dzieje. Trudno stworzyć receptę na sukces i rozwój, bo wszelkie powoływane sztucznie do życia koncepty szybko się wypalają. Zawsze wygrywa ważny teatr, który stawia istotne pytania. Zawsze zwycięża odwaga podjęcia wyzwań - na przykład w tym roku takim wyzwaniem było „Imagine”. Zawsze wygrywa świadomość, że pomiędzy widzami i twórcami powstaje niewidzialna nić.

Kiedy w tym roku odszedł wybitny artysta Jerzy Trela, zrobiło się pusto. Zapadła nieodwołalna cisza. Wzruszyłam się, kiedy przypomniałam sobie, że podczas jednej z edycji Festiwalu łodzianie przyznali mu tytuł „Najlepszego Aktora”. Poruszyło mną, że w tym roku w jednej z ostatnich w życiu ról łodzianie zobaczyli go na Festiwalu w „Śniegu” w reżyserii Bartosza Szydłowskiego. Poczułam, że to niezwykłe móc mieć udział w powoływaniu do życia spotkań, które w nas pozostają i zapadają. Obcując z wyjątkowymi artystami i ważnym teatrem rozwijamy się. Wtedy festiwal się rozwija.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Materiały promocyjne partnera

Nezznalek w Muzotoku - skrót 3 odcinka

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Więcej informacji na stronie głównej Dziennik Łódzki
Dodaj ogłoszenie