Od warszawy do hyundaia, czyli jak łodzianie robili prawo jazdy

Krzysztof Spychała
Krzysztof Spychała
Zygmunt Wota instruktorską karierę zaczynał w latach 60. ubiegłego wieku. Krzysztof Spychała
Zdanie egzaminu na prawo jazdy graniczy z cudem. W Wojewódzkim Ośrodku Ruchu Drogowego w Łodzi teorię zalicza za pierwszym podejściem wprawdzie 58,2 proc. osób, ale za to egzamin praktyczny zaledwie co czwarty (24,9 proc) i pod tym względem nasze miasto dzierży krajową palmę pierwszeństwa.

Czy równie trudno było zdobyć wymarzone prawko przed laty? Co było wówczas zmorą kursantów? Czym jeździli? - zapytaliśmy o to Zygmunta Wotę, nestora łódzkich instruktorów i założyciela pierwszej prywatnej szkoły nauki jazdy w Łodzi.

Panienki na kursie

- Prawo jazdy robiłem w 1957 r., na ciężarowym radzieckim ZIS-ie z demobilu – wspomina pan Zygmunt. - Gdy parę lat po wojsku zostałem instruktorem w LOK-u, mieliśmy na stanie przede wszystkim polskie „garbusy”, czyli warszawy M20, ale były również nysy i żuki. Kurs składał się głównie z zajęć teoretycznych, samych jazd było początkowo raptem cztery godziny, potem ich liczba rosła do sześciu, ośmiu.
W latach 60. kierowców, zwłaszcza zawodowych, bardzo brakowało, więc miejscy urzędnicy wspólnie z milicją - w ramach walki z pasożytnictwem społecznym - skierowali na kurs kilkanaście... panienek lekkich obyczajów.
- Zdarzało im się rzucić mięchem, gdy coś nie wychodziło – mówi Zbigniew Wota - ale były na ogół bardzo miłe. Część z nich trafiła potem do samochodowej bazy Łączności.
Jak głosiła kolportowana wówczas plotka, dla paru instruktorów ten kurs zakończył się rozwodem, bo nauka była obustronna.

Fiat w przekroju

Ośrodki nauki jazdy były zinstytucjonalizowane: LOK (Liga Obrony Kraju) kształcił głównie na potrzeby wojska, Polski Związek Motorowy i Automobilklub Łódzki – cywilów. O nowe samochody nie było łatwo, więc jeżdżono, czym się dało i co do ośrodek dostał. Pod koniec lat 60. pojawiły się skody, najpierw 1000 MB, potem 100 i syreny 104, ale zdarzały się również moskwicze.
- Wprawdzie złośliwi rozszyfrowywali oznaczenie 1000 MB jako „tysiąc małych braków”, ale to były całkiem niezłe auta, instruktorzy i kursanci je lubili, bo nie sprawiały większych problemów w ruchu miejskim – mówi pan Zygmunt. - Klęliśmy za to w żywy kamień na syreny 104. Sprzęgło szarpało, rwało i psuło się błyskawicznie. Jak któryś z instruktorów podpadł kierownictwu ośrodka, to dostawał za karę syrenę.
Zmorą adeptów ubiegających się nie tylko o zawodowe, ale i amatorskie uprawnienia była budowa pojazdu, o co pytano (nierzadko z sadystycznym uśmiechem, zwłaszcza zdające panie) podczas ustnego wówczas egzaminu. Ale i wśród nich były takie, które poradziły sobie z tym śpiewająco.
- W sali wykładowej mieliśmy model fiata w skali 1:1, bez karoserii, z przekrojami silnika i wszystkich podzespołów Pamiętam, jak na kurs chodziła pani Teresa May-Czyżowska. Po zajęciach podeszła do mnie i zapytała, czy mógłbym jeszcze raz pokazać jej wszystkie elementy przenoszące moc silnika z denka tłoka na tylne koła. Powtórzyliśmy to ze dwa razy, a na egzaminie wyrecytowała to na jednym oddechu.

Hamowanie ze wspomaganiem

Egzamin praktyczny odbywał się w mieście. Instruktor siedział z przodu, obok zdającego, egzaminator z tyłu. W „maluchu”, który w latach 70. zmotoryzował Polskę, widział tyle co nic, więc instruktorowi mającemu pod swoją stopą drugi pedał hamulca zdarzało się wspomagać kursanta przed znakiem STOP.
Maluchy miały tę przypadłość, że już jesienią padały w nich akumulatory; prądnica nie była w stanie ich doładować, gdy były włączone światła mijania i pracowały wycieraczki. Zastępowano je więc – po wyjęciu koła zapasowego z bagażnika – baterią od stara. Duże fiaty to już całkiem inna klasa, ale pierwsze nie miały jeszcze osłony miski olejowej i czasem można było utrącić korek o wystającą trylinkę i pociągnąć za autem długą smugę.
Porównywanie współczesnych aut, naszpikowanych elektroniką, systemami wspomagania i kamerą cofania z tamtymi nie ma najmniejszego sensu, bo to dwa różne światy. Czy kursantom jest teraz łatwiej? I tak i nie, bo zakręcenie kierownicą w warszawie czy zmiana biegów w syrenie dziś wydaje się nie do wykonania, ale wtedy z kolei ruch na ulicach był niewyobrażalnie niewielki. Z egzaminu teoretycznego na amatorską kategorię B zniknęły dziesiątki drobiazgowych pytań o budowę samochodu, a z praktycznego zmora wszystkich, czyli plac manewrowy (została tylko górka i rękaw, reszta manewrów, np. parkowanie boczne czy prostopadłe odbywa się w mieście). Zgrabne i zwinne suzuki, hyundaie czy niewielkie toyoty wyparły ze szkół jazdy fiaty uno cinquecento, seicento. Niepomiernie za to wzrósł gąszcz znaków i liczba aut na ulicach. Obok zdającego nie siedzi już dobrze znany z kursu pan Staszek, Adam czy Zygmunt, lecz pierwszy raz na oczy widziany egzaminator z WORD-u. A tylną kanapę zajmuje stres...

Zbigniew Boniek zakażony koronawirusem. "Czuję się dobrze":

Najnowsze oferty na Black Friday

Materiały promocyjne partnera

Wideo

Materiał oryginalny: Od warszawy do hyundaia, czyli jak łodzianie robili prawo jazdy - Express Ilustrowany

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.