One miały to coś. Iskrę Bożą, którą przekazały synom

Anna Gronczewska
Anna Gronczewska
Anna Lichtman była uzdolniona muzycznie i plastycznie, bardzo lubiła śpiewać
Anna Lichtman była uzdolniona muzycznie i plastycznie, bardzo lubiła śpiewać Fot. archiwum prywatne
Udostępnij:
Historię Trubadurów, czwórki chłopaków z polskiego Manchesteru, zna każdy, kto interesuje się polską muzyką. Nie każdy jednak wie, że licznymi talentami, nie tylko muzycznymi, były obdarowane matki Krzysztofa Krawczyka, Mariana Lichtmana oraz Sławomira Kowalewskiego.

Mama Mariana Lichtmana była uzdolniona muzycznie i plastycznie. Lubiła śpiewać. Robiła też dywany z wełny przypominające arrasy.

- To była jej pasja! Mama pomagała tacie prowadzić zakład kaletniczy. Szyła torby, ale je też projektowała. Miała duży talent plastyczny. Bardzo ładnie rysowała - wspomina Marian Lichtman, syn pani Anny. - Mama była cudowną, ciepłą kobietą.

Jako dziecko Marian Lichtman miał jednak do niej żal, bo nie opowiadała o swojej rodzinie. Dopiero gdy dorósł, zrozumiał, dlaczego tak się działo.

- Straciła wszystkich podczas Holocaustu - wyjaśnia. - Nie chciała nam dzieciom sprawiać bólu, dlatego nie opowiadała o rodzinie. Tak samo było w innych rodzinach, które ocalały z Holocaustu.

Mama członka zespołu Trubadurzy mieszkała przed wojną w centrum warszawskiego getta, na Nowolipkach, przy ul. Gęsiej. Nikt z jej rodziny nie ocalał.

- Mamie udało się uciec do Rosji - opowiada Marian Lichtman. - Tatę poznała w Taszkiencie, ale zostałem poczęty w Łodzi, w 1947 roku. Stalin mówił Żydom, by przyjeżdżali do niego, to przeżyją wojnę. Kto był młody, silny, to tam uciekał. Tata trafił do łagrów. Śmiał się potem, że wziął udział w takim tour od granicy fińskiej aż po Taszkient. Po drodze odwiedzał wszystkie więzienia. Zatrzymali się w Taszkiencie. Tata przed wojną był piekarzem. Rosjanom brakowało piekarzy, a chleb był rarytasem. Zatrudnili go w piekarni. Tam po chleb podchodzili biedni ludzie. On po cichu dawał im pieczywo, choć groziła mu za to kara śmierci. Na szczęście Rosjanie mieli mało piekarzy i darowali mu życie.

Potem tata pana Mariana poznał przyszłą żonę i razem uciekali do Polski. Przez Rosję, bo gdyby robili to przez Ukrainę, to pewnie by nie przeżyli. Od razu byliby zadenuncjowani.

- Rosjanie dawali noclegi -opowiada łodzianin. - Załatwili tacie lewy paszport. Do Polski wrócił jako pan Wiatr. Przyjechali z mamą do Warszawy. Gdy mama zobaczyła to zburzone miasto, zaczęła szlochać. Tata od razu zabrał ją do Łodzi i tu się osiedlili. Moja mama nie opowiedziała nigdy o swojej mamie, babci, bratu, siostrze...

Marian Lichtman zawsze dziwił się, że w przeciwieństwie do innych dzieci z podwórka, nie ma babci, dziadka, cioci, wujka.

- Mama wtedy mówiła, że mam wujka, ale we Wrocławiu - opowiada Marian Lichtman. - Po wojnie nocowali u nas ludzie ocalali z obozów koncentracyjnych. Mama tłumaczyła, że to nasza najbliższa rodzina. A byli to znajomi, którzy czekali na możliwość wyjazdu z Polski.

Marian Lichtman pamięta, że mama cudownie gotowała. Umiejętnie łączyła kuchnię żydowską z polską.

- Na Boże Narodzenie moja mama robiła kiszkę ziemniaczaną - wspomina. - Przygotowywała ją wcześniej na nasze żydowskie święto, Chanukę. Do dziś pamiętam smak tej kiszki! Byłem na Podlasiu i tam też poczęstowano mnie kiszką kartoflaną. Tam je się wiele potraw wywodzących się z kuchni żydowskiej. Takie, które pamiętam z dzieciństwa. W święta jadło się u nas rybę. Był to oczywiście karp. Smażony, ale też po żydowsku. Mama przygotowywała również bardzo dobry rosołek. Robiła też kluski. Różniły się od polskich pierogów. Kluski były duże, nadziewane mięsem, głównie kurczakiem. Nie jadło się wtedy sałatek. Gdy ktoś jadł wtedy tzw. zieleninę, to budziło to u innych wielkie zdziwienie. Pytali: Pan jest królik, że je tyle zielonego.

Na co dzień pani Anna zajmowała się domem, wychowaniem dzieci. A miała ich troje: Eleonorę, Mariana i najmłodszego, nieżyjącego już Henryka.

Marian Lichtman znał też bardzo dobrze mamę swego przyjaciela, Krzysztofa Krawczyka, panią Lucynę.

- Była wspaniałą kobietą, bardzo gościnną - zapewnia muzyk. - Zawsze częstowała nas obiadem. Traktowała mnie jak syna. Podobnie było z moją mamą. Dla niej Krzysztof też był synem.

Krzysztof Krawczyk był bardzo związany ze swoją mamą. Wcześnie owdowiała i musiała sama wychowywać synów.

Ojciec piosenkarza January urodził się w 1906 roku w Sosnowcu, jak podaje rodzinna legenda był owocem mezaliansu.

- Szlachcianka, wysokiego rodu, pokochała mojego dziadka, który prowadził zakład ślusarski - opowiadał nam przed laty Krzysztof Krawczyk. - Oczywiście nie podobało się to jej rodzinie. Została wydziedziczona. Mieszkali wiele lat na poddaszu znajdującym się nad zakładem ślusarskim.

Pan Krzysztof pamiętał babcię, Kazimierę z Sampolińskich. Dziadek miał na imię Franciszek, był mistrzem ślusarskim. Podobno do jego warsztatu skierowano powóz hrabianki Sampolińskiej. Musiała w tym zakładzie spędzić trochę czasu, aż powóz zostanie zreperowany i tak poznała swego przyszłego męża.

- Kazimiera i Franciszek wzięli ślub, byli ze sobą bardzo szczęśliwi i mieli siedmioro dzieci - opowiadał przed laty ich wnuk. - Mój tata był najmłodszy z rodzeństwa.

January od dziecka przejawiał zdolności artystyczne. Nie tylko aktorskie, ale także plastyczne. Malował bitwy z Indianami i kowbojami w roli głównej. Zakładał na siebie różne szaty, wchodził na krzesło i udawał księdza, który mówił kazania. Podobno nieźle mu to wychodziło.

January Krawczyk nie został jednak duchownym. W młodości był bardzo podobny do Rudolfa Valentino. Bywało że chodził do kina na filmy, w których występował popularny aktor. Wywoływał tym sensację. - Czasem przychodził jeszcze odpowiednio ucharakteryzowany - śmiał się piosenkarz. - Koledzy zakładali się, czy będzie rozdawał autografy jako Valentino, czy nie.

Jeszcze przed wojną January Krawczyk zaczął występować na scenie, ale szkołę teatralną skończył po jej zakończeniu.

- Wiem, że tata był też bardzo utalentowanym perkusistą - opowiadał nam Krzysztof Krawczyk. - W czasie wojny tata pracował w fabryce broni, a wieczorami dorabiał sobie śpiewając i grając na perkusji w różnych lokalach.

Swoją młodszą o 15 lat żonę Lucynę poznał, podczas wojny, w Katowicach, w fabryce broni, gdzie razem pracowali. Po latach sytuacja się powtórzyła. W podobny sposób Krzysztof Krawczyk poznał swoją żonę Ewę, też młodszą od niego, tyle że o 13 lat. - Rodzice, tak jak my, zderzyli się w drzwiach - wyjaśniał pan Krzysztof. - Ojciec mamę przeprosił i puścił do niej porozumiewawcze oko... Mama, dziewczyna z dobrego domu, oburzona odeszła. Ale tata nie dawał za wygraną.

January i Lucyna z domu Drapała, ślub wzięli w 1945 roku. Lucyna pochodziła z Bielska-Białej. Jej ojciec Stanisław był inspektorem łączności. Brał udział w powstaniach śląskich. Gdy wybuchła druga wojna światowa, musiał uciekać przed Niemcami. Mama Gertruda była uroczą kobietą. Razem z mężem dbała o sad, hodowała pszczoły. Ostatnie lata życia spędziła w Szczawnie-Zdroju.

Kiedy już byli małżeństwem z Januarym, Lucyna Krawczyk uległa wypadkowi. Najechał na nią pijany kierowca Armii Radzieckiej. January bardzo to przeżył. Leżał krzyżem w kościele i modlił się o uratowanie życia żony.

- Mama wyszła z tego wypadku bez żadnych komplikacji - mówił nam Krzysztof Krawczyk. - Tata pochodził z bardzo wierzącej rodziny.

Piosenkarz urodził się 8 września 1946 roku w Katowicach. Ale Krawczykowie nie mieszkali tam długo. Krzysztof nie miał roku, gdy rodzice przenieśli się do Białegostoku. January Krawczyk zaczął występować na deskach tamtejszego teatru.

W 1949 roku rodzina Krawczyków mieszkała już w Poznaniu. Ojciec piosenkarza pracował w Teatrze Polskim. Krzysztof Krawczyk miał dziesięć kat, gdy rodzina przeniosła się do Łodzi. Musieli opuścić Poznań, bo January brał udział w manifestacjach poznańskiego Czerwca 1956 roku.

W Łodzi January Krawczyk zaczął pracować w Teatrze Muzycznym. Śpiewał pięknym barytonem. Zaczęła pracować tam także mama piosenkarza. Syn wspominał, że pięknie śpiewała. Nie miała jednak warunków zewnętrznych, by zostać solistką, była za niska.

January szybko został popularnym łódzkim aktorem. Swoim śpiewaniem potrafił wzruszyć siedzące na widowni panie. Potem związał się z estradą. Jeździli po Polsce wystawiając sztukę „Hajduczek” napisaną na podstawie „Pana Wołodyjowskiego” Henryka Sienkiewicza.

Rodzina Krawczyków mieszkała w kamienicy przy ul. Brzeźnej w Łodzi, potem przeniosła się na ul. 10 Lutego. W 1964 roku January Krawczyk zmarł. Miał 58 lat. Pani Lucyna po śmierci męża popadła w depresję.

Krzysztof zaczął uczyć się w szkole wieczorowej. Tam zdał maturę i poznał Sławomira Kowalewskiego, z którym w 1963 roku założyli zespół Trubadurzy. Jego członkiem został też Marian Lichtman. Krzysztof musiał iść do pracy i pomóc utrzymać dom. Pracował w Technikum Włókienniczym im. Walentyny Tiereszkowej. Rozwoził na rowerze korespondencję, przyklejał znaczki do listów.

Pani Lucyna po śmierci męża przestała występować. Do pracy wróciła po kilku latach. Pracowała w księgowości, potem w kasie Teatru Pinokio. Długo była sama, z czasem wyszła za mąż za pana Rydzyńskiego, bardzo sympatycznego spokojnego pana. Zmarła w 2006 roku.

Sławomir Kowalewski, założyciel i członek Trubadurów, dobrze znał panią Lucynę. - Była ciepłą, miłą osobą - tak wspomina mamę przyjaciela. - Taka była szlachetna, pełna miłości. Do nas też. Często w domu Krzysztofa robiliśmy próby. Robiła nam bardzo smaczną szarlotkę. Była bardzo gościnna, serdeczna. Bardzo kochała swoich synów - Krzysztofa i Andrzejka. Dopingowała nas, cieszyła się, że razem coś robimy. Krzysztof grał na pianinie, my śpiewaliśmy.

Mama Sławomira Kowalewskiego, Wanda z domu Szkudlarek, także była niezwykle utalentowana - plastycznie i muzycznie.

- Mama bardzo pięknie malowała - opowiada jej syn. - Robiła to dla przyjemności, malarstwo było jej pasją. Obrazy trafiały do rodziny, przyjaciół, znajomych. Pytałem się mamy, dlaczego nie skończyła szkoły plastycznej. Odpowiadała, że nie miała warunków.

Wanda Kowalewska urodziła się w Konstancji. Poznała swego przyszłego męża i razem z nim przyjechała do Łodzi. - Mama też ładnie śpiewała - wspomina Sławomir Kowalewski. - Uczyła mnie i mojego brata Zbyszka śpiewać kolęd. Byliśmy wychowani artystycznie. Jeździłem na kolonie z mamą. Mama tam też pracowała. Kładła nacisk na muzykę i śpiew. Kolonia była rozśpiewana. Ja też występowałem na kolonijnych uroczystościach. Była więc utalentowaną kobietą. Szkoda, że nie miała warunków finansowych, by kontynuować to, co tak bardzo kochała. Dbała nieprawdopodobnie o czystość. Ja musiałem mieć zawsze białą koszulę, krawacik albo aksamitkę pod szyją. Zawsze podkreślała, że musimy być czysto i schludnie ubrani.

Wanda Kowalewska pracowała w Szkole Podstawowej nr 26 przy ul. Zakątnej w Łodzi. Była kierownikiem szkolnej świetlicy, prowadziła chór. Założyła zespół mandolinistów. Syn Sławek został jego członkiem.

- Chodziłem zawsze z mamą za rączkę do szkoły, nie myślałem o wagarach! - śmieje się Sławomir Kowalewski. - Mama bardzo ko

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Minimalizm za grube tysiące. Zobacz jak mieszka Maffashion

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Więcej informacji na stronie głównej Dziennik Łódzki
Dodaj ogłoszenie