„Panny z Wilka. Rapsod”: Tańczące ze wspomnieniami - Teatr im. S. Jaracza w Łodzi RECENZJA

Dariusz Pawłowski
Dariusz Pawłowski
Michał Staszczak, Anna Sarna i Karol Puciaty w skomponowanym jak piękny obraz przedstawieniu na scenie Teatru im. S. Jaracza
Michał Staszczak, Anna Sarna i Karol Puciaty w skomponowanym jak piękny obraz przedstawieniu na scenie Teatru im. S. Jaracza Andrzej Wencel
„Panny z Wilka. Rapsod” w reżyserii Anny Gryszkówny - kolejna premiera rozbudowująca realizowany w łódzkim Teatrze im. S. Jaracza pod dyrekcją Marcina Hycnara program teatru szlachetnego - to spektakl piękny, w czysto słownikowym znaczeniu tego słowa. Przywracający wiarę w to, iż teatru nie musimy czytać poprzez aktualnie pasujące interpretatorom doraźne hasła, tylko chłonąć jego wielką moc mówienia o tym, co najważniejsze, bo uniwersalne.

Rapsod dodany do tytułu opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza - natychmiast kojarzący się z „Bema pamięci żałobnym rapsodem” Cypriana Kamila Norwida, wyśpiewanym przez Czesława Niemena - w inscenizacji Anny Gryszkówny dotyczy pamięci jako takiej, wywołującej tęsknotę za zapamiętaną urodą przeszłości i wzmacniającej poczucie przemijania, rysującej przyszłość jako coraz wątlejszy czas odchodzenia. Wczoraj i jutro spowite są zamazującym klarowność obrazu dymem, bo przecież pamięć to zwykle wydarzenia i emocje przetworzone w nieprawdę wyobrażeń, a obietnica tego, co ma nadejść przeważnie okazuje się złudzeniem. Przejmujące, ujmująco zmysłowe, osadzone pomiędzy doczesnością rozliczania się z przeszłością i pamięcią właśnie, a poetyką snu przedstawienie delikatnie, acz konsekwentnie pochłania widza, by skonfrontować go z osobistymi reminiscencjami i „rozpuścić” w przyjemności przypominania sobie, jak rozkoszne są te drobinki codzienności, od których tak bardzo pragnie nas oderwać funkcja płynnego przewijania Facebooka.

Wiktor pojawia się w Wilku po piętnastu latach, dzierżąc misę w kształcie muszli (to w niej są zawarte echa wspomnień, co przecież możemy usłyszeć przykładając muszlę do ucha), pełną kamiennych kul, w których zaklęta jest pamięć o relacjach z każdą z mieszkanek dworu. Dla nich dawny Wiktor w pewnym sensie umarł, został we wspólnej młodości, zmienił się w legendę, co pozwala cieszyć się sprawami wówczas rozpoczętymi i nie żałować tego, że nie zostały zakończone. Jak panny żałobne u Norwida, mogą w konchy zbierać wywołane wspomnieniem Wiktora łzy, ale i uśmiechy, czasem nawet myśli wywołujące wypieki na policzkach. Dlatego nowego Wiktora, który niespodzianie do Wilka zajechał, unoszą i kładą na stole, by „wyrwać” z niego to, co zapamiętały, ale i dokonać sekcji teraźniejszości. Wiktor co jakiś czas będzie się tu z grozą budził i wydobywał ze „śmierci klinicznej”, sprowadzany do obiektu wspomnień.

Spektakl jest świetnie, z czułością i dbałością o najdrobniejszy detal wyreżyserowany, Anna Gryszkówna złożyła go z teatralnie zjawiskowych, precyzyjnie podporządkowanych wyraźnie nakreślonej strukturze spektaklu scen. „Panny z Wilka. Rapsod” rozpościerają się przed nami zachwycającym obrazem, jakiego dawno na scenie Teatru Jaracza nie było. To dopracowana, wysmakowana scenografia i zaznaczające epokę, w której rozgrywa się opowieść Iwaszkiewicza, ale przecież zarazem ponadczasowe kostiumy (Martyna Kander), dodające planu onirycznych retrospekcji czarowne projekcje wideo (Jagoda Chalcińska) i plastyczna, ciepła reżyseria światła (Karolina Gębska). Pierwszorzędnie skomponowana całość mająca może o jedno zakończenie za dużo.

Nieco schowani za inscenizacyjnym konceptem aktorzy, pierwszorzędnie się zarazem zza niego wydobywają - a to silną indywidualnością, a to zespołowością. Już w początkowej scenie bawiące się włosami aktorki w mgnieniu oka stają się na naszych oczach siostrami. Iwona Dróżdż, Urszula Gryczewska, Iwona Karlicka, Anna Sarna i Paulina Walendziak są fantastycznie różnorodne, prezentują zniuansowaną, niewysłowioną gamę odmiennych charakterów swoich bohaterek, by za chwilę rozczulić do utraty tchu perfekcyjnym śpiewaniem na głosy życzenia „Pogoda lasu niechaj będzie z tobą” (wyborna muzyka Michała Lamży). Panie kunsztownie wykorzystują indywidualne spotkania z Wiktorem, jakie dają im autor i reżyserka, by osiągnąć totalne mistrzostwo w scenie wyrzucenia z siebie zaszłości przez Jolę (Urszula Gryczewska): „ja ciebie nie kocham i nigdy nie kochałam” czy przeciskania z Kazią (Anna Sarna) śliwek przez palce, niczym przeciekającego czasu, którego nie da się odwrócić.

Nieschodzący ze sceny Wiktor to kolejna kolosalna rola Michała Staszczaka - złożona, melancholijna, inteligentna, osobista, pełna, dotykająca najintymniejszych strun. Klasa profesorska. Ciekawym kontrapunktem jest Jurek (mający trudne zadanie, ale wychodzący z niego zwycięsko Karol Puciaty), którego już nie ma, bo jak pisał Iwaszkiewicz umarł na suchoty, dlatego może się ziścić jako młodzieńcze wcielenie Wiktora, kontestujące to, kim Wiktor stał się obecnie.

W Teatrze im. S. Jaracza rozbrzmiała chwytająca za serce pieśń o pamięci, w której każdy wysłyszy swoje tony. Bo z ilomaż to pannami i kawalerami w swoim życiu się rozminęliśmy, by im bliżej końca, tym częściej myśleć, jak by to było, gdybyśmy potrafili się zatrzymać. Z tak przepełnionym wrażliwością przedstawieniem możemy sobie nad tym cichutko i oczyszczająco popłakać. Ach!

Bon na kulturę. Do wydania 400 euro!

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie