Paweł Kowal: Trzeba pojednać się przed zachodem słońca. Zrozumiałem to po Smoleńsku

Anita Czupryn
Paweł Kowal: Polityk musi żyć kategoriami historii kraju, a nie doraźnego sporu. Należało pochować prezydenta na Wawelu
Paweł Kowal: Polityk musi żyć kategoriami historii kraju, a nie doraźnego sporu. Należało pochować prezydenta na Wawelu Fot. Grzegorz Mehring
- W katastrofie smoleńskiej przegląda się prawie każdy Polak, bo popierał, znał kogoś na pokładzie, bo pamięta tamten poranek. Podział, który się tlił od wyborów 2005 r., został przypieczętowany tą katastrofą - mówi Paweł Kowal.

Szczerze mówiąc, nie wszedłem jeszcze w ten nastrój...

Nastrój?
Smoleński.

Jaki miałby on być?
Na pewno refleksyjny.

Był Pan bardzo blisko tamtych wydarzeń, pięć lat temu.
Została w pamięci rozmowa ze Staszkiem Kostrzewskim, wtedy skarbnikiem PiS. Jechaliśmy autokarem do Smoleńska i mówiłem, że teraz wszystko się zmieni. Moje życie też się zmieni. I miałem rację. Polityczne życie na pewno się zmieniło. Dla grupy polityków związanych z Lechem Kaczyńskim zaczął się nowy świat.

No właśnie. Muzealnicy. Co się z nimi stało?
Muzealnicy są w muzeach. (śmiech) Bo to był nasz zawód, nasz początek i to pielęgnujemy.

Nie żal Panu, że dziś muzealnicy od Lecha Kaczyńskiego są w muzeum, a nie są w polityce?
Najważniejszą rzeczą, jaką zrobiliśmy z Lechem Kaczyńskim, było Muzeum Powstania Warszawskiego. To jest dzieło narodowe, które ma charakter ponadpartyjny, ponadpolityczny i jest jednym z pomników jego działania, jego podejścia do państwa. Praca, czy w tym muzeum, czy w ogóle, jeśli chodzi o popularyzację historii, pamięci, to było coś, co stało się naszym sztandarem.

Pytam o państwa obecność w polityce.
Każdy polityk ma takie momenty, kiedy żyje z polityki i kiedy żyje z pracy własnych rąk, głowy poza zawodową polityką.

Dzisiaj już nikt z nas nie może w sposób wiarygodny stwierdzić, co zostało zapisane w czarnej skrzynce

Nieprzypadkowo więc spotykamy się w Muzeum Powstania Warszawskiego. Co Pan robi?
Pracuję nad programem kilku wystaw. A poza tym wspieram radą inne projekty wystawiennicze. Piszę książki o historii i polityce wschodniej, przygotowuję lekcje o historii Polski dla uczniów na Węgrzech, tworzę program nowych studiów podyplomowych na Uniwersytecie Warszawskim. Piszę habilitację w ISP PAN, piszę felietony. Po prostu - pracuję zawodowo.

Jako historyk.
Jestem historykiem, faktycznie muzealnikiem, ostatnio miałem cykl wykładów w Stanach Zjednoczonych, teraz staram się jednemu z amerykańskich uniwersytetów pomóc zakorzenić się w Polsce. Churchill w latach 30. też pisał biografie. Ważne, żeby polityk miał to swoje drugie życie. To uniwersalna prawda. Mam więcej czasu dla czwórki swoich dzieci, mogę odmówić mediom, nie jestem już zobowiązany przyjmować wszystkich zaproszeń, zajmuję się polityką wschodnią. Jak trzeba - to doradzam, jeśli ktoś chce skorzystać z mojego doświadczenia. To jest także dziedzictwo Lecha Kaczyńskiego. Muzealnicy są wierni temu, nad czym pracował Lech Kaczyński, i tak, jak rozumieliśmy jego misję, czyli w sensie państwowym, a nie dla jednej, partykularnej grupy.

Co jeszcze zmieniło się w Pana życiu?
Powiedziałem, że wszystko się zmieni, ponieważ nasza relacja - naszego środowiska z Lechem Kaczyńskim - była tak bliska, że nie mogła być wprost przeniesiona na żadne inne okoliczności, gdy go nie ma. Podobnie jak ludzie, którzy blisko współpracowali z Piłsudskim, nie mogli odgrywać roli, jaką odgrywali, po śmierci Piłsudskiego. Lider polityczny, który jest tak bardzo wyrazisty, zawsze buduje wokół siebie grupę, która jest w dużym stopniu oparta na jego osobistym autorytecie, osobistej pozycji. Gdyby Lech Kaczyński nie zginął, zapewne bylibyśmy w PiS. Jestem tego pewien, nigdy byśmy się nie rozstali, nawet gdybyśmy mieli wątpliwości. On by je łagodził. On też inaczej moderował całość tego ruchu politycznego.
Słyszałam i taką opinię, że gdyby nie katastrofa smoleńska, to PiS mogłoby już nie być.
Nie sądzę. I PiS, i Platforma są dziś bardzo mocnymi partiami, mającymi duże podstawy i polityczne, i personalne, i finansowe do funkcjonowania. Na pewno PiS byłby inną partią, dlatego że bez takich ludzi jak Lech Kaczyński, jak Krzysztof Putra, jak Zbigniew Wassermann musiała stać się inna. Zresztą, zginęło wielu innych polityków, którzy wprowadzali ten element moderujący, łagodzący. Myślę, że i Putra, i Wassermann, ale też inni...

Przemysław Gosiewski...
Gosiewski był jednym z organizacyjnych mózgów partii. Nie, nie sądzę, żeby ta partia przestała istnieć. Myślę, że miałaby inny
kształt. Wiadomo, że po katastrofie musiała się przetransformować i rozwinąć w trochę innym kierunku.

Otworzyły się nowe szanse dla innych członków partii.
Na pewno. Pojawili się nowi ludzie. Ludzie bardziej związani z Lechem Kaczyńskim częściowo pozostali w partii, częściowo odegrali już inną rolę, bardziej społeczną mniej partyjną. W jakimś sensie dzisiaj jesteśmy politycznie znowu razem, dlatego że przygotowujemy się do wyborów i myślę, że ta historia też ma swoje znaczenie. Ale na pewno jest już inaczej. Dla samej partii, dla środowiska politycznego, co przyznawali nawet krytycy, bo przypomniały mi się słowa Tadeusza Mazowieckiego, który powiedział, że to właśnie środowisko zostało najbardziej poszkodowane. Tak się po prostu stało. Choć, oczywiście, na pokładzie samolotu byli przedstawiciele różnych środowisk i to nadawało i nadaje tej katastrofie szczególny, narodowy charakter. Można powiedzieć, że każdy miał na tym pokładzie swojego reprezentanta. I w sensie politycznym, i w sensie religijnym, w różnych wymiarach.

Wydarzenia, w których wtedy Pan uczestniczył, podróż z Jarosławem Kaczyńskim na miejsce katastrofy, to wszystko, co Pan wtedy widział, słyszał, odczuwał, zbladło po tych pięciu latach, czy coś z tego się uwypukliło?
Rzeczy, które we mnie zostały z tamtego czasu, to z jednej strony bardzo mocne przekonanie, że Polska jest trwale podzielona. To taki wręcz fatalizm. Wtedy sądziłem, że to jest podział podobny do tego, jaki miał miejsce wokół wprowadzenia stanu wojennego. Gdyby liczyć w ten sposób, to byłby koniec 1986 r.

Znowu my i oni?
Kto wie, czy ten podział na my i oni nie okaże się trwalszy niż ten po stanie wojennym. Przez jakiś czas łudziłem się, że ten smoleński dotyczy tylko elit, że stan wojenny miał bardziej charakter ludowy, bo dotyczył każdego bezpośrednio. Ale i w katastrofie smoleńskiej przegląda się prawie każdy Polak, bo popierał, znał kogoś na pokładzie, bo pamięta tamten poranek. Podział, który się tlił od wyborów 2005 r., został przypieczętowany tą katastrofą, mimo wszystko. I potem dla ludzi czasami decydujących o sprawach związanych z katastrofą, upamiętnieniem ważniejsze były sprawy związane z lojalnością polityczną niż z emocjonalną potrzebą, by coś dobrego zrobić. Druga nauka, życiowa, która może spowodowała, że stałem się łagodniejszy - tak mi się przynajmniej wydaje - to jest to, żeby nie budować sporu ponad miarę. Wtedy był taki moment, kiedy wszyscy się w tym sporze zasklepili, ostro poszli. Gdybym chciał kiedyś opowiedzieć o tym dzieciom, a na pewno w mojej rodzinie pamięć o katastrofie zostanie na pokolenia, bo byliśmy tak blisko, że musieliśmy to przeżyć - śmierć prezydenta, ten moment, kiedy dzieci dowiedziały się o śmierci prezydenta, z którym się znały, spotykały, zostanie w pamięci rodziny. Niepewność, czy nie zginęli inni nam bliscy ludzie, i informacja, że niektórych niestety już nie ma, bo byli na pokładzie. Jest teraz we mnie to przekonanie, że zawsze trzeba się pojednać z ludźmi, nawet politycznie.

Ale ten moment pojednania nie nastąpił.
Właśnie, nie było pojednania. Zabrakło go. Została gorycz w ustach po tym, żeśmy się nie umieli dobrze rozstać, bez gniewu. Kołatało mi wtedy w głowie - i to mi zostało - zdanie z Reguły św. Benedykta: "Jeśli zdarzy się jakaś kłótnia, pojednać się przed zachodem słońca". O co chodzi z tym zachodem słońca, że coś nie może zaczekać do rana? Kiedyś tego nie rozumiałem. Po katastrofie to jedno z najważniejszych zdań, jakie zostały mi w głowie. Jeśli się z kimś rozstajemy, żegnamy, trzeba się postarać, aby to nie było w gniewie. A poza tym jest też warstwa polityczna, warstwa państwowa, która objawiła się ostatnio choćby tymi nowymi rewelacjami.
Jak Pan odebrał te nowe stenogramy, a właściwie ich uzupełnienia?
Po katastrofie sądziłem, że pierwsze 48 godzin, a przede wszystkim pierwszą dobę, trzeba było wykorzystać na wymuszenie od Putina publicznych deklaracji, na uzyskanie od niego pewnych zobowiązań. Cały świat patrzył na Smoleńsk. Potem, ten pierwszy tydzień po katastrofie - trzeba było wykorzystać na zabezpieczenie prawne. A pierwszy rok - na maksymalne umiędzynarodowienie tego śledztwa. Dzisiaj mi się wydaje, że historia tym osobom, które myślały tak jak ja, w stu procentach przyznała rację. Należało szybko wejść w spór prawny z Federacją Rosyjską. Nawet za cenę przeciągania go w nieskończoność, należało mieć argumenty prawne, żeby się upominać o dowody i mieć tytuł do grzmienia na forum międzynarodowym.

No tak. Nie mamy czarnych skrzynek. Nie mamy wraku.
No i ludzie mają dzisiaj prawo czuć się rozczarowani, dlatego że mówiono wtedy: "To nie jest ważne, czy mamy czarną skrzynkę, bo mamy odczyt". Dziś nikt nie zwraca uwagi na to, że mamy już tyle odczytów, że niedługo sam Putin się w tym pogubi. Okazuje się, że parametry techniczne tego odczytu - już nie mówię o ewentualnych fałszerstwach - są bardzo różne, w zależności od tego, kto odczytywał. I dają ciągle nowe możliwości interpretacji, bo przecież postępowanie nie jest zamknięte, a wszyscy mówią, że coś ostatecznego odczytano. A ja powiadam - nie - przecież tam jest jeszcze dużo wolnych miejsc, te miejsca można jeszcze uzupełniać. Myślę, widzę to w oczach kilku kolegów w PO, że jest to poczucie, iż popełniono błędy i że nie było nikogo odważnego, nikogo honorowego po stronie tych, którzy popełnili błędy, żeby przyznać: "Tak, to był duży błąd, to, jak zachowaliśmy się w 2010 roku". Wielu moich przyjaciół wtedy wyciągało zbyt daleko idące wnioski z naturalnego odruchu współczucia u Rosjan. Dzisiaj już nikt nie pamięta listu o stawianie świeczek na grobach Rosjan w Polsce. Ileż było w tym wszystkim naiwności, ale też prowadzenia Polaków, jako wspólnoty, na manowce. Bo to było sprowadzenie na manowce, nawet jeśli ktoś miał dobre intencje. Czasem w życiu jest więc potrzebne to, że ktoś powie: "Tak, myliłem się". To, co mnie najbardziej boli, to to, że nie znalazł się ani jeden, który by powiedział: "To było złe". Tylko ciągle uzasadniają i dopisują te swoje karteczki, komentarze, że to wszystko było podyktowane jakąś mądrością etapu. Generalnie błędna diagnoza polityki Rosji miała bardzo niedobry skutek, dlatego że myśmy nie tylko sami się wprowadzili w błąd, nie tylko wprowadzili w błąd Polaków, ale dodatkowo ci, którzy to wtedy robili, sprowadzili Polskę na manowce, jako eksperta od Wschodu.

Już nim nie jesteśmy?
Nie jest tak, że nikt na świecie niczego nie analizuje. Gdzieś to robią. I dzisiaj widać, jacy Polacy byli niepoważni. Nie mówię o tym, żeby nie wykonywać gestów wobec Rosjan, jaki zrobił na przykład Jarosław Kaczyński w swoim wystąpieniu, gdzie nawiązywał do tradycji romantycznej. Należało wykonywać gesty wobec Rosjan. Ale mówię o tym, że trzeba było trzeźwo oceniać Putina.

Ale wtedy jeszcze nie było mowy o takim Putinie, z takim obliczem, jakie znamy dzisiaj.
Wszystko już było jasne. To było po Gruzji, po ostrych wojnach ekonomicznych z Ukrainą, Mołdawią, jestem pewien, że gdzieś już się Kremlowi rajd na Krym - mówili o tym Gruzini. Dla Jana Nowaka-Jeziorańskiego to było jasne w połowie lat 90. A dla niektórych w Polsce jeszcze kilka lat po katastrofie smoleńskiej nie było jasne. Było oczywiste choćby dlatego, że nawet po katastrofie Rosjanie ciągle nie przekazali wszystkich akt katyńskich. Po takim wydarzeniu?!

A to, że nowe stenogramy wypłynęły w piątą rocznicę tragedii smoleńskiej, no i w roku wyborczym?
One nic nowego nie wnoszą. Jedną z wersji przekazaną dziennikarzom w konkretnym momencie.

Są grą, przedwyborczą strategią?
Chyba ktoś tu gra, prawda?

Kto gra?
Tego nie wiemy do końca, ale element gry jest oczywisty. Chodzi o to, żeby trwale rozbić wspólnotę Polaków. Podtrzymywać spór, dolewać oliwy.

Chyba najbardziej na tym zależy Rosjanom.
Tak. Dlatego należało wobec Rosji ustanowić jeden polski front. Prawny. Tylko raz próbował to robić Radosław Sikorski. Nie dostał wsparcia, a przecież, jak się okazało, bez problemu można wprowadzić na posiedzenie Rady Europejskiej punkt dotyczący katastrofy samolotu malezyjskiego. A nie można było katastrofy smoleńskiej?
Gdzie dzisiaj są te polskie emocje z czasów katastrofy?
Chyba się utrwaliły, prawda? Upolityczniły. Utrwalił się podział. Rachunek sumienia powinni robić w tej sprawie wszyscy uczestnicy politycznego życia, ale instrumenty do zapobiegania podziałom i poważnego wyjaśniania wątpliwości miał rząd. Nie ma co udawać, że jest inaczej.

Niemiecki dziennikarz Jürgen Roth w książce, która się właśnie ukazała w Niemczech, sugeruje, że w Smoleńsku był zamach, za którym stoi polski polityk. Rosjanom mieli w tym zamachu pomagać Polacy.
Polacy, mówię tu o obywatelach, po tylu latach mają prawo do tego, by zastanawiać się, czy mają odpowiednią wiedzę o zamachu i mają prawo skarżyć się, że nie. Pytanie dzisiaj, czy ktoś "wierzy" w jakąś wersję przyczyn katastrofy, brzmi dla mnie jak kpina. Jeśli ktoś ma dzisiaj pretensję do niemieckiego dziennikarza o jego rewelacje, to jest to także rezultat tego, co się działo w Polsce. Tego, że myśmy nie byli w stanie przeprowadzić wiarygodnego śledztwa, w wiarygodny sposób pozyskać materiału dowodowego od Rosjan. Nikt z nas nie może w sposób wiarygodny stwierdzić, co zostało zapisane w czarnej skrzynce. Straciliśmy więc wiarygodność, bo ktoś może powiedzieć: "Zaraz, mówiliście, że z Rosją się dobrze pracuje. I nagle coś się zmieniło?". Polscy politycy niepotrzebnie przypieczętowali i potwierdzali działania strony rosyjskiej, które od początku były nacechowane politycznie. I od początku strona rosyjska ostro zabrała się do obrony własnej reputacji - bezpieczeństwa lotów nad Rosją, produkcji samolotów itd.

Dlaczego tak się stało, jak Pan myśli?
Zagrał jeszcze inny czynnik, który pojawia się coraz częściej: unifikacja polityki europejskiej. Elity Platformy musiały współgrać czy też, można powiedzieć, współśpiewać w chórze europejskiej międzynarodówki chadeckiej - Europejskiej Partii Ludowej, która wtedy była na kursie polepszania relacji z Rosją. Dzisiaj ubocznym skutkiem jest to, co już powiedziałem, że my nie jesteśmy wiarygodni jako ekspert Wschodu. Nie będą nas słuchać, bo wtedy w sprawie Rosji Polacy przedstawiali błędną ekspertyzę. Cenę za to płacimy ogromną. Nie mamy dzisiaj dobrej reputacji, jeśli chodzi o znajomość Rosji. Rosjanie nadal nie zdjęli z nas tego odium, że jesteśmy antyrosyjscy - tę cenę i tak zawsze płaciliśmy, a jednocześnie opowiadaliśmy politycznie poprawne głupoty, z których dzisiaj wszyscy poważni ludzie, analitycy w służbach specjalnych wiedzą, że nie były prawdziwe. Były podyktowane pędem polskich elit politycznych do politycznej poprawności. Stąd też dla mnie jest jeszcze drugi obszar tego dziedzictwa, jakie pozostawił Lech Kaczyński, czyli polityka wschodnia. Mój osobisty związek z Lechem Kaczyńskim miał jeszcze ten wymiar. Oczywiście bardzo chciałbym, aby dziś były takie czasy jak za Lecha Kaczyńskiego, żeby Polska prowadziła aktywną politykę wschodnią, próbowała wywierać większy nacisk w Unii, próbowała korzystać w dużo większym stopniu z tego, co się dzieje dzisiaj na Ukrainie. Żebyśmy byli tam obecni, żebyśmy kształtowali lobby polityczne, przyjmowali z Ukrainy więcej studentów, na Ukrainę wysyłali więcej misji doradczych, żebyśmy skorzystali z tej szansy. Ale też rozumiem, że czasy się zmieniły i dzisiaj takiej roli nie mogę odegrać. A politycy, którzy dzisiaj o tym decydują, widzą to inaczej. Są dużo mniej aktywni nie tylko od Lecha Kaczyńskiego, ale np. od Aleksandra Kwaśniewskiego.

Jak Pan ocenia działalność prezydenta, jeśli chodzi o tę politykę?
Były dobre obietnice, na przykład powołania polsko-amerykańsko-ukraińskiego funduszu przedsiębiorczości, ale nie zostały zrealizowane. Wczoraj dobre emocjonalne deklaracje podczas wizyty w Kijowie, mówię o przemówieniu, ale brak konkretnych programów realizowanych w odpowiedniej skali. Myślę, że dzisiaj prezydent ma obiektywny problem z tym, że o wszystkich sprawach decyduje rząd, a pani Ewa Kopacz nie czuje tej problematyki. Nie kładzie na nią nacisku. Pytanie brzmi tak: czy skorzystamy jako Polska z ogromnego ładunku pozytywnych emocji do Polski, jaki wytworzył się po Majdanie. Czy zagramy na ich miarę i miarę polskich możliwości. Nie widzę tu pomysłu.

A na ile ta polityka jest ważna według Pana?
Jest kluczowa. Niemcy mają dzisiaj swoją wielką misję gospodarczą na Ukrainie. Litwini doradzają premierowi i prezydentowi Ukrainy. Polacy nie korzystają z tej szansy, którą widzę dwutorowo: odbudowa relacji polsko-ukraińskich, bo oni zawsze będą już naszymi sąsiadami, nie Rosjanie i czas najwyższy pozamykać trudne sprawy przyszłości. I skorzystanie z tej okazji, jaką daje transformacja na Ukrainie. Transformacja zawsze jest takim okresem, kiedy można skorzystać, kiedy ktoś dokonuje zmian gospodarczych, w rolnictwie. Polska dzisiaj z tego nie korzysta. Ten czas być może przejdzie do historii jako zmarnowany. Trzeba skończyć z mówieniem o "pomocy" Ukrainie, bo to tylko wprowadza zamieszanie. Trzeba mieć z Ukrainą wspólny plan w Europie, pomyśleć szerzej, zwrócić się ku przyszłości. Konkretnym polem do współdziałania z Ukrainą powinno być rolnictwo, byłoby tu dużo do zrobienia dla PSL, a szczególnie Marka Sawickiego, a tymczasem poważniejsze systemowe podejście widać tylko w różnych pomysłach w dziedzinie kultury. W czasach prezydentury Lecha Kaczyńskiego ta relacja z partią rządzącą, premierem Marcinkiewiczem, później Jarosławem Kaczyńskim dawała możliwości realizacji konkretnych idei na płaszczyźnie rządu, tak było w sprawach energetycznych. Dzisiaj widać, że prezydent Komorowski nie ma takiej siły, żeby przewalczyć jakiś program realnych działań ze strony premiera. Nie ma też zresztą tej możliwości także minister spraw zagranicznych, bo w przypadku systemowych działań potrzebna jest koordynacja w Radzie Ministrów. Taka jest polska konstytucja. I dlatego nawet gdyby idee i plany prezydenta były najlepsze, adresem do pretensji w naturalny sposób będzie premier.
Co Pan będzie robił 10 kwietnia?
Pójdę na cmentarz. Na mszę. Powspominam. Dla mnie to będzie dzień wyjątkowy, planuję go w taki sposób, jak się planuje święta. W tym sensie, że nie mam w tym dniu dodatkowych zajęć. Myślę, że trochę będę rozmawiał z dziennikarzami, to już stały element rocznicy. Zawsze mnie pytają o wspomnienia o Lechu Kaczyńskim.

Jakie najważniejsze wspomnienie o Lechu Kaczyńskim nosi Pan w sobie?
W sferze publicznej to wyjazd do Gruzji. Wtedy Lech Kaczyński stanął na wysokości zadania. Nie gadał o Giedroyciu, nie gadał o Piłsudskim, ale działał, on po prostu postąpił zgodnie z polską tradycją. Nie zawierał w tej sprawie żadnych kompromisów. A w sferze osobistej? To, że pozwolił mi doświadczyć, mimo różnicy wieku, różnicy mądrości, czegoś w rodzaju przyjaźni, jeśli można mówić o przyjaźni między kimś tak dojrzałym a kimś, kto jest jeszcze w pewnym sensie dzieckiem.

W katastrofie smoleńskiej przegląda się każdy Polak, bo znał kogoś na pokładzie, bo pamięta tamten poranek

Dzieckiem politycznie czy życiowo?
Myśmy dużo rozmawiali o życiu. Dużo się od niego nasłuchałem o rodzinie, o domu, o podejściu do bliskich. Widziałem, jak rozwiązuje życiowe, codzienne problemy, jak potrafi doradzić, jaka więź łączy go z panią prezydentową. Każdy człowiek ma w swoim życiu mistrzów. Dla mnie byli nimi na pewno moi profesorowie, po pierwsze Krystyna Kersten, ale Lech Kaczyński również był dla mnie wzorem profesora.

Świętej pamięci parę prezydencką należało pochować na Wawelu?
Tak. Uważam, że polityk musi żyć kategoriami historii kraju, a nie doraźnego sporu. Należało pochować prezydenta na Wawelu i należy postawić mu pomnik w centrum miasta.

Pomnika nie postawiono.
Kiedy słyszałem, że Wawel jest zamknięty, to uważałem, że to jest jakaś pycha albo brak pomyślunku. Na jakiej podstawie ktoś może powiedzieć, że Wawel jest zamknięty? Kto ma takie moralne prawo w Polsce, żeby "zamknąć" Nowy Świat czy Krakowskie Przedmieście? To jakiś koncept konserwatora. Kilka lat temu wymieniono figury nad wejściem do opactwa westminsterskiego, dodając m.in. Martina Luthera Kinga i św. Maksymiliana Kolbego, bo nikt by sobie nie pozwolił, by "zamykać" historię Wielkiej Brytanii na wyroki Opatrzności. Polska nie może być krajem, w którym rządzą konserwatorzy. Jakim prawem ktoś odmawia państwu tej nadziei, że nie zdarzy się jeszcze coś tak wielkiego, doniosłego, co spowoduje, że będziemy musieli jeszcze raz otworzyć Wawel, Krakowskie Przedmieście czy Nowy Świat. Ta sama historia naświetlona bladym światłem codzienności bywa prostą, zamkniętą opowieścią używaną w walce partyjnej, ale gdy uspokoimy skołatane nerwy i rzucimy na nią światło Historii, to wygląda zupełnie inaczej.

***

Paweł Kowal, historyk, współtwórca koncepcji i realizator Muzeum Powstania Warszawskiego. Był posłem PiS, wiceministrem spraw zagranicznych, od 2009 r. posłem do Parlamentu Europejskiego. W 2011 r. odszedł z PiS, został szefem nowej formacji Polska Jest Najważniejsza. Partię rozwiązano w grudniu 2013 r., członkowie przyłączyli się do ugrupowania Polska Razem Jarosława Gowina. Paweł Kowal został przewodniczącym rady krajowej tej partii

Wideo

Materiał oryginalny: Paweł Kowal: Trzeba pojednać się przed zachodem słońca. Zrozumiałem to po Smoleńsku - Polska Times

Komentarze 6

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

n
nik

zawsze go z ciekawością słucham albo czytam.

A
Administrator

To jest wątek dotyczący artykułu Paweł Kowal: Trzeba pojednać się przed zachodem słońca. Zrozumiałem to po Smoleńsku

T
Tu nic się nie zmieniło.

Reżimowe przekaziory nadal plują, dezinformują, kłamią. Trwa zacieranie śladów przestępstwa,
stosowane są prowokacje, rozpowszechniane kłamstwa.
O jakim więc pojednaniu mowa?
Z kim?
Czy z Tuskiem, Komorowskim, Kopacz, Palikotem, Urbanem, Michnikiem i Putinem .....itd ?

Jeżeli Paweł Kowal chce się jednać to proszę bardzo, ale tylko w swoim imieniu.

a
acton

Pojednanie moze nastąpic po uznaniu winy. Wtedy powstają warunki do przebaczenia i pojednania. Gdy jednak jedna strona obraża drugą, a na dodatek ma całą serię "dziwnych" zachowan (od oddania sledztwa w ręce Rosjan, po sprzeciw wobec międzynarodowej komisji), to trudno mowic o pojednaniu. Chyba, ze ma byc to pojednanie d... z batem.

P
Pamiętam takie zdarzenie.

Podoficer straży granicznej oddaje mocz w jednym z pomieszczeń Muzeum.
Zostaje zauważony przez ochroniarzy, zatrzymany.
Jak się tłumaczy?
- Szczałem, bo to Muzeum Lecha Kaczyńskiego.

Ot, tak prywatna zemsta na zabitym Prezydencie.

To też polska rzeczywistość.

s
spokojny

„Nie mamy czarnych skrzynek”.
I tak powstają spiskowe teorie. Otóż są trzy skrzynki.
Dwie odczytywano w Rosji a trzecia była specjalnie kodowana i mogła być odczytana tylko w Polsce i tak się stało. Wszystkie trzy dają tą samą informację o przyczynach katastrofy.

Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3