Prezydent Bełchatowa, Mariola Czechowska, zatrudniła córkę w swojej kancelarii na stanowisku pomocy administracyjnej. Czechowska nie złamała w ten sposób prawa, ale specjaliści wytykają, że to przykład kumoterstwa. Czy można je tłumaczyć rodzicielską troską?

Zakładanie teczek aktowych, rejestrowanie spraw w spisach spraw, przekazywanie akt spraw do archiwum zgodnie z obowiązującymi procedurami, przygotowywanie pism, przygotowywanie materiałów na posiedzenia rozstrzygające. To od niedawna zakres obowiązków córki prezydent Bełchatowa, Marioli Czechowskiej. Została zatrudniona w kancelarii prezydenta miasta na stanowisku pomocy administracyjnej. Pracuje na umowę o pracę, na razie zatrudniono ją na trzy miesiące.

Kancelaria prezydenta to komórka, która w strukturze organizacyjnej magistratu podlega bezpośrednio prezydent Marioli Czechowskiej. Prezydent nie jest jednak bezpośrednią zwierzchniczką swojej córki.

Przełożoną pomocy administracyjnej jest bowiem dyrektor kancelarii, Jolanta Fidyka. Z prawnego punktu widzenia wszystko jest więc w porządku, córka nie podlega bezpośrednio matce. Podobnie nie można mieć zastrzeżeń co do tego, że pracę otrzymała bez konkursu. Stanowisko, które zajmuje córka Czechowskiej, można obsadzać bez przeprowadzania takiego postępowania.

Jak fakt zatrudnienia córki we własnej kancelarii komentuje prezydent Bełchatowa? Mariola Czechowska podkreśla, że nie zamierzała i nie zamierza ukrywać faktu, że jej córka pracuje w magistracie. Jak mówi, wcześniej pracowała w muzeum (czyli również w miejskiej placówce), ale w budynku, panuje grzyb i ze względu na stan zdrowia córki, musiała szybko znaleźć dla niej nowe miejsce pracy. Prezydent podkreśla, że jej córka nie zajmuje żadnego eksponowanego stanowiska, jest szeregową urzędniczką.

O tym, że o ile przepisy prawa nie zostały złamane, o tyle z etycznego punktu widzenia można mieć w tej sytuacji wątpliwości, mówi Grzegorz Makowski, specjalista zajmujący się w Fundacji Batorego problematyką państwa prawa.

-Jest prawo, ale jest i obyczaj - mówi. - Zapisy związane z prawem mogą być zachowane, bo w przepisach wszystkiego nie sposób wskazać detalicznie - podkreśla Makowski. - Natomiast taka sytuacja nie powinna się zdarzyć, bo po prostu nie wygląda to dobrze. Polityk, czy to lokalny, czy też funkcjonujący na szczeblu centralnym, nie powinien w ten sposób działać, bo od razu rodzi to podejrzenia, że rozdaje stanowiska - wskazuje specjalista z Fundacji Batorego.

Jak podkreśla Grzegorz Makowski, nie można mówić tu o synekurze. Nepotyzm to, jego zdaniem, też zbyt mocne w tym przypadku, określenie.

Wydaje mi się, że tej sytuacji właściwie będzie mówić o kumoterstwie - podpowiada i zaznacza, że takie zachowanie polityka jest bardzo ryzykowne z wizerunkowego punktu widzenia.

Córka Marioli Czechowskiej rozpoczynając pracę w magistracie, zwolniła jednocześnie etat w muzeum. Niezbyt eksponowane stanowisko młodszego dokumentalisty nie pozostało zbyt długo wakatem. Zajmuje je już syn dyrektora muzeum, Marka Tokarka. Szef miejskiej placówki podkreśla, że zakres obowiązków syna jest teraz inny, obejmuje zadania wcześniej przypisane innym stanowiskom.

Dlaczego zdecydował się dać pracę akurat własnemu dziecku, skoro na to stanowisko znalazłoby się pewnie więcej chętnych i to spoza rodziny? Tokarek tłumaczy, że po tym, jak pojawił się następny wakat w placówce (gdy obejmował stanowisko obsadzone było 14,5 etatu, teraz jest 11), trzeba było szybko znaleźć pracownika, który obejmie wakujące miejsce. Dlatego właśnie, jak mówi, zdecydował się na zatrudnienie syna.