Przez lata w PRL 22 lipca był świętem. Fabryki wielkich łódzkich fabrykantów dostały nowych patronów

Anna Gronczewska
Anna Gronczewska
archiwum Dziennika Łódzkiego
Udostępnij:
Przez lata 22 lipca cała Polska świętowała. Przynajmniej oficjalnie. Tak chciała propaganda PRL-u. Według ówczesnych władz dla naszego kraju tego dnia w 1944 roku zaczęła się nowa, lepsza era. Porządki zaczęto od nacjonalizacji fabryk i zmiany ich nazw. Odczuła to Łódź.

Fabryka Izraela Poznańskiego była jedną z największych w Łodzi. Jeszcze za czasów jej założyciela zatrudniała kilka tysięcy robotników. Miała plantacje bawełny w Kazachstanie, Uzbekistanie, Turkmenistanie. Sieć sklepów na wschodzie – w Petersburgu, Odessie, Charkowie. Po wojnie fabryka Izraela Poznańskiego została przejęta przez państwo. Nazwisko jej założyciela wymawiano z wielką pogardą.

Tak więc w tym miejscu powołano do życia najpierw Państwowe Zakłady Bawełniane Nr 2. Numer 1 zarezerwowano dla innej łódzkiej fabryki. W 1950 Państwowe Zakłady Bawełniane nr 2 zastąpiły Zakłady Przemysłu Bawełnianego im. Juliana Marchlewskiego Przedsiębiorstwo Państwowe Wyodrębnione. Tego patrona nie wybrano przypadkowo, bo podobno Marchlewski, który miał kiedyś tu pracować. W 1963 roku do nazwy fabryki dodano nowy człon, wyjaśniano że handlowy. Był to Poltex.

Pracowało się jednak cały czas u Marchlewskiego – powiada Janina Gabryś, która w tych zakładach przepracowała ponad 30 lat. - Ja pracowałam w przędzalni, w której jest dziś hotel „Andels”. W tej fabryce, jeszcze gdy należała do Poznańskich zatrudniona była babcia, potem mama. Dla niej do końca życia to była fabryka Poznańskiego. Jednak nie wszyscy przywiązywali taką wagę do tradycji. Pracowało u nas wielu przyjezdnych, dojeżdżających codziennie autobusami ze wsi. Oni nawet nie wiedzieli, że kiedyś właścicielem i założycielem tych zakładów był Poznański. A nikt im o tym nie przypominał i opowiadał.

Stalin patronem

W czasach PRL „Poltex” był drugim co do wielkości, po „Unionteksie”, zakładem włókienniczym w Łodzi. Po koniec lat pięćdziesiątych minionego wielu zatrudniał blisko 10 tysięcy ludzi. Pod koniec lat osiemdziesiątych „Poltex”, tak jak większość łódzkich zakładów włókienniczych zaczął podupadać. Jego organ założycielski, którym był wtedy minister przemysłu zarządził wszczęcie postępowania likwidacyjnego. Postanowiono zrewitalizować dawną fabrykę Poznańskiego. 17 maja 2006 roku nastąpiło uroczyste otwarcie Centrum Manufaktura. Jak twierdzą goście przyjeżdżający do Łodzi takiego miejsca nie znajdzie się w żadnym miejscu w Europie, a nawet na świecie.

W drugiej części Łodzi, na pograniczu Widzewa i Śródmieścia znajdowało się imperium Scheiblerów i Grohmanów Znane łódzkie rodziny fabrykanckie. swoje siły połączyły w 1921 roku.

Powstały Zjednoczone Zakłady Włókiennicze K. Scheiblera i L. Grohmana. Po fuzji Scheiblerowie otrzymali siedemdziesiąt procent akcji nowej firmy, a Grohmanowie - trzydzieści.

Po wojnie spółkę Scheiblera i Grohmana znacjonalizowano. Były to największe zakłady włókiennicze powojennej Łodzi. W szczytowym okresie zatrudniały 12 tysięcy ludzi! W dodatku większość jego pracowników stanowiły kobiety. Kiedy więc 13 czerwca 1987 roku papież Jan Paweł II odwiedził Łódź to odwiedził te zakłady...Ale wróćmy do powojennej historii. Mimo, że w czasie wojny fabryka została ograbiona z wielu maszyn to produkcja ruszyła już 22 stycznia 1945 roku. Postarano się też by nie kojarzono jej z nazwiskami byłych właścicieli.

Najpierw stały się Państwowymi Zakładami Przemysłu Bawełnianego nr 1. To oznaczało, że stały się najważniejszą fabryką włókienniczą w mieście. Jej pracownicy mieli być wzorem dla innych. Bili kolejne rekordy we współzawodnictwie pracy i otrzymywali ordery. Między innymi 22 lipca 1949 roku Order Sztandaru Pracy I Klasy otrzymała tkaczka Anna Ramus z łódzkich Państwowych Zakładów Przemysłu Bawełnianego nr 1. W dowód uznania dawne imperium Scheiblera i Grohmana spotkało kolejne wyróżnienie. Jego patronem został sam Józef Stalin. Stało się to w 1949 roku. Tak było aż do 1956 roku.

Tymczasem fabryka rosła w siłę. Jak zanotowano w archiwach na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych produkowała 40 milionów metrów tkanin! Tym samym dalej należała do najlepszych nie tylko w Łodzi. Po październiku 1956 roku Józef Stalin przestał być patronem fabryki. Na nowego trzeba było poczekać do 1962 roku. Otrzymały wtedy nazwę Zakłady Przemysłu Bawełnianego im. Obrońców Pokoju „Uniontex”.

Życie na Księżym Młynie

Jadwiga Borucka wiele lat pracowała w Unionteksie. Pamięta jak do jej fabryki przyjechał papież. Tylko ona nie miała szczęścia. Nie udało się jej dotknąć papieża, ale widziała go z dosyć bliska.

My z tą fabryką byliśmy bardzo związani – opowiada. - Mama pracowała na tkalni u Scheiblera. Tata też tam robił. Nie mógł przeżyć jak nazwali ją fabryką Stalina... Ja też tam poszłam pracować po szkole. Miałam 16 lat jak zaczęłam. Mieszkaliśmy na Księżym Młynie.

Osiedle Księży Młyn wybudował dla swoich robotników Karol Scheibler. Pani Jadwiga opowiada, że mieszkała tam jej babcia, rodzice, potem ona. Pamięta, że w alejkach rosły róże... A przed wojną mieszkań nie dostawali zwykli robotnicy. Ale księgowi, majstrowie. Osiedle było ogrodzone. Pamięta, że jeszcze po wojnie budka, w której urzędował dozorca stała od strony ul.Tymienieckiego. Po godzinie 22.00 na teren Księżego Młyna już nikogo nie wpuszczano.

– Dozorcą był starszy pan – wspomina Jadwiga Bilska. – Ogrzewał tę swoją budkę „kanonką’. Chodziłyśmy do niego z koleżankami. Opowiadał nam o dawnych czasach. Słyszałam, że przed wojną Księży Młyn, to było miasto w mieście. Były sklepy, tzw. konsumy, gdzie kupowało się towary na bony otrzymane od Scheiblera. Była szkoła, szpitale, a nawet straż ogniowa. Pierwsza fabryczna lecznica powstała na dzisiejszej ul. Milionowej. Dziś mieści się tam szpital im. Karola Jonshera. Drugi, który stoi na skrzyżowaniu al. Śmigłego Rydza i Piłsudskiego, wybudował zięć Scheiblera, Edward Herbst. Nosił on imię Anny Marii, zmarłej w dzieciństwie córki Herbstów. Po wojnie jego patronem został Janusz Korczak.

Zakładu „Unionteks”, tak jak wiele zakładów włókienniczych Łodzi zakończyły swój żywot wraz z przemianami polityczno – społecznymi. Ale przetrwał do 2000 roku... Dziś są tam m.in. lofty.

Widzewska Manufaktura do historii

Widzewska Manufaktura, czyli popularna WiMa należała do Oskara Kona. Tworzył ją wspólnie z Juliuszem Kunitzerem i Juliszem Heinzlem. A po I wojnie światowej stał się jej głównym udziałowcem. Była największą fabryką w tej części Łodzi, a Kona nazywano królem Widzewa...

Gdy wybuchła II wojna światowa Niemcy wyrzucili Oskara Kona, który był Żydem, z jego pałacu.. Razem z żoną przeprowadził się do stróżówki. Został dozorcą. Codziennie, ubrany w chałat, z gwiazdą Dawida, zamiatał ulice. Podobno łodzianie specjalnie chodzili na ul. Targową, by zobaczyć wielkiego Oskara Kona. Ale on znów wykazał się sprytem. Przekupił najwyższych funkcjonariuszy niemieckich. Dzięki temu razem z żoną przedostał się do Szwajcarii. Podobno w całą sprawę zamieszany był Hermann Göering, dowódca Luftwaffe, Hermann Göring. Król Widzewa czy też „widzewski królik” znalazł się w Argentynie. Tam dalej prowadził interesy. Umarł w 1961 roku. Miał 91 lat.

Natomiast po wojnie jego fabrykę spotkał los innych łódzkich zakładów. Została znacjonalizowana. W 1949 roku wydzielono z niej trzy fabryki. Była to „Wifama”, „Anilana” oraz Widzewskie Zakłady Przemysłu Bawełnianego „1 Maja”. Te ostatnie zostały typową fabryką włókienniczą. Produkowała przędzę, zarówno z bawełny, jak i ze sztucznych włókien. Dziś powstaje w tym miejscu wielkie centrum. Będą tam mieszkania, biura, lokale handlowo – usługowe.

Tadek Ajzen

Wiele osób ma pewnie jeszcze dywany produkowane w łódzkim „Dywilanie”. Fabrykę tę prowadziła rodzina Finsterów. Podczas wojny Teodor Fimster podpisał volkslistę. Jego fabryka produkował wtedy różne rzeczy dla Wermachtu, między innymi sukno mundurowe.

Prawdopodobnie w styczniu 1945 roku rodzina Finsterów uciekła z Łodzi. Zatrzymali się w Czechosłowacji, w miejscowości Chotova Plana. Teodor Finster prowadził tam cegielnie. Nie powodziło mu się chyba dobrze, bo chciał wrócić do Łodzi. Rozpoczął nawet starania o przywróceniu polskiego paszportu. Nie udało się..

W 1948 roku w „Dzienniku Łódzkim” ukazał się artykuł podkreślający wyjątkową bezczelność byłego łódzkiego fabrykanta, który chce wrócić do Łodzi i pewnie odzyskać fabrykę. Nie są znane dalsze losy rodziny Finsterów. Można przypuszczać, że udało się im dotrzeć z Czech do Niemiec...

Tymczasem ich fabrykę upaństwowiono. Zmieniono jej nazwę na Państwowe Zakłady Przemysłu Jedwabniczo – Galanteryjnego nr 1 w Łodzi. Od 1949 roku patronem tych zakładów był „Tadek” Ajzen.

- Zostały Fabryką Pluszu i Dywanów im. „Tadka” Ajzena – mówi Piotr Jaworski. Łódzki historyk - Ta nazwa przetrwała aż do 1972 roku. Zaczęto budować nowa siedzibę tego zakładu. Miał on produkować głównie na eksport. Tak więc fabryka nosząca imię „Tadka” Ajzena nie za bardzo pasowała. Wtedy wymyślono nową nazwę - Fabryka Dywanów „Dywilan”.

Fabryka produkowała nie tylko dywany, ale obicia meblowe. Pod koniec lat sześćdziesiątych podjęto decyzję o budowie nowej jej siedziby na Dąbrowie Przemysłowej, w rejonie ul. Lodowej i Dąbrowskiego. Oddano ją do użytku w 1972 roku. Wtedy też na przemysłowej mapie Łodzi pojawiły się Fabryka Dywanów „Dywilan”. Przez 27 lat jej dyrektorem był Adam Junka.

„Dywilan” stał się jednym z największych łódzkich zakładów Zatrudniał w różnych okresach nawet ponad 2,5 tysiąca ludzi/W tym nowym „Dywilanie” pracowało ponad sto krosien dywanowych. Zakład był praktycznie samowystarczalny. Miał przędzalnie, tkalnie, wykończalnię. Produkowano głównie na eksport. Po 1990 roku nie udały się próby ratowania zakładów, nie pomogły wizyty ówczesnego premiera Jana Krzysztofa Bieleckiego. Zaczęto zwalniać pracowników, ograniczano produkcję. Ostatecznie 17 czerwca 1999 roku ogłoszono upadłość Fabryki Dywanów „Dywilan”.

Łukasiński i Waryński

Część budynków fabryki przejęła Firma Przedstawicielsko – Handlowa J. Jakubiak SA . Wykupiła część maszyn dawnej fabryki, a także znak towarowy prawo do wykorzystania jej wzornictwa. Wznowiono produkcję dywanów sprzedawanych pod marką „Dywilan” Polskie Dywany Wełniane. Dziś spółka zatrudnia 45 osób. Produkuje nie tylko dywany, ale i sztuczną trawę...

W 1899 roku do życia powołano spółkę – Towarzystwo Akcyjne Wyrobów Wełnianych Fryderyka Wilhelma Schweikerta. Prezesem zarządu został Robert, dyrektorem handlowym – Ludwik, a dyrektorem technicznym – Oskar. Ich tereny fabryczne znajdowały się między dzisiejszą ul. Wólczańską, a al. Politechniki. Podczas II wojny światowej Schweikertowie podpisali volkslisty. Uciekli z Łodzi przed wkroczeniem czerwonoarmistów. Ich fabryka został znacjonalizowana. Nazwano je Zakładami Przemysłu Wełnianego Nr 1. Potem ich patronem został Ludwik Waryńskiego. W 1950 roku połączono je w Zakłady Przemysłu Wełnianego im. Waleriana Łukasińskiego. 16 lat później stworzono z nich Zakłady Przemysłu Wełnianego „Lodex”. Dziś te tereny należą do Politechniki Łódzkiej.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Mikołajów pod ostrzałem. Relacja ukraińskiej dziennikarki

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Więcej informacji na stronie głównej Dziennik Łódzki
Dodaj ogłoszenie