RECENZJA: „Bone Tomahawk” [ZWIASTUN]

    RECENZJA: „Bone Tomahawk” [ZWIASTUN]

    Dariusz Pawłowski

    Dziennik Łódzki

    Debiutancki film pełnometrażowy S. Craiga Zahlera - „Bone Tomahawk” - na ekranach kin. Zadziwiająca, miejscami niestrawna mieszanka westernu, czarnego humoru oraz kina gore.
    Jeden z najdziwniejszych i najbardziej ekscentrycznych filmów ostatnich lat. Zwichrowane połączenie westernu, czarnego humoru, horroru oraz kina gore, miejscami kompletnie niestrawne i demolujące psychologiczny szkielet historii na rzecz ukłonu w stronę widza potrzebującego co pewien czas przebudzenia przed ekranem za pomocą makabry. Ale zarazem świetnie zrealizowane i pulsujące od podskórnego napięcia.

    „Bone Tomahawk” rozpoczyna się sceną podrzynania gardła śpiącemu (przynajmniej jeszcze przed dotknięciem nożem szyi), zatem od razu wiemy, czego się możemy spodziewać.
    Chwilę potem dwóch złoczyńców wdaje się w medyczne rozważania o szesnastu żyłach, które mają człowiekowi podchodzić do gardła, a każdą z nich trzeba przeciąć, by mordowanemu umożliwić skuteczne zejście, co również wskazuje nam ścieżkę, jaką produkcja będzie podążać. A zgodnie ze starą filmową zasadą, że otwarcie ma być jedynie wstępem do trzęsienia ziemi, później jest jeszcze bardziej drastycznie (z jedną sceną, od której bolą oczy) i absurdalnie. Debiutujący tym filmem 43-letni reżyser i scenarzysta (a także współautor muzyki), Amerykanin S. Craig Zahler, próbował sił jako pisarz, operator filmowy, a nawet perkusista i wokalista nowojorskiego, doommetalowego zespołu Realmbuilder i obficie z tych doświadczeń korzysta. Jego obraz charakteryzuje się dobrymi, literackimi dialogami, precyzyjnym budowaniem klimatu przy użyciu obrazu i pomysłowymi operatorsko-montażowymi zabiegami (np. przejścia z sekwencji nocnych w dzienne) oraz rockowym szaleństwem, fantazją i drapieżnością, metalową agresją i bezkompromisowością. Humor zaś, głównie czarny („pozdrów moją żonę, a ja pozdrowię twoją” - mówi jeden z bohaterów filmu, ranny i umierający, na co dzień mąż, do towarzysza przygody, wdowca, któremu dane było przeżyć) Zahler wkomponowuje nienachalnie, pomieszczając go niemal wyłącznie w rozmowach protagonistów. Zabawne elementy zjawiają się niespodziewanie, na przykład nocą na środku prerii, gdy dwaj mężczyźni poszukują rozwiązania problemu z książką, która czytana podczas kąpieli w wannie wpada do wody, albo ujawniają się w niespiesznie przygotowywanej puencie: gdy uczestnik filmowej wyprawy przekonuje pozostałych, że to on jest najinteligentniejszy, przywołuje decydujący argument - dwaj kompani są żonaci, jeden wdowcem, a przecież mądrzy mężczyźni się nie żenią... W dodatku stosując te wszystkie środki udaje mu się utrzymywać zainteresowanie widza historią, która w większości składa się z podróży (początkowo konno, a później pieszo) czterech gości przez bezdroża Dzikiego Zachodu...



    A jest to podróż do piekła, które „cywilizowanemu człowiekowi” zgotowuje tu szczep Indian-kanibali w odwecie za zbezczeszczenie skrytego wśród skał cmentarza. Swoją drogą zaskakująca w rzeczywistości poprawności politycznej konstrukcja „dzikiego” (a jakże zapewne bliska postrzeganiu rdzennych mieszkańców Ameryki przez jej kolonizatorów), niezbyt zręcznie równoważona wprowadzeniem Indianina zaadaptowanego w kulturze białych. Podróż odwołującej się do klasycznych westernów drużyny czterech różnych mężczyzn, którzy zespoleni kruchym sojuszem, ruszają, by odbić z łap troglodytów porwanych mieszkańców ich miasteczka, ma wiele z ostatecznej eskapady w głąb siebie. Zstępowanie w przerażające otchłanie niesie też oczywiście przemianę, chociaż w wątku reprezentowanym przez jedyną żeńską postać jest ona najsłabiej zarysowana. Różne motywy członków ekspedycji - od silnego poczucia obowiązku i odpowiedzialności po osobistą zemstę i niezasklepioną traumę z dzieciństwa - a także postawy, składają się w ciekawy, psychologicznie duszny dramat. Zahler rozrywa go jednak zabiegami z horroru schlebiającego gustom, delikatnie mówiąc, porażającym, co sprawia, że całość ucieka w dosadność i zgrzebne uproszczenia, a finałowa rozgrywka traci na prawdopodobieństwie.

    Warto podkreślić znakomite wykorzystanie krajobrazu oraz celne rozegranie wielu scen grozy w słoneczny dzień, a nie - jak się to zwykle czyni - pod groźną osłoną nocy. Zwycięstwem Zahlera jest też pyszny dobór obsady, w której prym wiedzie Richard Jenkins w roli mocno zaawansowanego wiekiem zastępcy szeryfa - znakomicie wzbogacona przez aktora postać. Ale „swoje” z ekranu zabierają też Matthew Fox i Kurt Russell, który uzupełnia narzucający się most porównań filmu Zahlera z twórczością Tarantino, a szczególnie „Nienawistną ósemką”. U Zahlera jest czwórka, czyli dwa razy mniej, ale za to dwa razy bardziej nienawistnie...

    Zahler pokazuje jak bezsensownie cienka jest granica między spokojem a pandemonium. Zbyt łatwo ją przekraczamy, zaczynając często od drobnego kroku - czasem wystarczy wejść na dach, by go naprawić. I być może ma rację wspomniana jedyna tu kobieta, która nazywa mężczyzn i ich świat miastem głupców.

    OCENA: 3/6
    Bone Tomahawk,
    USA, western,
    reż. S. Craig Zahler,
    wyst. Kurt Russell,
    Patrick Wilson,
    Richard Jenkins

    Czytaj treści premium w Dzienniku Łódzkim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo