RECENZJA: "Demon" [ZWIASTUN]

Dariusz Pawłowski
Kino Świat
Głośny thriller „Demon” w reżyserii Marcina Wrony od piątku na ekranach kin. Ostatni film tragicznie zmarłego polskiego reżysera wzbudza żal za przerwanym talentem.

Niepokojący jest ostatni film Marcina Wrony. Reżyser wykorzystuje gatunkowe klisze, ale niczego nie dopowiada, gubi tropy, jakby sam długo się wahał, co począć ze swoim pomysłem. Buduje złowieszczy klimat, wprawia swoją opowieść w nieustanne drżenie, otwiera możliwości szeregu interpretacji. Dotyka ludzkich lęków. I pozostawia widza z tym większym poczuciem niepewności i przejęcia, że jego samego już tutaj nie ma. A może...

„Demon” wzbudza silny żal za tak dramatycznie przerwanym talentem. Jest tu bowiem piekielnie wiele elementów świadczących o tym, że Marcin Wrona był gotowy umocnić się na pozycji nie tylko jednego z najbardziej oryginalnych polskich twórców filmowych, ale również jednego z nielicznych z pełną świadomością konstrukcji poszczególnych rodzajów kina drażniących przyzwyczajenia. W dodatku śmiało łączących rozwiązania przywiezione ze świata z naszą rodzajowością i przaśnością.

Otwierając pierwsze drzwi reżyser przygotowuje nas na horror z tajemniczym, zagubionym miasteczkiem, porażającym kamieniołomem i nawiedzonym domem w tle. Peter, a właściwie w Polsce już Piotr, przybywa z Wielkiej Brytanii do naszego kraju, by wziąć ślub z siostrą przyjaciela, którą pokochał dzięki komunikatorom współczesnej technologii. Przyjeżdża do miejsca, do którego można się przedostać jedynie promem, ponieważ od czasów burzących wszystko Niemców nie ma tam mostu. Jest ponuro, snują się mgły, pada deszcz. Po ślubie - choć teść prawie nic o swoim zięciu nie wie, co przypomni mu przy powitalnym kieliszku - młodzi zamieszkają w starym i wymagającym remontu domu dziadka panny młodej. Może i wygodniej byłoby w Londynie, ale dziewczyna ani myśli o porzuceniu rodzinnej ziemi. Peter/Piotr nie czeka zatem ani chwili, tylko zakasuje rękawy i bierze się za oczyszczanie działki. Wyrywając jedno z drzew odkrywa ukryty po ziemią ludzki szkielet. Uwalnia coś, czego nie ogarnia, a Wrona otwiera i zamyka kolejne drzwi. Niektóre z trzaskiem.

Z horroru wyłażą liczne odwołania, niczym duchy spod ziemi. Wrona sięga po uroczystość nacechowaną w polskiej kulturze wieloma znaczeniami i symbolami, z którą niejednokrotnie próbowaliśmy się rozprawić - wesele - i przywołuje „Wesele”, „Dziady”, „Dybuka”, nawet to, co zrobił z tym tematem Smarzowski. Wywołuje romantyzm, ale i jego pastisz. Wydobywa tradycję, ale i jej wynaturzenia. Wzywa świat odeszły, by unurzać go w istniejącym. A wszystko po to, by upomnieć się o duchowość w bezdusznej współczesnej sztuce.

Wrona pozwala wniknąć dybukowi w ciało Petera, lecz najbardziej interesuje go, co bez zapożyczeń ze świata zmarłych mamy w środku. Rzuca pytaniami, nie udając jednocześnie, że wie, gdzie leży prawda. Polemizuje ze współczesną ateistyczną kulturą, która wobec sacrum potrafi zareagować jedynie cynicznym śmiechem nie proponując nic w zamian. Z drugiej strony głosząca objawienia religia w obliczu niepojętego może jedynie wziąć nogi za pas. Ostatecznie ducha dotyka rezygnacja, a rozum zaczyna wątpić w nieistnienie duszy. Oczywiście Wrona konfrontuje to literackimi i symbolicznymi figurami Księdza (Cezary Kosiński) oraz Lekarza (brawurowy, ale fenomenalny Adam Woronowicz).

Całą opowieść Wrona stawia na pamięci - osobistej i społecznej. Nie roztrząsa jednak narodowych traum, tylko odkurza świat wspólnoty, współistnienia społeczności żydowskich, katolickich, a i prawosławnych w krainie spokoju i czasie łagodności, który pamięta już tylko Stary Żyd, Nauczyciel (trafny, zdecydowanie za rzadko wykorzystywany Włodzimierz Press). W filmie, w którym nie stawia się żadnej kropki, właśnie pamięć (albo ułuda niepamięci) konstytuuje zbiorowość. Choć bardzo byśmy chcieli wierzyć, że czasem tylko śnimy, wszystko było, wszystko jest, wszystko do nas wróci. Chcąc, nie chcąc, staniemy oko w oko ze sprawami ostatecznymi, jak w poruszającej scenie stratowanych całonocną imprezą weselników opuszczających uroczystość niczym pobite wojsko i wychodzących na zmierzający na cmentarz kondukt.

Główną rolę zagrał pochodzący z Izraela europejski aktor Itay Tiran (znany z „Libanu” i „Twierdzy Beaufort”), który pokazał solidne umiejętności, a także zawarł w swojej postaci zarówno niezrozumienie, jak i ciekawość Polski. Dużo dobrego dzieje się na drugim planie, z wybijającymi się wspomnianymi Woronowiczem i Pressem, ale i np. znakomitymi Katarzyną Gniewkowską i Tomaszem Schuchardtem. Warto odnotować pojawienie się w kolejnym filmie studentki łódzkiej Szkoły Filmowej - tym razem jest to Maria Dębska (i należy zapamiętać to nazwisko).

Po „Demonie” więcej wiemy o wrażliwości Marcina Wrony. Czy teraz Marcin Wrona coś więcej wie o nas?

Ocena: 4/6

DEMON
Polska/Izrael, thriller
reż.Marcin Wrona
wyst.Itay Tiran, Agnieszka Żulewska

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie