RECENZJA: Wielkie nadzieje [ZWIASTUN]

    RECENZJA: Wielkie nadzieje [ZWIASTUN]

    Dariusz Pawłowski

    Dziennik Łódzki

    Dziennik Łódzki

    RECENZJA: Wielkie nadzieje [ZWIASTUN]
    1/2
    przejdź do galerii

    ©Gutek Film

    Czy cynicznych ludzi XXI wieku moralizatorska proza Karola Dickensa może jeszcze czegoś nauczyć lub chociaż poruszyć? Mike Newell ekranizując słynną powieść pisarza, "Wielkie nadzieje", potraktował pierwowzór z dużym szacunkiem, podobnie z tęsknotą przywołał nastrój klasycznego kina. Wygląda jednak na to, że nie mógł się zdecydować, które z pouczeń Dickensa w książce zawartych uznać za najważniejsze.

    Wielkie nadzieje


    Great Expectations
    Wlk. Brytania/USA, dramat, 128 min.
    reż. Mike Newell
    wyst. Jeremy Irvine, Holliday Grainger, Ralph Fiennes, Helena Bonham Carter
    dystr. Gutek Film

    W mającej już ponad 150 lat powieści Dickens pomieścił wiele obserwacji i tematów, które każdy - w zależności od własnych doświadczeń - może wydobyć na pierwszy plan: wyniszczające aspiracje i ambicje, klasowe podziały, manipulacja miłością, dzieci skrzywdzone przez dorosłych, ludzie próbujący zacząć życie na nowo, zemsta, porzucenie, strach przed społeczeństwem, bieda, kobiety traktowane jak towar na sprzedaż, zniszczone marzenia, zawiedzione pragnienia. Wybór jest olbrzymi, możliwości interpretacyjne szerokie.

    Newell za główny cel postawił sobie wierność oryginałowi. Może dlatego prześlizgnął się po najważniejszych wątkach, koncentrując się na opowiedzeniu zawartej w powieści historii. Nie decyduje się, na szczęście, na siłowe dopasowanie "Wielkich nadziei" do naszych czasów, nie próbuje przyłożyć ich do dzisiejszego kryzysu. Nie opuszcza też klimatu powieści, pozwalając sobie na ekstrawagancję bliższą dzisiejsze estetyce kina jedynie w postaci panny Havisham - w czym największa zasługa charyzmy Heleny Bonham Carter, wnoszącej w film Newella nieco stylistyki Tima Burtona.

    Wymsknęły mu się jednak niemal zupełnie emocjonalne wartości opowieści o życiu Pipa - od filmu nie tylko wieje brytyjskim chłodem, ale też brakiem napięcia, równoważnością wszystkich zebranych watków i jednorodnością sposobów przekazywania zwrotów akcji: u Newella najważniejsze dla rozwoju wydarzeń fakty, co ma źródło w założonej przez autorów ekranizacji kondensacji historii, bohaterowie po prostu sobie opowiadają, emocje zaś próbuje się wymusić puszczonymi z oczu łzami. Dziś szkoda na to kina.



    Bohaterów "Wielkich nadziei" dobrze się ogląda w znakomitych zdjęciach Johna Mathiesona; robi też wrażenie modny dziś w kinie nader realistyczny sposób przedstawiania dawnej rzeczywistości, w tym przypadku XIX-wiecznego Londynu. Wyśmienicie wygląda na ekranie Holliday Graigner, "swoje" robią Carter, Ralph Fiennes, Robbie Coltrane, Jason Flemyng.

    Karol Dickens piszącą powieść początkowo nie chciał jej dawać szczęśliwego zakończenia. Choć w jego przekazie jest wiara w elementarne wartości i siłę miłości, właśnie ona miała pozostać niespełniona. Pod wpływem przyjaciela zmienił zdanie i finał powieści, ale ciekawie nawiązał do tego kończąc swój film Newell. Miłość cierpliwa jest, pokona wszelkie przeciwności, jest lekarstwem na wszystko, wszystko wynagrodzi. Naprawdę?

    Czytaj treści premium w Dzienniku Łódzkim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo