WARTO PRZECZYTAĆ
    W Dzienniku Łódzkim

    NAUCZYCIEL NA MEDAL

    Rozwiń
    Rekreacja wciąż daleko od szosy

    Rekreacja wciąż daleko od szosy

    Jacek Grudzień

    Dziennik Łódzki

    Aktualizacja:

    Dziennik Łódzki

    Przyznam, że dawno się tak nie zdarzyło, żebym całe lato spędzał w mieście. Niestety, obowiązki zawodowe sprawiają, że lipiec mija, a ja z Łodzią rozstać się nie umiem. Mapa remontów sprawiła, że coraz poważniej myślę o tym, czy od września nie będę zmuszony zamienić na stałe samochodu na rower, bo mój dom i praca są wyspami z wąskimi ścieżkami dojazdu. Póki są wakacje, to jeszcze jakoś jestem w stanie się przebić, ale po nich trudno mi sobie wyobrazić wyprawę z Pabianickiej za Jana Pawła, do Narutowicza przy Piotrkowskiej, a gdy czytam o opóźniających się remontach, to zaczynam martwić się o czas podróży do pracy już bardzo poważnie.
    Jacek Grudzień jest szefem i publicystą Łódzkiego Ośrodka Telewizyjnego

    Jacek Grudzień jest szefem i publicystą Łódzkiego Ośrodka Telewizyjnego ©Krzysztof Szymczak

    Niestety, pokonywanie remontowanych skrzyżowań przekonuje mnie, że kierowcami jesteśmy zdecydowanie kiepskimi na pewno jeśli chodzi o kulturę jazdy. Coraz poważniej zaczynam się zastanawiać ile pokoleń musi minąć, żeby dla polskich posiadaczy aut ruszenie samochodem w stronę miasta nie oznaczało wyjazdu na wojnę, gdzie nie ma miejsca na ustępstwa i uprzejmości. Ze zgrozą zauważam, że podobne zachowania przejmują także rowerzyści. Jak tu się nie martwić o życie w Łodzi, gdy przybędzie użytkowników dróg, a remonty będą trwały.

    Jak safari w Borysewie

    Żeby odgonić złe myśli zacząłem się zastanawiać nad ofertą letniego wypoczynku w mieście.
    Z pewnością hitami są plaża w Manufakturze, Off Piotrkowska i niezmiennie łódzkie parki, które należą do najpiękniejszych w Europie. Jednak Łódź, moim zdaniem, nie wykorzystuje szansy na to, żeby w okresie wakacyjnym być atrakcyjnym miejscem.

    Wspaniale jest spacerować lub jeździć rowerem po Lesie Łagiewnickim. Jednak gdy będzie się chciało czegoś więcej, na przykład spędzenia czasu nad wodą w Arturówku, to łatwo się przekonamy, że od lat niewiele się tu zmieniło. I brakuje pomysłu jak dodać temu miejscu atrakcyjności.

    Podobnie jest z zoo. Pamiętam moją wizytę dwa lata temu i smutek jak mało tu się zmieniło od czasów mojego dzieciństwa. Odnosiłem nawet wrażenie, że budki gastronomiczne niedaleko żyrafiarni, której za "moich czasów" nie było nic się nie zmieniły. A to, że można mieć pomysły na przyciąganie turystów może świadczyć sukces safari w Borysewie.

    Jako miejsce zupełnie nieprzystające do czasów w których żyjemy zaliczyłbym lunapark, który zapewne dla wielu osób jest czymś w rodzaju skansenu . Broni się natomiast ogród botaniczny, być może z tego powodu, że przy jego projektowaniu wykazano się przewidywaniem tego co się wydarzy za wiele lat, podobnie można powiedzieć o Palmiarni, której remont nadał nowoczesnego charakteru i stworzył miejsce w którym zimą można poczuć zapach lata.

    Uniejów wygrywa z Falą

    Pamiętam wielkie oczekiwania związane z budową nowej Fali. Dziś myślę, że bardzo wiele osób żyło mitem, że wystarczy w tym samym miejscu pod tą samą nazwą wybudować Park Wodny, żeby osiągnąć gigantyczny sukces, tak jak to miało miejsce w latach 70. i 80. Pamiętam tamte kolejki do kas, biegnący tłum, gdy uruchamiano "legendarną" falę, miejsce do opalania dla naturystów, które wyglądało jak twierdza i oranżadę w torebkach foliowych w kolorze żółtym i czerwonym. Wtedy to był taki trochę inny "lepszy" świat.

    Dziś czasy się zmieniły i nie wystarczy wybudować kilku basenów, zjeżdżalnię, żeby stworzyć miejsce, które ma szansę stać się legendą. Pewnie szkoda, że nie szukano pomysłu i na początku działalności kąpieliska źle skalkulowano cenę biletów. Maleńki Uniejów wyczuł modę na "geotermię" i w parę lat stał się jedną z największych atrakcji regionu. Szkoda, że Łódź nie postawiła na gorące źródła, bo miejsce na tego typu przedsięwzięcie jest chyba idealne.

    Z wakacjami w Łodzi jest trochę tak, że przez lata włodarze miasta przyjmowali jako pewnik, że latem z Łodzi się wyjeżdża, pewnie dlatego w wielu miejscach służących rekreacji bez problemu można by odtwarzać odcinki serialu "Daleko od szosy". A ostatnie lata dowodzą, że miasta nawet nie mające takich tradycji i stawiające na turystykę wygrywają. Także u swoich mieszkańców.

    Często odwołuję się na tej stronie do Łodzi międzywojennej, ale wtedy władze miały pełną świadomość, że trzeba inwestować w "wypoczynek". Przecież Las Łagiewnicki kupiono od barona Heinzla, z drugiej strony miasta rozpoczęto inwestycje w Tuszynie. Budowano obiekty sportowe służące nie tylko wyczynowcom, ale także mieszkańcom. Tak powstały obiekty przy alei Unii z basenem, wieżą spadochronową i innymi atrakcjami.

    I tu wracam także do tezy, która dotyczy wielu łódzkich spraw. W tej dziedzinie potrzeba wieloletniego planu, który będzie konsekwentnie realizowany. Albo zastanowienia się jak by swoje projekty rozwijali włodarze miasta w dwudziestoleciu międzywojennym, którzy kłócili się politycznie strasznie, ale jeśli chodzi o interes miasta najczęściej byli zgodni. A mieli zdecydowanie trudniej niż my teraz.

    Czytaj treści premium w Dzienniku Łódzkim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    W związku z ciszą wyborczą komentarze zostały wyłączone, zapraszamy z powrotem w niedzielę wieczorem.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo