Renata Przemyk: Nie mogłam zostać księgową, wybrałam muzykę [WYWIAD]

rozm. Anna Gronczewska
Renata Przemyk wystąpi w Konstantynowie Łódzkim
Renata Przemyk wystąpi w Konstantynowie Łódzkim fot. Piotr Krzyżanowski/polskapresse
Z piosenkarką Renatą Przemyk rozmawia Anna Gronczewska.

W przyszłym tygodniu przyjeżdża Pani do Konstantynowa Łódzkiego. W Miejskim Domu Kultury wystąpi Pani w koncercie z cyklu "Mimo woli". Lubi Pani występować w małych miasteczkach?

Lubię śpiewać w każdym miasteczku, gdzie jest otwarta, życzliwa publiczność. Występ z takim małym składem najlepiej sprawdza się w kameralnych miejscach. Czy to jest mniejsze czy większe miasto, nie ma w tej sytuacji większego znaczenia. Kiedy miejsce jest klimatyczne, a publiczność przychodzi z życzliwym nastawieniem, następuje naturalna wymiana dobrej energii. Mam nadzieję, że tak będzie w Konstantynowie Łódzkim.

Wiele osób podkreśla, że nie ulega Pani modom muzycznym. Jest wierna swojej muzyce. W dzisiejszych czasach nie jest to łatwe?

Nie trzymam się ponad dwadzieścia lat ciągle tego samego stylu. W tej mojej muzyce wiele się zmieniało. "Akustik Trio" to projekt kameralny. "Blizna" była rockowa, a "Hormon" mocno elektroniczny. Lubię łączenie brzmień, eksperymenty, zabawę dźwiękami i znaczeniami. Ciekawe są miksowane brzmienia naturalne z elektronicznymi. Nie boję się zmian, są naturalnym skutkiem rozwoju. Po płycie w jakimś stylu mam ochotę zrobić coś zupełnie innego. To nie ma nic wspólnego z aktualnymi modami. Zmiany dają szansę na odkrywanie nowych ciekawych rzeczy w sztuce i nie tylko. Wynikają z mojej ciekawości świata, muzyki, tego, co się może wydarzyć przy kolejnych połączeniach, czasem z przeciwdziałania zwyczajnej nudzie. To nie jest równoległe z aktualnymi trendami, chociaż czasem zdarzy się inspiracja jakąś nowością. Zwyczajnie, nie umiałabym usiedzieć długo w jednym miejscu.

Nie śpiewa Pani muzyki łatwej i przyjemniej, a jednak ma wielu wiernych fanów...

Co sobie ogromnie cenię.

Jaka jest Pani publiczność?

Bardzo różna pod każdym względem. Jednak łączy ją rodzaj wrażliwości, otwartości na muzykę, dającą coś więcej niż zabicie czasu, przytupy. To kwestia dania sobie szansy, wsłuchania się w muzykę. Człowiek, który jest otwarty na głębszą muzykę, jest zazwyczaj otwarty również na głębsze przejawy innych dziedzin sztuki. To wynika z charakteru, z chęci zagłębienia się w emocje w ogóle, intensywnego przeżywania życia, oddania się tej chwili. To jest sposób podejścia do życia. Ja tak mam i widzę, że przyciągam podobnych do mnie.

Aż się nie chce wierzyć, że w przyszłym roku będzie Pani obchodziła jubileusz 25-lecia pracy artystycznej. Gdy patrzy Pani na obecną Renatę Przemyk i tę sprzed ćwierćwiecza, to jest różnica?

Oczywiście. Jest jakiś rodzaj dojrzałości, który pozwala mi być teraz bardziej świadomą tego co robię, środków artystycznych, jakich mogę użyć. Zmieniło się to, że jestem lepiej przygotowana do zawodu, wiele się nauczyłam. Wiem już, w jaki sposób przełożyć to, co mi w głowie gra na nuty, brzmienia, muzykę. Przez te lata nastąpił ogromny rozwój techniki, w tym technologii muzycznych. W związku z tym jestem w stanie więcej zrobić sama. Mogę korzystać z programów muzycznych. Na swoich własnym stryszku mogę zaaranżować utwór, który kiedyś musiałam "na piechotę" tłumaczyć muzykom, nagrać niektóre rzeczy. Teraz nawet ktoś, kto nie jest biegłym muzykiem, przy tej technologii może sam przekładać swoje pomysły na język brzmień. Mam nowe narzędzia i wiele doświadczeń. Bardzo się z tego cieszę i chętnie wykorzystuję dla przyjemności swojej i mam nadzieję publiczności. Ale wewnętrznie nadal jestem dzieckiem i myślę, że to się nie zmieni. Dalej mam w sobie ciekawość świata, otwartość i zachwyt tym, co dzieje się wokół. Należę do tych, którzy intensywnie przeżywają wzloty, upadki, rzeczy dobre, złe, każdy drobiazg, wszystko. Ta cecha dla artysty jest wspaniała, w życiu bywa kłopotliwa.

Niektórzy pamiętają Panią sprzed tych dwudziestu lat. Na scenę wchodziła nieśmiała dziewczyna, która zaśpiewała i zaraz znikała. Teraz to już inna Renata Przemyk, która podejmuje dialog z publicznością...

Coś się wydarzyło jednak przez te lata, nabrałam trochę ogłady? Ale rzeczywiście tak było. Byłam bardzo nieśmiała, niepewna siebie. Nie do końca wierzyłam w swoje możliwości, ale czułam, że dostałam coś więcej. I czułam imperatyw, że chcę być na tej scenie i powiedzieć coś swoim językiem.

A jeszcze razem z Panią na scenie pojawia się walizka taty?

Oczywiście! Tylko czasem zmienia się jej zawartość. Nie wszystko się w niej mieści. Nie wszystko co bym chciała.

Jak to się stało, że ta walizka zaczęła Pani towarzyszyć podczas występów?

Ciężko było wszystko wnieść w jakimś foliowym worku? W tej walizce są instrumenty, czasem jakieś rekwizyty, kwiaty na włosy, buty. Bywało, że na scenę wychodziłam z dwoma kolorowymi siatami. Grupa fanek robiła mi takie papierowe patchworkowe torby. Były na nich różne mądre teksty poprzyklejane. Walizkę taty wygrzebałam kiedyś w piwnicy w rodzinnym domu. Byłam nią zachwycona. Ponoć babcia kupiła ją synowi, czyli mojemu tacie, jak szedł do wojska. A jak wrócił, przywiózł w niej kiełbasę. Walizka z historią. Trzymałam w niej drobne instrumenty, które zbierałam. Ta walizka nie tylko się przydaje, ale jest też ładna. Urodą taką, jaką lubię, nietuzinkową. Teraz nie dźwigam wszystkiego naraz na scenę, za dużo się zrobiło. Część rzeczy układam na scenie przed koncertem. I mogę wejść ładnie z jedną walizką.

Pochodzi Pani z muzykującej rodziny?

Zupełnie nie! Jestem czarną owcą w rodzinie. Wszyscy są w niej rozsądni, twardo stąpający po ziemi. Z zawodami, które są w stanie zapewnić im chleb powszedni. Tylko ja jestem ryzykantką. I niepoprawną marzycielką.

Mała Renata marzyła, by kiedyś stanąć na wielkiej scenie, usłyszeć brawa publiczności?

Nie byłam nigdy dzieckiem, które z dezodorantem zamiast mikrofonu stawało przed lustrem, udając występ. Jako dziewczynka marzyłam, że będę miała zawód, który nie każe mi, tak jak moim rodzicom, wstawać skoro świt. Chciałam być wolna, mieć nielimitowany czas pracy, podróżować po świecie i mieszkać w lesie. Kiedyś chciałam być kierowcą takiej wielkiej kolorowej amerykańskiej ciężarówki jak na filmach, bo tak wyobrażałam sobie wolność. Był moment, że miałam iść do szkoły muzycznej, ale ze względu na odległość, dzielącą nasz dom od niej, nie było to wykonalne. Potem chciałam iść do liceum plastycznego, grałam w teatrzykach dla dzieci. Nie umiałam wybrać jednego kierunku. A drogi artystycznej też nie traktowałam jako sposobu na życie. Wpajano mi od małego, że muszę mieć solidny zawód, który da mi stałą pewną pracę. Poszłam do liceum ekonomicznego. Potem na slawistykę. Dużo czasu musiało minąć, gdy zaczęłam traktować muzykę jako swój sposób na życie. Dopiero po skończeniu studiów podjęłam decyzję. Miałam już wtedy dwie nagrane płyty, wiele koncertów za sobą. Nagrody na wielu festiwalach. W przygotowaniu była trzecia płyta i kolejne propozycje. Dopiero taka solidna postawa sprawiła, że zadecydowałam, że to będzie mój życiowy kierunek. Zorientowałam się, że będę w stanie z tego wyżyć. Bo satysfakcja, jak mówili rodzice, mnie nie nakarmi. Życie pokazało, że była to dobra decyzja.

Kiedy czytałam Pani biografie, zaskoczyły mnie dwie rzeczy. Uprawiała Pani karate i studiowała wspomnianą bohemistykę. Taka szczupła, delikatna dziewczyna ma czarny pas w karate?

Do czarnego pasa mi daleko, miałam tylko żółty. Karate trenowałam półtora roku. Miałam wtedy szesnaście lat. Moja postura zadziałała przeciw mnie. Ambicja też. Jestem drobnej budowy, a trenowałam z takim zaangażowaniem, że nadwyrężyłam sobie zdrowie. Miałam kontuzję stawów skokowych i dalej trenując ryzykowałabym kalectwo. Na treningi karate zdecydowałam się pod wpływem filmów z Brucem Lee. Chciałam poczuć się silna. Podobała mi się też podbudowa ideologiczna. Tłumaczono, że ćwiczenia fizyczne nie są najważniejsze. Ważna jest też wewnętrzna równowaga, harmonia i stawanie w obronie słabszych. To miłe uczucie, że w razie czego można obronić siebie i jeszcze kogoś. Nigdy nie doszło do konfrontacji, na szczęście.

A skąd się wzięła bohemistyka?

Już w trakcie nauki w liceum ekonomicznym wiedziałam, że to nie dla mnie. Księgową nie zostanę. Ta szkoła była głosem rozsądku i sugestią rodziców. Marzyły mi się studia - artystyczne, humanistyczne. Taki wybór też nie spotkał się z aplauzem ze strony rodziny. Zwyciężył u mnie pęd do wiedzy, samodzielności i do tego, by realizować swoje marzenia. Nie od razu miała to być slawistyka. Bałam się, że gdy za pierwszym razem nie zdam, to ten rok będzie bardzo ciężki i nie wystarczy mi sił na startowanie ponownie. Wtedy można było składać dokumenty tylko na jedną uczelnię. Starałam się znaleźć kierunek, który spełni moje oczekiwania, a jednocześnie nie będzie kilkunastu kandydatów na miejsce. Było około 3,5. Brałam też pod uwagę psychologię, ale tam o miejsce rywalizowało z 9 czy 10 kandydatów. Na anglistyce czy polonistyce też miałabym marne szanse. Okazało się, że dobrze wybrałam. Te studia dały mi wiele satysfakcji.

Przydaje się czasem czeski?

Mam przyjaciela, Słowaka, mieszkającego w Czechach. Jest aktorem, reżyserem. Jak się nie spotykamy, to rozmawiamy przez telefon. Długo. Mamy wtedy niezły ubaw. Rozmawiamy w trzech językach.

Córka Klara to największa radość w pani życiu?

Tak. Najpierw jest Klara, a potem muzyka. Dziecko bardzo porządkuje świat dorosłych. Pokazuje, które rzeczy są naprawdę ważne.

Ma zacięcie artystyczne?

Głównie do robienia artystycznego bałaganu. Tu się odnalazłyśmy. Teraz ma 11 lat, jest w przełomowym wieku. Słucha bardzo różnej muzyki, moja też w tym się mieści. Na początku było to dla niej bardzo zwyczajne, że mamę można było gdzieś zobaczyć - w telewizji, gazecie. Teraz na to patrzy szerzej i bardzo się jej to podoba. Nie zamierzam na nią naciskać, sama wybierze swoją drogę.

Kilka lat temu wzięła Pani udział w akcji, promującej adopcję. Czy nie była to zbyt wielka odwaga?

Miłość nie zna pojęcia "zbyt" wielkiej odwagi. Chciałam z całego serca zachęcić wszystkich do adopcji, by nie obawiali się przeszkód. One są, trzeba przejść całe korowody, by spełniło się marzenie życia. Ale jeśli bardzo się wierzy, ma się otwarte serce, naprawdę warto.

Ukazała się Pani nowa płyta, "Renata Przemyk w Trójce"...

Jest nowa jako wydawnictwo, ale piosenki są znane. Znalazły się tam piosenki z wcześniejszych płyt, przygotowane na koncert w Trójce.

Publiczność z Konstantynowa usłyszy w czwartek te piosenki?

Wystąpimy ze składem "Akustik Trio". Część tych piosenek będzie, tylko w nieco innych aranżacjach. Będzie kameralnie i nastrojowo. We trójkę staramy się stworzyć klimat intymny, dać tym piosenkom inny wymiar. W takich aranżacjach jest słyszalny każdy dźwięk, oddech, słowo. To zupełnie inne podejście do piosenki, z szerzej otwartymi ramionami do widzów. Daje to bliższy kontakt z publicznością. Ja również gram, opowiadam historie, za każdym razem trochę inne. Dzielę się sobą.

Szykuje się nowa płyta?

Tak. Będzie to zupełnie nowa płyta i zupełnie nowa Renata Przemyk. Wydaje mi się, że na tyle długo obracałam się w podobnej stylistyce, że chyba czas na zmiany. Myślę, że znowu zaskoczę słuchaczy, mam nadzieję, że pozytywnie. Jestem w trakcie prac studyjnych. Jeszcze parę miesięcy zajmie nam dopracowanie materiału i wydanie go. Wychodzi na to, że ta nowa płyta będzie prezentem na moje dwudziestopięciolecie. I początkiem nowego.

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

o
ona
to jest koncert tylko dla vipów z konstantynowa oni za darmo a ty 30 zł
Dodaj ogłoszenie