Reportaż wojenny Dmytro Antoniuka. Część XI. Zdjęcia

Dmytro Antoniuk
Udostępnij:
Podzieliła ich nienawiść, ale zjednoczyła wieczność. 19 kwietnia 2022 roku, droga do strefy Czarnobylskiej: mosty tymczasowe

Możesz przestać pracować jako przewodnik w Czarnobylu, ale nie przestaje cię tam ciągnąć. Wsiadam więc do samochodu i tym razem sam (i to błąd!) ruszam w drogę, którą przejechałem setki razy, zabierając turystów, aby pokazać konsekwencje katastrofy spowodowanej przez człowieka w kwietniu 1986 roku. Uczucia są dość surrealistyczne: bardzo niezwykłe jest widzieć te wszystkie wioski i lasy ostrzelane przez „orków”.

Wojna przypomina się po raz pierwszy w drodze z wioski Liutież. Za pustą stacją benzynową samochody skręcają w prawo, przez las. Nigdy tu nie byłem. To jest objazd zniszczonego mostu na Irpieniu. Ale w takim razie musi być przeprawa przez tamę? Irpień, podobnie jak Teteriw, był kiedyś ofiarą komunistów w latach 60, kiedy zbudowali tzw. Morze Kijowskie (zbiornik). Jego poziom został podniesiony ponad koryta rzek, i aby mogły dalej płynąć do Dniepru, gigantyczne pompy pompowały do niego wodę z Irpienia i Teterewa. Moskale przeszli ostatnią rzekę (nasi mostu nie zdążyli wysadzić), ale Irpień ich zatrzymał. Mieszkańcy Demidowa, wioski po północnej stronie rzeki, zniszczyli tamę, i woda częściowo zalała ich własną wioskę, ale zatrzymała wroga.

Podjeżdżam pod tamę w kolumnie innych samochodów. Postrzelane nie tylko konstrukcje betonowe, ale także latarnie - tutaj ogień był tak gęsty. Wysadzono tamę, ale wykonano już tymczasowy przejazd.

W Demidowie jadę do ZOO „12 miesięcy”. W marcu czytałem przerażające wiadomości, że zwierzęta, których nie można było wywieźć i nakarmić, umierały z głodu i ostrzału. Na zewnątrz wszystko wygląda stabilnie, ale samego terenu nie widzę, bo wejście jest zamknięte. Strażnicy radzą skontaktować się z właścicielem, ale nie mam czasu. Dość powiedzieć, że większość zwierząt przeżyła.

Najbardziej ofiarny Demidow nie miał tyle szczęścia: woda jest wszędzie. Okupanci zabili też wiele osób we wsi.

Dalej na trasie – Dymier. Do lutego było to ładne miasteczko, w którym lokalna społeczność kilka lat temu samodzielnie wyremontowała wszystkie ulice i miała kilka dobrze prosperujących przedsiąbiorstw. Jedno z nich - Viknaland - produkowało plastikowe okna i wyglądało bardzo nowocześnie. Widzę, że jedna z hal przedsiębiorstwa spłonęła, a budynek administracyjny został uszkodzony od strzału armatniego.

Za Dymierem cała masa spalonego sprzętu. Sądząc po tym, że jest skierowany w stronę Kijowa, mam nadzieję, że to wrogi złom. Znaki identyfikacyjne nie są widoczne - wszystko doszczętnie zniszczone przez ogień.

W centrum Katiużanki jest też dużo spalonego sprzętu. W ziemi widać kaponiery, w których stały transportery opancerzone lub czołgi, wiele ogrodzeń w pobliżu domów zostało zniszczonych - wróg ustawił swoje samochody tuż przy oknach okolicznych mieszkańców. Za wsią przepływa malownicza rzeka Zdwiż. Mostu nie ma, ale jest już tymczasowy objazd, który kończy się pontonem. Nigdy nie przekraczałem barier wodnych tymczasowymi mostami wojskowymi i to doświadczenie podnosi nieco adrenalinę we krwi. Nie wyobrażam sobie, jak przyjechała do strefy czarnobylskiej w pierwszych dniach po opuszczeniu okupacji ciężarówka z pomocą moich polskich przyjaciół wolontariuszy. Nie było wtedy nowych przepraw.

Dalej wzdłuż drogi wszędzie widzę spalone resztki sprzętu, a po obu stronach asfaltu okopy wroga. O ich przynależności do moskali świadczą charakterystyczne, porozrzucane gdzieniegdzie zielono-białe papierowe paczki z żywnością dla wojska, z namalowaną gwiazdą. Jest ich po prostu dużo.

Przed Iwankowem zatrzymuję się obok wspaniałej (przed wojną) kawiarni „Żurawli”. Zawsze była tu pyszna kawa i jedzenie. Widzę ludzi próbujących załatać ogromną dziurę w ścianie budynku. Nie chcą wpuścić do środka: „Moskale wszystko tam wywrócili do góry nogami, wszędzie nasrali”. Po drugiej stronie ulicy znajduje się hotel. Spalony. Drzwi są zamknięte, i oznaczone napisem „miny”. Żołnierze obok twierdzą, że właściciel mógł sam to napisać, aby odstraszyć szabrowników.

Kolejny ponton przez Teteriw i oto jestem w Iwankowie. Zamierzam poszukać muzeum krajoznawczego, w którym znajdowały się obrazy Maryi Pryimaczenko – genialnej artystki o niepowtarzalnym stylu. W lutym, podczas ostrzału miasta, muzeum spłonęło. Ochronie udało się jednak wynieść przynajmniej część obrazów artystki, a następnie ukryli je do czasu wyzwolenia Iwankowa. Muzeum jest doszczętnie spalone, ale stoi nadal w pięknej historycznej części miasta - na wzgórzu Zamkowym. W pobliżu olbrzymie stare dęby, park, beztroskie kotki biegające dookoła.

Sam Iwanków również ucierpiał od ostrzału. Zacięte walki toczyły się na jego północno-zachodnich obrzeżach, gdzie znajduje się duże skrzyżowanie dróg z rondem i betonowym jajkiem pośrodku. Tutaj wszystko jest całkowicie czarne od ognia. Pod nogami fragmenty pocisków, łusek i amunicji różnego kalibru. Mówi się, że nasze wojska broniły tutaj miasta. To rondo było miejscem pierwszej prawdziwej bitwy z Rosjanami przybyłymi z Białorusi.

Asfalt dalej w stronę Czarnobyla jest strasznie pobity, trzeba jechać bardzo ostrożnie. Planuję dostać się do punktu kontrolnego Dytiatki, bo nie mam specjalnego zezwolenia na wejście do Strefy, które jest teraz wymagane.

W małej wiosce Choczewa zniszczono kolejny most. Konieczny jest objazd polną drogą. Jadę, zawsze myśląc o możliwych minach. Przede mną nikogo nie ma. W końcu jestem na asfalcie. Ale co to jest? Jakiś dziwny dźwięk w samochodzie i jedzie jakoś wolniej. Wychodzę: przebita opona. Ok, założę zapasową. Nigdy tego nie robiłem w tym aucie, ale mam doświadczenie. Jednak klucz dołączony do koła zapasowego nie chce odkręcać śrub mocujących koła. Widzę, że już się kręci. Tylko tego było mi teraz potrzeba!

Mam szczęście. Kilka minut później w pobliżu zatrzymuje się autobus z wolontariuszami. Wiozą pomoc do Dytiatek. Są z Wołynia. Bardzo interesują ich moje historie o Strefie. Pomagają mi zmienić koło. Jednak problem nie znika całkowicie. Opona zapasowa jest w połowie napompowana, i wydaje się, że moja elektryczna pompka też się zepsuła. Radzą mi wracać do Iwankowa. Słusznie: jest już szesnasta, niedługo zrobi się ciemno. Bardzo dziękuję i powoli wracam do miasta, nie docierając do Dytiatek.

Szczęście znów się do mnie uśmiecha. W pobliżu centrum widzę wulkanizację. Pracownicy zmieniają opony w jeepie. Właściciel samochodu daje mi miejsce: „Jestem tutejszy, a ty, sądząc po rejestracjach, jeszcze wracasz do Kijowa”. Podczas naprawy opony i pompki (bardzo dziękuję!) rozmawiamy z tym kierowcą. Mówi, że cały czas był w Iwankowie i wywoził mieszkańców na kontrolowane przez nas terytorium. Nasi wojskowi nie zdążyli wysadzić mostu nad Teteriewem, bo nieprzyjaciel wisiał im na ogonie. Zamiast tego, wielu moskali pobito gradami i bajraktarami, gdy uciekali.

Właściciel warsztatu oponiarskiego naprawia koło i też mówi, że w Iwankowie byli białorusini. „Cóż, my nie odróżnimy ich akcentu od moskalskiego?” Byli też buriaci, którzy torturowali i zabijali miejscowych. „Rozstrzelano dwudziestu naszych mieszkańców”. Okupanci byli zaskoczeni, że ludzie w domach mają ciepłą wodę i toaletę. „Dopóki Rosja jest taka, jaka jest, nie będziemy mieć pokoju. Musimy ją zniszczyć „. - mówi i wkłada naprawione koło. Dzięki tym ludziom jestem w domu za dwie godziny.

21-22 kwietnia 2022 roku, droga na zachów: Aidar
Dzwonił mój polski przyjaciel P. Mówił, że ostatnim razem zabrał rannego psa w drodze z Kijowa, we wsi Buzowa, koło rozwalonego domu. Gospodarzy nie było w pobliżu i nikt nie wie, gdzie są. Zostawił go w klinice weterynaryjnej w Kijowie. Teraz prosi o przywiezienie go na granicę pod Włodzimierz na Wołyniu. Chce go wziąć do siebie. Cóż, zabierałem już z nim ludzi z mojego miasta, ale nigdy jeszcze dorosłego psa.

W klinice otrzymuję paszport zwierzęcia ze stemplem szczepienia. Teraz może przekroczyć granicę. Za jakiś czas przyprowadzają samego Aidara. Duży kundel w kolorze kawy z mlekiem. Jest spokojny i przyjazny z personelem kliniki. Dostaję długą smycz i wychodzę na zewnątrz. Jest ranek i Aidar musi wykonać całą swoją pracę - przed nami długa droga.

Jedziemy. Pies, na którego czole widzę zagojoną, ale świeżą ranę, jest wyraźnie zaniepokojony. Piszczy i nie znajduje dla siebie miejsca. Przeskakuje z tylnego siedzenia na przód, próbując nawet wstać mi łapami na kolana. Staram się go uspokoić. Oczywiste jest, że nigdy nie jeździł samochodem. Próbuję go nakarmić - on tego nie bierze. Trochę pije wody. Na stacji benzynowej kupuję hot doga, którego on jednak zjada.

Zatrzymujemy się na polu, przy drodze. W klinice stwierdzili, że takie przerwy należy robić co kilka godzin. Aidar wyrywa się (nie miałem czasu przywiązać do niego smyczy) i wybiega z auta tuż po drugiej stronie autostrady. Inne samochody hamują na czas, a ja krzyczę i macham. Pies jest przestraszony i siada na trawie. Mówię mu, żeby już więcej tego nie robił.

We Włodzimierzu przyjaciel zarezerwował nam pokój jednoosobowy w hotelu. Zwykle psy nie są tu przyjmowane (szczególnie takie duże), ale nam pozwalają. Na dworze padało, i łapy psa są brudne. Staram się umyć go pod prysznicem, co mi się, szczerze mówiąc słabo udaje. Nasypuję jedzenie Aidarowi. Teraz z wielkim pragnieniem pije. Wreszcie. Sam też jestem głodny. Mówię mu, żeby zachowywał się grzecznie, nie szczekał i nie wskakiwał na łóżko. Zostawiam psa siedzącego na podłodze. W recepcji zostawiam na wszelki wypadek numer komórki.

Wracam za kilka godzin. Aidar leżał na moim łóżku (widoczne ślady) i wita mnie machając z radości ogonem i siedząc na parapecie z widokiem na miasto. Na parapet oczywiście przeskoczył z łóżka. To wszystko bardzo mnie bawi. Jako dziecko miałem owczarka niemieckiego i kocham duże psy. Dzięki przyjacielowi trochę odnajduję się w tych szczęśliwych dniach. Przed pójściem spać spacerujemy po mieście, po czym znowu nie mogę porządnie umyć łap Aidara.

Przyjaciel P. w końcu przybywa. Oddaję mu Aidara z poczuciem wykonanego obowiązku i trochę ze smutkiem - wspominam szczeniaka rottweilera uratowanego z córką w lutym, który teraz dobrze dorósł i mieszka z dobrymi ludźmi.

Postanawiamy zrobić jeszcze jedną ważną rzecz. Skoro tu jesteśmy, chcemy pojechać i zapalic biało-czerwone i żółto-niebieskie znicze na grobach Polaków, którzy zginęli w 1943 roku. Będzie to (przede wszystkim z mojej strony, jako Ukraińca) bardzo ważny gest wdzięczności wobec Polski za obecną pomoc i wsparcie. Może to pomoże choć trochę zagoić nasze wspólne rany.

Po zakupieniu zniczy udajemy się do sąsiedniej wsi Werba, gdzie na grobie zabitych Polaków znajduje się krzyż. Przy wejściu do wsi uzbrojony facet zatrzymuje nas na punkcie kontrolnym i dowiadując się o celu naszego wyjazdu, mówi, że jego dziadek został tu zabity przez żołnierzy AK, ale uważa nasz cel za dobry. Faktycznie we wsi na skrzyżowaniu stoi krzyż z napisem o zabitych Polakach i krzyż z napisem o poległych upowcach. Podzieliła ich wtedy nienawiść, ale zjednoczyła ich wieczność. Zapalamy świece, krótka modlitwa. Potem żegnamy się. Mój polski przyjaciel musi jechać. Ja zaś chcę udać się na inny cmentarz polski, gdzie oprócz ofiar 1943 roku, pochowani są żołnierze, którzy walczyli z bolszewikami w 1920 roku. Jest w pobliżu małej wioski Sokal.

We wsi pomaga mi miejscowy starszy pan. Jedziemy z nim polną drogą, dość daleko za Sokalem i za każdym razem boję się tu utknąć. Okazuje się, że trochę się pomyliłem, bo do cmentarza prowadzi asfaltowa droga od granicy z Polską.

Do 1943 r. istniały tu dwie wsie: Ostrówki i Wola Ostrowiecka. Zostały zniszczone przez upowców. Znajdujemy cmentarz. Jest dość duży, w pięknym sosnowym lesie. Jest wiele róznych mogił. Zapalam znicze pod grobem żołnierzy z 1920 r., oddaję hołd poległym w 1939 r., a pod wielkim krzyżem, na którym po polsku i ukraińsku jest napisane, że 30 sierpnia 1943 r. mieszkańcy Ostrówek i Woli Ostrowieckiej zostali zabici, czytam modlitwę. Myślę, że mój gest jest bardzo potrzebny. Zwłaszcza teraz. Moja rodzina nie mieszkała na Wołyniu, ale w imieniu wszystkich Ukraińców przepraszam wszystkich, którzy zginęli.

Zabieram mego przewodnika do domu. On kategorycznie odmawia pieniędzy, ale chętnie bierze kilka butelek polskiego piwa, które przywiózł mi mój przyjaciel P. Wypijmy więc za nasze ukraińsko-polskie pojednanie!

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Materiały promocyjne partnera

Porażka Francji w Mali - Macron wycofuje wojska

Materiał oryginalny: Reportaż wojenny Dmytro Antoniuka. Część XI. Zdjęcia - Kurier Lubelski

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Więcej informacji na stronie głównej Dziennik Łódzki
Dodaj ogłoszenie