Rok Tuwima: Art-Lokomotywa Agaty Oleksiak [ZDJĘCIA+FILM]

    Rok Tuwima: Art-Lokomotywa Agaty Oleksiak [ZDJĘCIA+FILM]

    Łukasz Kaczyński

    Dziennik Łódzki

    Aktualizacja:

    Dziennik Łódzki

    Rok Tuwima: Art-Lokomotywa Agaty Oleksiak
    1/30
    przejdź do galerii

    Rok Tuwima: Art-Lokomotywa Agaty Oleksiak ©Grzegorz Gałasiński

    W sobotę na stację "Manufaktura" wjedzie Art-Lokomotywa, którą z okazji obchodów Roku Tuwima do życia powołała Agata "Olek" Oleksiak, mieszkająca na stałe w Nowym Jorku mistrzyni włóczkowego street-artu. Artystka dopiero co brylowała na balu u księcia Karola w Londynie. Sześć tysięcy roboczogodzin musiałaby poświęcić jedna osoba, by przygotować włóczkowy kostium dla Art-Lokomotywy, która w sobotę 13 lipca zostanie odsłonięta w Łodzi. Będzie to największa praca, jaką w swej karierze zrealizowała Agata "Olek" Oleksiak, mieszkająca i pracująca w Nowym Jorku mistrzyni włóczkowego street-artu, mająca w dorobku między innymi zaszydełkowanie "Szarżującego Byka", rzeźby będącej symbolem giełdy na Wall Street. Zrobiła to nielegalnie, w akcie protestu przeciw światu, który stanął na głowie i tak zawierzył sile pieniądza.
    Ostatnie tygodnie "Olek" spędziła przy sześćdziesięciotonowej lokomotywie, która stanęła na rynku Manufaktury.

    Przymierzała, zszywała i sztukowała kolejne elementy dla włóczkowego kostiumu. Pozwoliła sobie tylko na jedną przerwę - aby wziąć udział w balu charytatywnym, zorganizowanym przez księcia Karola w Lancaster House w Londynie. Właśnie wróciła, wciąż mając na sobie barwny makijaż.

    - Ludzie na lotnisku nie mogli uwierzyć, że ja to ja, musiałam pokazywać dokumenty - śmieje się "Olek", dla której lotniska świata stały się drugim domem. Swoje projekty realizowała już bodaj na wszystkich kontynentach.

    "Gorąca igła", tak nazwał "Olek" wpływowy niemiecki tygodnik "Der Spiegel" w kontekście jej wizyty na balu brytyjskiej rodziny królewskiej. Artykuł był okraszony zdjęciem artystki dosiadającej figurę słonia ubranego w szydełkową kreację, jednego z dwóch, jakie przygotowała na bal. Zaproszenie otrzymała od Marka Shanda, podróżnika i pisarza, brata Camilli, drugiej żony księcia Karola. Intencją balu była zbiórka pieniędzy na ratowanie słoni indyjskich, a tym właśnie zajmuje się założona przez Marka fundacja Elephant Family.

    Teraz Agata "Olek" Oleksiak znów jest na rynku Manufaktury. Znów szydełko w jej dłoniach w błyskawicznym tempie łączy kolejne włóczkowe części kostiumu, który powoła do życia Art-Lokomotywę.



    "Ja się z panią założę, że pani tej lokomotywy nie zrobi. Taki pic pani do telewizji puściła" zaczepił "Olek" pewien mężczyzna.
    - Założyliśmy się o peugeota - śmieje się "Olek". Jeśli niedowiarek będzie słowny, artystka wyjedzie z Polski nowym autem. - Tak, pewnie jakąś zabawkę mi przyniesie.

    ROK TUWIMA W ŁODZI: CZYTAJ WIĘCEJ!

    Czasu coraz mniej, a jednocześnie "Olek" wie, że łódzka lokomotywa, zajmująca już teraz tak szczególne miejsce w jej dorobku, to jeden więcej przystanek w jej życiu artystycznego nomada. Aby przygotować włóczkowy kostium w Łodzi. "Olek" musiała zrezygnować z innych propozycji. Może mniejszych, nie tak angażujących, ale również dających zarobek. Ale ten, jak mówi, nie zawsze ma rolę decydującą. Łódzki projekt ma dla niej szczególne znacznie. Wyjaśniła to na blogu, który otworzyła po namowach wpływowego tygodnika "The Huffington Post", choć jak przyznaje, nie ma czasu umieszczać regularnych wpisów.

    - Zauważyłam, że większość obiektów, jakimi się zajmuję, to maszyny ruszające się. Zaczęłam się zastanawiać co to znaczy. Jestem osobą, która nie posiada domu, korzeni, i cały czas jeździ - mówi artystka, która pewnego razu cały swój zaszydełkowany dom przeniosła do galerii. Wystawa miała trwać miesiąc, ale przedłużyła się do pół roku. - Przeniosłam się do galerii, tam było moje łóżko. Budzili mnie zwiedzający, więc pisałam na Twitterze: jeśli już mnie budzicie, to przynajmniej przynieście herbatę i coś do jedzenia.

    Dla wielu osób Art-Lokomotywa będzie związana z wierszem i osobą Tuwima, ale dla "Olek" praca ma jeszcze jeden wymiar:
    - Lokomotywa to ruch, zmiana, rewolucja. Ta zmiana jest nie tylko metaforyczna, ale i czysto fizyczna. Z Polski wyjechałam trzynaście lat temu. Za każdym razem, gdy przyjeżdżam, widzę zmiany: poglądów Polaków, ich nastawienia, wyglądu miast - wyjaśnia i dodaje, że ten pogląd pojawił się już gdy szydełkowała wielkie śląskie koparki.

    CZYTAJ TAKŻE: ROZMOWA ZE SŁAWOMIREM FIJAŁKOWSKIM!

    - Wyjeżdżając do Stanów, nie cierpiałam Polski. Chciałam wyrzucić mój polski paszport - wspomina. - Wróciłam po pięciu latach i już widziałam zmiany. Nie zawsze są to zmiany na lepsze. Polska za bardzo zachłysnęła się Zachodem: konsumpcja, wszechobecne hipermarkety, wszyscy muszą mieć wszystko nowe. Jedzenie jest coraz gorsze. Ten problem mamy też w Nowym Jorku. Wszystko jest organiczne. Staramy się kupować nawet w droższych miejscach, byle mieć zdrowe produkty. To, co tu wydaje się u symbolem nowoczesności, na Zachodzie jest już przeszłością.

    Haklowanie przyszłości
    - Gdy wylądowałam w Nowym Jorku od razu wiedziałam, że jestem we właściwym miejscu i że coś uda mi się tu zdziałać. Wprawdzie nie miałam za dużo pieniędzy i zero znajomości, ale miałam 22 lata, a wiesz, w tym wieku wszystko jest możliwe - wspomina "Olek". - Pamiętam spacer przy rzece z Greenpointu na Williamsburg. Wtedy to były miejsca o złej renomie. Patrzyłam na stojące jeszcze wtedy po drugiej stronie Twin Towers i zamarzyłam sobie, że ja to miasto osiągnę w jakiś sposób. Przyjazd kosztowało mnie tak wiele zmian w życiu, że musi mi się udać.

    Zaczynała jak każdy imigrant. Pracowała w fabryce, sprzątała, zapisała się na lekcje angielskiego, choć już go znała.

    - Nowy Jork to szczególne miejsce. Różne od tego, co znamy tutaj. Każdy mówi z innym akcentem, każdy wygląda inaczej, ale jeśli ludzie zaczepiają cię na ulicy, to, aby powiedzieć, że im się coś w tobie podoba. To zupełnie inaczej ustawia twój dzień, zmienia twój stosunek wobec ludzi - mówi "Olek", która nawet w tłocznej Manufakturze wyróżnia się strojem. Nosi tylko to, co sama uszyje. Nic dziwnego, że ludzie czasem nie mogą powstrzymać się od komentarzy. Zresztą, nie tylko od nich.
    W 2011 roku "Olek" ubrała we włóczkę poznańską rzeźbę Starego Marycha, ale ktoś uznał, że mężczyzna nie może nosić różowej włóczki i podpalił pomnik. Policja nie mogła odnaleźć sprawców. Zrobiła to "Olek". Przez portal społecznościowy. Odnalazła i sama ukarała.

    - To byli młodzi chłopcy. Spotkałam się z nimi. Byli bardzo przestraszeni, przyszli z babcią i różowymi kwiatami. Zjedliśmy pizzę. Uznałam, że ten wybryk mógłby napsuć im w papierach, a co ja miałabym z tego, że zwróciliby mi pieniądze lub poszli do poprawczaka - mówi "Olek". - Stwierdziłam, że jeśli zrobią na szydełku szaliki dla bezdomnych, wtedy im wybaczę. Moja asystentka nauczyła ich szydełkować przez Skypa. I podołali. Może czegoś ich to nauczyło. A prokuratura uznała, że jeśli ja jestem z takiej kary zadowolona, to skasują sprawę.

    Tak objawił się w "Olek" naturalny talent pedagogiczny. Nie jedyny, zważywszy na to, że jako mistrzyni włóczkowego street-artu nie ma ukończonej szkoły artystycznej. "Ale pani nie ma tytułu magistra. Pani się artystką nazywa?" - usłyszała po tym, jak została zaproszona na wykład do studentów krakowskiej ASP. "Tak, i ja nie muszę uczyć w szkole, by się utrzymywać" - odparła. Dziś dodaje, że w Polsce ludzie sztuki chcą tworzyć koturnową elitę. I cieszy się, że nie ma tytułu magistra sztuk, bo może zabiłoby to w niej dziecko, które każdy artysta powinien w sobie mieć.

    - W Nowym Jorku nikogo nie interesuje twoja przeszłość, albo kim są twoi rodzice. Tam można wiele osiągnąć. Byłam czystą księgą, którą sama zapełniłam - mówi "Olek", ale zaraz dodaje: - Wyhaklowałam. Tak mówi się u nas na Śląsku na szydełkowanie.

    To właśnie w Nowym Jorku narodził się "Olek". Najpierw przygotowała dla koleżanki stój, a że nie miała maszyny do szycia, materiały połączyła za pomocą szydełka. Potem rzeźbiarkę dostrzegł w niej Bruce Brooks, na którego zajęcia uczęszczała.

    - Wytłumaczył mi, że chodzi o sposób posługiwania się danym materiałem. Bardzo chciałam coś przygotować, aż nad ranem doznałam olśnienia. Wiesz, zupełnie jakby mi włóczka na głowę spadła - śmieje się. - W dwie godziny przygotowałam pracę i zaniosłam do szkoły... w worku na śmieci. Bałam się, że mnie wyśmieje. Wkradłam się do klasy, zostawiłam na stole i uciekłam.

    To Brooks nazwał Agatę Oleksiak "Olkiem".
    - Z twoim nazwiskiem nie masz szans. Będziesz jak Abra-kadabra - mówił, mając na myśli Magdalenę Abakanowicz. Bruce Brooks do tej pory chodzi na wszystkie wystawy "Olka" i chwali się, że ma jej pierwsza pracę.

    Włóczkowa trylionerka
    Spalanie Starego Marycha to nie jedyna potyczka "Olek" z prawem". "Szarżującego Byka" zaszydełkowała w nocy. "To była prawdziwa partyzantka" - mówi. Włóczkowy kostium rankiem ściągnął zdziwiony ochroniarz. Dużo większe nieprzyjemności spotkały "Olek" w Londynie - stolicy cywilizowanego świata. Wszystkiemu winien był pijany rosyjski biznesmen, świętujący jubileusz w pracy. Zdarzenie miało miejsce w ekskluzywnym barze winnym, po wywiadzie udzielonym australijskiej dziennikarce.

    Po niedwuznacznych propozycjach i zachowywaniu się Rosjanina "Olek" najpierw wylała mu na głowę wino, potem po rosyjsku i angielsku powiedziała co o nim myśli. Oburzył się, zrzucił jej z twarzy okulary i chciał uderzyć, ale "Olek" była pierwsza. Pech chciał, że miała w ręku kieliszek. W sądzie Rosjanin nic nie pamiętał, a "Olek" usłyszała dwa zarzuty: pobicie i posiadanie niebezpiecznych narzędzi (miała w torebce małe nożyczki, które zawsze nosi ze sobą do pracy). W efekcie "Olek" na pewien czas straciła paszport, musiała zostać w Londynie. Tam poznała ludzi z Elephant Family. U nich zamieszkała aż wreszcie poznała Marka Shanda, który, oburzony zdarzeniem, zaproponował udział w balu u księcia Karola i przygotowanie na tę okazję instalacji. "Olek" dostała szansę zrobienia czegoś o czym niejeden artysta może pomarzyć.

    - Bal u księcia to świetne przeżycie, jednak takie prace jak łódzka lokomotywa dają mi więcej radości i satysfakcji Dla mnie radość tych wszystkich ludzi, którzy zobaczą lokomotywę, jest cenniejsza. Jest ona większa, bardziej szczera. Ci ludzie potrzebują takiej sztuki, by do czegoś go zainspirowała. Gdybym za każdy uśmiech jaki wywołują moje prace dostawała centa, byłabym trylionerką.

    CZYTAJ KONIECZNIE: Rok Tuwima: Agata Oleksiak odbiera Złoty Gan

    W Łodzi "Olek" użyła innej niż dotąd kolorystyki. Wzór ma mieć więcej detali. To nie była łatwa praca.

    - Trzeba dzielić i mierzyć materiał, muszą być odpowiednie przejścia. Trzy dni zajęło mi z Ewą, moją pomocniczką, rozpruwanie kwadratów, i sztukowanie materiału przy lokomotywie - mówi artystka.

    ZOBACZ ZASZYDEŁKOWANĄ LOKOMOTYWĘ W MANUFAKTURZE!

    Teraz czas na urlop. Na odpoczynek wybiera rodzinne strony. Pojedzie na wieś, do babci.

    - Żartujesz, nie powiem ci gdzie dokładnie - śmieje się. - Chcę się odciąć od świata, wyłączyć telefon, porządnie odpocząć. To miejsce, gdzie powstają jedne z moich najlepszych prac. Tam "ubrałam" pierwszy samochód i pierwszy... las.

    W sobotę 13 lipca publiczność będzie mogła zobaczyć po raz pierwszy Art-Lokomotywę. Inauguracji będzie towarzyszyć happening, w którym wezmą udział zaszydełkowani aktorzy (to znak rozpoznawczy akcji realizowanych przez "Olka"). Będą to aktorzy Studia Teatralnego "Słup", którymi pokieruje od lat zaangażowany w popularyzację postaci i twórczości Juliana Tuwima - Marcel Szytenchelm.

    Czytaj treści premium w Dzienniku Łódzkim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo