"Samuel Zborowski" w Teatrze Nowym w Łodzi [RECENZJA]

    "Samuel Zborowski" w Teatrze Nowym w Łodzi [RECENZJA]

    Łukasz Kaczyński

    Dziennik Łódzki

    Dziennik Łódzki

    "Samuel Zborowski" w Teatrze Nowym w Łodzi [RECENZJA]

    ©Maciej Stanik

    Pomysłowi wystawienia "Samuela Zborowskiego" można tylko przyklasnąć. W czasie, gdy na równych prawach wchodzą na scenę teksty budowane z wyłowionych w internecie ścinków i wielka literatura, obecność w repertuarze ważnego miejskiego teatru dramatu Juliusza Słowackiego, choćby i był on "najdziwniejszym poematem literatury polskiej", cieszy. Sposób, w jaki została podana, niestety, nie satysfakcjonuje.
    "Samuel Zborowski" w Teatrze Nowym w Łodzi [RECENZJA]

    ©Maciej Stanik

    Młodemu reżyserowi Szymonowi Kaczmarkowi, laureatowi m.in. nagrody za najlepszy debiut na Międzynarodowym Festiwalu Teatralnym "Malta", trudno odmówić odwagi. Niedokończony, istniejący w wariantach, pod wieloma względami niesceniczny dramat (może bardziej poemat?) stawia przed realizatorami szczególnie trudne wymagania.

    Plan historyczny i idące za nim racje służą tu ewokacji filozoficzno-mistycznego systemu opracowywanego przez Słowackiego.
    Hermetyczny tekst, dość niejasne relacje między postaciami i nieoczywiste zdarzenia toczące się równolegle na płaszczyźnie ziemskiej i duchowej piętrzą niejasności. W takiej sytuacji brak konkretu to podstawowa wada spektaklu.

    Trudno od reżysera żądać wyjaśnienia wszelkich zawiłości dramatu czy "tłumaczenia" jego języka. Wypada jednak uwydatnić myśl czy myśli przewodnie, zadbać o ich klarowne przejawianie się na scenie. Tymczasem łatwiej wskazać te, które mniej skupiają uwagę reżysera - wolności ujętej w kategoriach społecznych ustąpiła m.in. genezyjska wędrówka Ducha. Do niej nieśmiało nawiązuje początkowa, ciekawa scena, pożyczona z "Odysei kosmicznej", tyle że zamiast czarnego Monolitu pośród małp zjawia się Lucyfer (Mateusz Król) dopominający się o swoje prawa, jako ten bliższy człowiekowi niż niedosięgły Bóg.

    Następujące potem sceny zmuszają do szukania kolejnych odreżyserskich skojarzeń, pożyczek i cytatów (których nie jest znowu tak wiele) i ich związków z tekstem. Duchowy związek Eoliona (Hubert Kułacz) i Dziewicy (Malwina Irek) oddany został jako szkolny flirt. Zaczepki w szkolnej ławce urastają tu do rangi duchowego pojedynku. Dlaczego? I po kiego diabła z takim oddaniem narkotyzują się na proscenium? Czy chodzi o dobitne ukazanie Eoliona jako alter ego Słowackiego? Dlaczego to takie ważne? Czy ważniejsze od jasnego nakreślenia relacji między nim a Ojcem (Gracjan Kielar)? Bo to łkanie Eoliona, śniącego o tworzeniu świata z bólu, wita widzów w sali. Zajęty wypisywaniem na ścianach formuły "K+M+B" Ojciec rzuca mu miśka - bez tego trudno odgadnąć co ich łączy. Ale gest ten ma w sobie taki ładunek dystansu do tekstu i zdarzeń, jakby dodano go po skończeniu prac nad spektaklem.

    Intelektualna praca, którą wykonać trzeba przy kolejnych scenach jest cenną zabawą, lecz nie zmniejsza zagubienia (które nieobce wydaje się też w pewnych scenach aktorom). Ambicja reżysera, by zmierzyć się z trudnym tekstem to rzecz cenna, tak samo jak troska o widza, który tekstu Słowackiego znać nie musi. Może więc w miejsce skorego do autorskich wtrętów dramaturga powinien pojawić się literaturoznawca, który od lat zajmuje się "rozczytywaniem" Słowackiego?

    "Zawsze warto sięgać po Słowackiego" twierdził przed premierą Szymon Kaczmarek. Czy warto sięgnąć po jego przedstawienie? Jeśli tak, to z myślą o tekście i gościnnie grającym Mateuszu Królu, niedawnym absolwencie "filmówki" - najbardziej charyzmatycznym na scenie, jedynym, który ma okazję pokazać paletę aktorskich możliwości (choć nie zawsze jego monologi docierają do widza - czasem to kwestia emisji głosu, czasem zagłuszania przez inne dźwięki). Jego Lucyfer, w lśniącej złotem bluzce, wydaje się upozowany na... Michaela Jacksona - idola, który, zdawało się, może zainicjować zmianę świata, ale pogrzebano go za życia. "Nie ma zwierząt dzikich. Są tylko wolno żyjące" - mówi na koniec słowami Jarosław M. Rymkiewicza - bo tylko umiejętność powiedzenia pewnym sytuacjom dość, choćby i za cenę głowy, czyni nas ludźmi. Brzmi to mocno i jest naprawdę nośne. Gdyby cały spektakl był taki...

    Kawał aktorskiej roboty wykonali też Kamila Salwerowicz, Magdalena Kaszewska, Michał Bieliński i Krzysztof Pyzia. Pokazali, że nie ma ról, której nie warto podjąć. Ich kwartet małp nie jest tylko tłem dla innych aktorów.

    Czytaj treści premium w Dzienniku Łódzkim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo