"Stoję w obronie Cycerona, moje kryminały to protest przeciw...

    "Stoję w obronie Cycerona, moje kryminały to protest przeciw prymitywizacji rzeczywistości"

    Polska

    Aktualizacja:

    Polska

    Kolejne pokolenia coraz rzadziej korzystają z dorobku ludzkości. Marek Krajewski, pisarz i filolog klasyczny, remedium na to znalazł w wypełnianiu swych kryminalnych powieści łaciną, matematyką i filozofią. Autor "W otchłani mroku" w rozmowie z Anną J. Dudek
    "Stoję w obronie Cycerona, moje kryminały to protest przeciw prymitywizacji rzeczywistości"
    W najnowszej powieści odstąpił Pan od swojej żelaznej zasady, znaku firmowego, czyli zanurzenia w przeszłości. Mamy współczesną klamrę, która spina całą książkę. Niedawno mówił Pan, że jeszcze nie jest gotowy na pisanie o współczesności - czy to było trudne?
    Nie było to trudne. Jestem pisarzem zawodowym, który ma za sobą tuzin książek, pisanie więc nie sprawia mi już trudności.

    Czym różni się pisanie o współczesności od pisania o przeszłości?
    Nie chcę pisać współczesnych kryminałów. Dla współczesności pozostawiam prolog i epilog. W każdej mojej powieści jest kompozycja klamrowa, którą szczególnie sobie upodobałem. Prolog i epilog są osadzone są w innych czasach niż główny nurt powieści. Takie rozwiązania są m.in. w "Liczbach Charona" i "Eryniach".

    Mówił Pan kiedyś, że bardzo go intrygował pomysł podziemnego klubu, takiego jaki się pojawia w "Syzyfowych pracach" Żeromskiego. Czy to spełnienie motywu, który za Panem chodził?
    Nie, niezupełnie. To jest po prostu pewien chwyt fabularny. "W otchłani mroku" opowiada o podziemnej szkole, która powstała po wojnie we Wrocławiu dla ratowania grupki polskiej młodzieży przed komunistyczną indoktrynacją. Taka sytuacja wydaje mi się prawdopodobna. Owszem, interesujący wydaje mi się motyw, stosowany w różnych powieściach, w tym w "Syzyfowych pracach", tajnego stowarzyszenia młodzieży grupującej się po to, by badać zagadnienia filozoficzne i literackie. Nie oznacza to jednak, że było to jakieś moje pragnienie, któremu w tej książce chciałem uczynić zadość. Jest to znak czasu.

    Brzmi bardzo patetycznie.
    Takie były czasy. W polskim szkolnictwie końca lat 40. i na początku lat 50. zaczynała się bardzo ostra indoktrynacja komunistyczna. Próbowano kształcić nowego człowieka, który byłby realizacją komunistycznego ideału. Ten rodzaj działań trafiał na bardzo silny opór, jakim było przede wszystkim dobre, solidne wykształcenie nauczycieli, którzy swoją formację umysłową zdobywali przed wojną. Ten motyw zastosowałem jako bardzo ważną dominantę w całej opowieści. Gdyby nie było tego podziemnego, tajnego stowarzyszenia, nie byłoby całej książki. Abstrahując więc od tego, czy istnienie takiej organizacji byłoby możliwe, czy nie, ona była mi po prostu potrzebna.

    Rozmawiamy na początku września, ostatnio po raz kolejny powiedział Pan, filolog klasyczny i niegdyś wykładowca uniwersytecki, że łacina powinna wrócić do kanonu nauczania. Czy dzisiejszy 14-latek, który w jednej ręce ma iPhone'a, a przed sobą komputer z odpalonym Facebookiem, może pomyśleć, że łacina jest mu do czegokolwiek potrzebna?
    Młody człowiek nie zdaje sobie sprawy z tego, jak wiele łacina może mu dać i jak bardzo jest kształcąca. Nie wie tego on, często nie wiedzą tego jego rodzice. O programach szkolnych nie decydują uczniowie, tylko ministrowie, intelektualiści czy gremia, które układają programy. Niestety, urzędnicy w polskim MEN nie mają pojęcia, jak kształcąca może być nauka języka łacińskiego. Na początku lat 90. położono w polskich szkołach nacisk na języki zachodnie, odchodząc od nauczania języka rosyjskiego, co było słuszne. Popełniono przy tym błąd, uznając łacinę za język obcy, równoprawny z angielskim czy niemieckim.

    Strasznie Pan cięty na tych antyłaciniarzy.
    Droga pani, łacina nie jest językiem codziennej komunikacji jak wspomniane języki. To przedmiot szkolny, który stoi na rozdrożu humanistyki i nauk ścisłych. Treść komunikatów językowych tworzonych niegdyś w tym języku jest na wskroś humanistyczna i sięga do najgłębszych pokładów europejskiej kultury, jego forma gramatyczna zaś ma uporządkowany i logiczny charakter pretendujący do miana ścisłego. Łacina jest wspaniałą gimnastyką umysłu, która ma walory humanistyczne, pozwala nam bowiem zrozumieć człowieka, który pisał dwa tysiące lat temu. Gdyby łacinę potraktowano jak matematykę - przedmiot, który uczy kojarzenia faktów, logiki - sytuacja wyglądałaby inaczej. Ten proces degradacji łaciny w Polsce postępuje, łacina została zepchnięta na zupełny margines. W Niemczech co czwarty gimnazjalista uczy się łaciny. Niemieckie nastolatki, owszem, używają iPhone'ów, spotykają się z przyjaciółmi, słuchają muzyki, ale jednocześnie mają szansę w 25 proc. gimnazjów ćwiczyć swoje umysły.

    Czy traktuje Pan ludzi, którzy czytają Pańskie książki i muszą przy tym korzystać ze słowniczka zamieszczonego na końcu, z pewną pobłażliwością?
    Jeśli pobłażliwość rozumiemy jako traktowanie ludzi nieco z góry, jako rodzaj arogancji, to odpowiadam: zdecydowanie nie! Moich czytelników nie traktuję z góry, nie jestem wobec nich arogancki, traktuję ich z szacunkiem, ponieważ wydają swoje ciężko zarobione pieniądze na moje książki. Zatem "pobłażliwość" chyba nie jest najlepszym słowem. Słowniczek łaciński, który jest na końcu każdej mojej książki, jest raczej znakiem czasu, signum temporis. Gdybym pisał moje książki w latach 50. czy 60., grubo bym się zastanawiał, czy umieścić taki słowniczek. Dziś, kiedy łacina jest - w odróżnieniu od głównych krajów europejskich - usuwana z przestrzeni kultury i oświaty, nie mam wątpliwości. Taki słowniczek jest potrzebny.

    Współczuje Pan ludziom, którzy nie potrafią czytać Seneki czy Cycerona w oryginale?
    Nie tyle współczuję, ile raczej walczyłbym o to, żeby przyszłe pokolenia mogły dostąpić tej przyjemności. Co się stało, to się stało, polskie władze oświatowe prawie zlikwidowały łacinę w edukacji, nie dając szansy młodym ludziom, którzy zasługują na to, by uczyć się tego wspaniałego, logicznego języka. Czuję złość i gniew na te decyzje. Jednak jako człowiek, który stara się żyć zgodnie z filozofią stoicką, wiem, że nie należy patrzeć wstecz, lecz pozbyć się emocji i analizować to, co będzie w najbliższej przyszłości. Dlatego przykładam moje skromne pióro do tego, by tu i teraz, w sytuacji prawie beznadziejnej walczyć o łacinę.

    W części książki osadzonej w czasach współczesnych w środowisku akademickim pojawia się nawiązanie do powojennego liceum podziemnego, projekt powstania takiej szkoły we współczesnych realiach. Nie kusi Pana, pedagoga, który chce walczyć o staranną formację intelektualną przyszłych pokoleń, by taką szkołę otworzyć?
    Raczej nie. Oczywiście, chciałbym, żeby taka szkoła powstała - wspaniałe gimnazjum odwołujące się do najbardziej szczytnych tradycji polskich gimnazjów klasycznych. Sam jednak tego nie zrobię, ponieważ nie mam na to czasu. Muszę pisać książki, a to zajęcie dość czasochłonne. Marzę o tym, żeby oświatowi decydenci się otrząsnęli i zrozumieli, że wyrugowanie treści humanistycznych - literatury, historii, filozofii - prowadzi do kulturowego ubóstwa. Mam nadzieję, że takie głosy jak mój nie będą głosem wołającego na puszczy.

    W zeszłym roku powiedział mi Pan w wywiadzie, że w kryminałach zło musi zostać zawsze ukarane, bo wtedy czytelnik może odetchnąć z ulgą, że świat wraca do normalnego porządku. W ostatnich latach wyszły dwie wielkie książki: "Łaskawe" i "Wyznaję", które pokazują zło straszne, ale też banalne, sprowadzone do ludzkiego wymiaru. Czy tylko wynaturzone umysły potrafią znaleźć jakiekolwiek usprawiedliwienie dla dokonywanego zła?
    Nie czytałem ani jednej, ani drugiej książki. "Łaskawych" nie przeczytałem rozmyślnie, przeczytałem bowiem recenzję, w której recenzenci - strasznie marni, swoją drogą, bo zdradzali zakończenie - pisali, że główny bohater, morderca, nazista, zbrodniarz niemiecki, przeżył wojnę i żyje sobie spokojnie we Francji jako dyrektor fabryki koronek. Jeżeli tak jest i zło nie zostało ukarane, to ja nie biorę takiej książki do ręki. A na pani pytanie nie odpowiem, bo ono przerasta moje kompetencje. To jest pytanie dla filozofa. Ja, jako czytelnik, żądam tego od autora, aby zło zostało ukarane.

    Opisuje Pan środowisko akademickie powojenne i to współczesne. Profesor Murawski i profesor Stefanus diametralnie się różnią, zarówno w poglądach filozoficznych, jak i charakterach. Dość ostro opisuje Pan to środowisko. Chciał Pan dać małego prztyczka środowisku, które zna Pan od podszewki?
    Nie. Moja powieść nie jest powieścią z kluczem. O ile wiem, powstawały w Polsce powieści uniwersyteckie. To nurt literacki, który jest bardzo dobrze reprezentowany w krajach anglosaskich. To świetne powieści osadzone w środowisku akademickim, które jednak były czytane także przez ludzi spoza tego środowiska. Te powieści zostały dobrze przyjęte, ponieważ mówiły o sprawach uniwersalnych. Gdyby to były powieści z kluczem, tak jak te polskie - tu pod nazwiskami fikcyjnymi zostali opisani prawdziwi ludzie, zgodnie z łacińską zasadą mutato nomine de te fabula narratur - pewnie nie odniosłyby sukcesu. Te polskie powieści nie odniosły żadnego sukcesu być może właśnie dlatego, że pisane były po to, żeby komuś dokopać. Mnie takie niskie pobudki nie przyświecały. Pisałem moją powieść, częściowo uniwersytecką, o środowisku, które bardzo lubię.

    Czy zbierając materiały do książki, czytał Pan stare gazety, kroniki policyjne? I czy były tam wzmianki o gwałtach sowieckich żołnierzy na polskich dziewczętach?
    Stworzyłem bardzo precyzyjny plan tej powieści, w której w ogóle nie było motywu gwałtu dokonywanych przez sowieckich żołnierzy. Mnie więcej w tym samym czasie poszedłem do kina na film "Róża" Wojciecha Smarzowskiego. Ten film na tyle mną wstrząsnął, że postanowiłem włączyć ten motyw bestialstw seksualnych Armii Czerwonej do powieści. Czytałem nie tylko archiwalia, ale też książki naukowe. Natrafiłem na znakomitą książkę Marcina Zaremby "Wielka trwoga", powieść opisującą rzeczywistość lat powojennych, tuż po drugiej wojnie. Społeczeństwo było w stanie przerażającym, zdziesiątkowane przez jednego i drugiego okupanta, pozbawione ogromnej grupy inteligencji, chorujące na wszelkie choroby, osierocone...

    Stamtąd wziął Pan pomysł na okrucieństwo "Otchłani mroku"?
    Po trosze tak. W książce Zaremby jest długi passus poświęcony zwyrodnieniu żołnierzy sowieckich, dla których niekiedy Polki były łupem wojennym. Na każdej wojnie dochodzi do gwałtów, które często odbywają się za przyzwoleniem dowództwa - tak było w Armii Czerwonej. Do tego stopnia było to intensywne zjawisko, że wysyłano specjalne grupy NKWD, które miały tropić zwyrodnialców, a oficjalna propaganda nazywała ich dezerterami w przebraniu Armii Czerwonej. Wtedy zmieniłem akcję powieści.

    Czuje się Pan strażnikiem pamięci?
    Nie. Jestem skromnym autorem powieści kryminalnych, który chce swoim czytelnikom dostarczyć godziwej rozrywki. Tak jak to czynię w najnowszej powieści, którą chcę gorąco polecić czytelnikom. To powieść, która rozpoczyna cykl wrocławski. To już nie jest Breslau, ale Wrocław polski, tuż po wojnie, zniszczony, pełen trupów, wydzielający trupie miazmaty, ale z drugiej strony - miasto, w którym ludzie żyją, kochają się. W tym mieście działa mój bohater Edward Popielski wygnany ze Lwowa, który pracuje jako ktoś w rodzaju prywatnego detektywa. Prowadzi śledztwo mające zidentyfikować agenta UB działającego w szeregach tajnej szkoły. Ono doprowadzi go do prawdziwego piekła. To inferno, w którym mamy bestialskie gwałty, zdegenerowane bandy nastolatków na ulicach. Wrocław jest miastem niebezpiecznym, brudnym, swoistym sin city okresu powojennego.

    Czytaj treści premium w Dzienniku Łódzkim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (5)

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    o qrde Krajewski PISOREM

    Marcinescu (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 14 / 14

    kt0 mó qrna xsiarzki wydaje no i te nagrody dawau. Gazeta zaras musi wsiasc go na flek.
    Łaciny sie qurna mu zahciało ? A morze puziniej k=jeszcze historii. Faszyzta jeden

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    GREKA I ŁACINA TYLKO NIY POLSKA

    777 (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 17 / 17

    ŁACINA POdwuBURKOWA ŁYSA. ILIADA DZIADA.

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    Zeszłowieczny śnieg!

    NorvidNH (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 21 / 14

    Im dalej w ludzi "idioty pieśń wzywa
    Głupia, wrzaskliwa i nic nie znacząca"
    Tym więcej ofiar żąda miłość chciwa,
    Wiara bezradna, nadzieja paląca.

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    jak taki wielbiciel laciny

    Polak (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 17 / 26

    to katol zasrany jest, czemu nie greki? co sie zdazylo ciekawego w ciemnych wiekach sredniowiecza oprocz ciemnoty i hipokryzji lacinniku? moze jeszcze korzystasz z filozofii scholaktycznej Dunsa...rozwiń całość

    to katol zasrany jest, czemu nie greki? co sie zdazylo ciekawego w ciemnych wiekach sredniowiecza oprocz ciemnoty i hipokryzji lacinniku? moze jeszcze korzystasz z filozofii scholaktycznej Dunsa Szkota?zwiń


    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    Ignoramus et ignorabimus

    1warren (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 16 / 19

    Czyli nalezy zmienic historie. A w jezyku lacinskim powstalo wiele wartosciowych dziel. Tylko niestety nie kazdy "Polack" o tym wie.

    Polecamy

    Najlepsze prezenty dla kobiety na urodziny i imieniny

    Najlepsze prezenty dla kobiety na urodziny i imieniny

    Podziękuj bohaterom ze swojego regionu i wybierz patrona pociągu.

    Podziękuj bohaterom ze swojego regionu i wybierz patrona pociągu.

    Szamanie na ekranie - nowy program kulinarny

    Szamanie na ekranie - nowy program kulinarny