Świat według windykatora

Katarzyna JaniszewskaZaktualizowano 
Liczy się pierwsze wrażenie
Liczy się pierwsze wrażenie Dziennik Łódzki / archiwum
Wolałabym nie spotkać Wincenta i jego kolegów w ciemnej ulicy. Co tam w ciemnej. Nawet po jasności człowiek by się spocił i zestresował. Kombo pięciu wielkich facetów, wygolonych na zapałkę, w czarnych skórach. O takich mówi się zwykle "karki". Tacy najpierw biją, a później pytają. W pracy windykatora taki wygląd to zaleta.

Wincent sprawia wrażenie miłego gościa. Często i głośno śmieje się z tego, co sam opowiada. Doradzi mi nawet, gdzie iść na solarium.

- Na Oświecenia jest najlepsze - przekonuje. - Od razu brązuje. Wcześniej całe miasto zjeździłem. Sezon plażowy zaraz się zaczyna, to w dwa tygodnie muszę być czarny. Co dwa dni ogień, ogień. Później do kosmetyczki, żeby opuchlizna z twarzy zeszła, bo od opalania podchodzi. Najlepszy jest kwas migdałowy. Do tego rzeźba i można rwać laski.

To jest miła strona osobowości Wincenta. Ale takiej dłużnik na pewno nie pozna. W oczach dłużnika Wincent będzie wyglądał tak: groźny osiłek, zakapior, któremu z byle powodu włącza się agresor. Chodzi nabuzowany, bujając się na boki, i zdecydowanie nadużywa słowa na "k". Czyli regularny gangster.

Za to w oczach Wincenta, każdy dłużnik - a przynajmniej większość z nich - to szuja, oszust, kręt i kłamca. Zwykły szkodnik, pijawka. Wije się, piszczy, płaszczy, zaklina na grób matki, żeby tylko wymigać się od płacenia.

A dla takich Wincent nie ma litości. Nigdy nie odpuszcza, bo inaczej firma nie mogłaby działać.

- Na 150 spraw, które prowadziłem, jedna mi się zdarzyła, że to byli biedni ludzie - opowiada. - To znaczy tacy, że ktoś ich oszukał i nie mieli z czego spłacać. Widać było, że porządna rodzina: bujane fotele, herbatkę pili, jak żeśmy przyszli. Ale reszta, kłamią jak z nut. Aktorstwo pierwsza klasa. Że babcia w szpitalu, dziecko niepełnosprawne, mąż umiera.

Wszystko wymyślą, żeby tylko zyskać na czasie.

- Na początku, to się jeszcze na to łapałem - mówi dalej Wincent. - To znaczy robiłem swoje, windykowałem do końca, ale z poczuciem winy. Że może działam bez serca. Miałem wyrzuty sumienia. Teraz to już kompletna znieczulica.

Pierwsza rozmowa, ta oficjalna, Francja-elegancja. Chłopaki się przedstawiają, że są z firmy windykacyjnej takiej to a takiej, że do pana Kowalskiego w sprawie długu. I czy pan dłużnik zechce łaskawie zapłacić. Bo jest szansa się dogadać, rozłożyć na raty albo nawet umorzyć odsetki, jeśli jest wola współpracy. Zostawiają wizytówkę i grzecznie wychodzą.

- Wszystko zależy od właściciela długu - wyjaśnia Wincent. - Dzwonimy do niego jak jesteśmy na miejscu i z nim konsultujemy. Możemy nawet ściągnąć należność w towarze.
Ta druga rozmowa nie jest już taka miła i wygląda zwykle tak: "Płać gościu, nic nas to kurwa nie obchodzi, że nie masz. Nie będziemy dyskutować. W sądzie był czas na dyskusje. Wyrok jest, to widać sąd też nie kupił tej bajerki. Teraz jest czas płacenia. I to szybko, kurwa, bo się nam spieszy. My mamy kasę tylko od rezultatu". Chłopaki przyjadą do domu, do pracy, do rodziny, do znajomych. Wszystkich głośno poinformują, że pan Kowalski nie chce oddać długów. Zapukają do drzwi późno wieczór albo wcześnie rano. Pora dnia nie ma dla nich znaczenia.

- Upierdliwi jesteśmy niezwykle - mówi z uśmiechem Wincent. - Nękamy, nachodzimy, męczymy, nie odpuszczamy. I stąd taka skuteczność: 85 proc. ściągalności długów. Mamy dobre podejście, składamy propozycję nie do odrzucenia. Często sam wygląd załatwia sprawę. Pięciu wielkich gości, ja to jestem z nich i tak najprzyjemniejszy. To sobie wyobraź - dodaje z dumą w głosie.

Ale polubowne pogawędki nie będą się toczyć w nieskończoność. Cierpliwość windykatora ma swoje granice. Więc kiedy rozmowy nie skutkują i siła argumentów nie działa, chłopaki sięgają po argument siły. Fachowo to się nazywa "inne metody windykacyjne". Mniej fachowo, po prostu wp…dol. Ale od tego, to już są "szakale"...

- Dawniej, jak "Marchewki" ściągały długi, to normalnie rozkradały firmy - mówi Wincent. - Wszystko wynieśli, w ramach spłaty należności oczywiście. Prali, tłukli tych biznesmenów. Dalej są tacy, co od spuszczenia wpierdolu zaczynają. Budują sobie grunt pod rozmowę. My mamy taki tekst w fachu: to będzie pan spłacał dług, czy mamy podjąć swoje metody windykacyjne?

Wincent robi groźną minę i zaplata ręce z przodu, żeby zademonstrować, jak przemawia do dłużnika. - Gość się spina: ale co to znaczy swoje metody? - No, inne. - Panowie mnie straszą? - Nie no, skąd, nam nie wolno - cieszy się. - A za tydzień, dwa facet ma wypadek albo dostaje smary. Cała firma wyjeżdża na ten czas z miasta. Potem chłopaki przychodzą na kolejną rozmowę i ojej, co się panu stało. Od mądrości dłużnika zależy, czy sobie pokojarzy fakty, czy ten wpierdol to był przypadkowy, czy nie. - Zdarza się, że dłużnik po "innych" metodach windykacyjnych nie płaci?

- Ja o takich nie słyszałem - mówi z zadowoleniem Wincent.

- A jak się znajdzie taki kozak, co z własną ekipą będzie na was czekał?

- Z zaskoczenia zawsze jedziemy - wyjaśnia. - A nawet jakby, to ilu zbierze, dziesięciu? Maciek w klatce walczy, sam czterech rozniesie. Był taki facet, co rzucił się na kolegę z pięściami. Normalnie wariat jakiś. Nas pięciu: bokserzy, komandosi. Bo ułomki na takie wizyty nie przyjeżdżają. Co się z nim stało, to się domyśl. Szpital - tyle możesz napisać.

Wincent dzieli dłużników na kilka typów. Pierwszy: tylko cichutko, cichutko, żeby się sąsiedzi nie dowiedzieli ani koledzy w pracy. Wstydzi się, więc na odczepnego podpisze wszystko.

Drugi będzie ściemniał: tak, tak, już płacę, mam pieniądze, wysyłam przekaz. I cisza. Kontakt się urywa, a pieniędzy jak nie było, tak nie ma.

Trzeci wisi grubą sumę, 80 tys., a po 600 zł kapie, i kapie, i kapie.
Windykowali kiedyś księdza. Zalegał 80 tys. firmie remontowej. To chyba ulubiona historia Wincenta. Kiedy ją opowiada, żywo gestykuluje.

- I płacze ten ksiądz, że kościół taki biedny, że on nie ma z czego oddać - śmieje się. - Że może sobie odpiszemy darowiznę od podatku. Jakżeśmy go trochę przycisnęli, to poszedł na plebanię.
Przynosi reklamóweczkę i wyciąga takie cegiełki: 10 tys., 20, 30, 50, 80 tys. A ja do niego: jeszcze 20 tys. odsetek. Zapłacił i obrażony, że nie chce nas znać. Dużo więcej miał w tej reklamówce.

Nie brakuje cwaniaków, którzy cały majątek poprzepisywali na rodzinę. I taki czuje się bezkarny. On nic nie ma, więc windykator nie ma z czego ściągać.

Firma Wincenta nie bierze żadnych opłat wstępnych ani zaliczek. Tylko procent od tego, co uda im się wyegzekwować. Zwykle, to jakieś 15-30 proc. Jak dług jest po przejściach: po komornikach, sądach, innych windykacjach, czyli trudny do odzyskania, to i 50 proc. biorą. A zdarza się, że właściciel długu nie dostanie więcej, niż 20 proc.

Ale to też ryzyko. Najeżdżą się chłopaki, namęczą, a nic nie ściągną - ich strata. Największy dług, jaki miał do odzyskania, to 4 mln zł. Najbardziej Wincent lubi windykować firmy. Bo są wypłacalne.

- Powiesz o wpisie do rejestru dłużników, to już portkami trzęsą - mówi z satysfakcją. - Niby nic, a potrafi usrać życie. Ani telefonu nie kupisz, ani kredytu nie weźmiesz. Ludzie napożyczali, przyzwyczaili się, że mają kasę i nie chcą jej oddawać. Kiedy chodzi o pieniądze, poczucie humoru wysiada. W czasie kryzysu zwłaszcza. Teraz jest pięć minut dla windykacji. Dużo jest firm, ale co to za konkurencja? Ojciec z synem siedzą w mieszkanku i tylko tłuką listy.

Wincent ma 36 lat. Święty nigdy nie był. Siedział w poprawczaku i w więzieniu, prowadził szemrane interesy, generalnie mówiąc "obracał się na mieście". Ma więc znajomości tu i tam. W tej branży po
prostu wypada je mieć.

Teraz wynajmuje mieszkanie na strzeżonym, ekskluzywnym osiedlu. Jeździ czarną mazdą, rusza z piskiem opon, zawraca na ręcznym. Bardzo dba o formę. Codziennie wieczorem biega. Chodzi na siłownię. Nosi podkoszulek na ramiączkach, który eksponuje wytatuowane ramiona i wielkie bicepsy. Zdrowo się odżywia - gościom proponuje koktajl białkowy. A po obiedzie robi sobie regeneracyjną drzemkę.

- Lubisz swoją pracę? - pytam na koniec Wincenta.

- Jeśli rozmawiamy szczerze, to nie - przyznaje. - Wolałbym być adwokatem, lekarzem. Nie chodzi o to, że się denerwuję, ja do strachliwych nie należę. Ale tak do końca, to nigdy nie mam pewności, że osoba, którą windykuję, naprawdę nie jest w trudnej sytuacji.

* Imię głównego bohatera na jego prośbę zostało zmienione.

polecane: Flesz - e-papieros zagraża zdrowiu

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3