Tajemnice łódzkich bunkrów i schronów z wojennych czasów

Anna Gronczewska
archiwum Dziennika Łódzkiego
Udostępnij:
Przypominają o II wojnie światowej. W Łodzi i jej okolicach pozostało ich sporo. Wiele zostało odkrytych po latach przez miłośników i tropicieli historii. Gdzie można znaleźć dziś wojenne schrony?

Tajemnice łódzkich bunkrów i schronów z wojennych czasów

Jak obliczają miłośnicy takich budowli, w mieście może być ich nawet kilkadziesiąt. Pierwsze schrony w Łodzi rozpoczęto budować w 1939 roku kiedy informacje o rychłym wybuchu wojny stały się coraz realniejsze. Wtedy to m.in zaczęto kopać tzw. szczeliny przeciwlotnicze.

– Były to wąskie, głębokie rowy, ze skośnymi bokami – wyjaśniał nam Juliusz Szymański, który od blisko czterdziestu t lat interesował się różnego rodzaju bunkrami, schronami.- W razie bombardowań ludzie mieli w nich znaleźć schronienie.

Pozostałości po tych rowach jeszcze do dziś widać m.in w parku Źródliska czy im. Henryka Sienkiewicza. Wraz ze zbliżającym się wojennym zagrożeniem wiosną i latem 1939 roku zaczęto przygotowywać schrony w łódzkich kamienicach. Choć może słowo schron jest zbyt wielkie. W każdym budynku mieszkalnym, w piwnicach, wydzielano pomieszczenia, które miały chronić ludność przed skutkami bombardowań. Wstawiano do nich mocne drewniane lub metalowe drzwi, umacniano belkami stropy. Tak by ludzie mogli przetrwać w tej piwnicy podczas bombardowania kamienicy.

Takich przedsięwzięć nie trzeba było dokonywać na jednym z najnowocześniejszych przedwojennych osiedli im. Montwiłła Mireckiego. Tam stawiając domy od razu tak budowano piwnice, by spełniały rolę schronu przeciwlotniczego.

Wojciech Źródlak, łódzki historyk, emerytowany kustosz Muzeum Tradycji Niepodległościowych Oddział Radogoszcz w Łodzi, przypomina że prawdopodobnie w sierpniu 1939 roku taki prawdziwy schron przeciwlotniczy zbudowano w Parku Julianowskim.

Graniczył on z cmentarzem na Radogoszczu. Nie był to skomplikowany bunkier. Chronił głównie przed odłamkami. Gdyby uderzyła w ten schron bomba, to pewnie bez żadnych problemów przebiłaby jego sufit.

– Wiele takich bunkrów, schronów przeciwlotniczych wybudowali w Łodzi już Niemcy – dodaje Wojciech Źródlak.

Niemieckie schrony

Większość z nich Niemcy zaczęli budować po 1942 roku. Łódź została objęta projektem ochrony przeciwlotniczej ludności niemieckiej. Do dziś pozostałości po wielu z nich można znaleźć w parkach. Na przykład w parku kolejowym, noszącym teraz imię Stanisława Moniuszki.

Jednak taki pierwszy schron przeciwlotniczy z prawdziwego zdarzenia Niemcy wybudowali na przełomie 1942 i 1943 roku przy ul. Hotelowej. Łączył on Grand Hotel z hotelem „Savoy”. Budowali go więźniowie obozu na Radogoszczu.

Schron ten dokładnie opisuje „Dziennik Łódzkich”, który ukazał się we wrześniu 1947 roku. Dziennikarz gazety podaje, że był to tunel z czerwonej cegły spojonej cementem. Miał służyć Niemcom do przechodzenia z jednego hotelu do drugiego podczas bombardowań.

– Tunel do dnia dzisiejszego zachował się w znakomitym stanie - pisał przed siedemdziesięciu trzema laty dziennikarz „Dziennika Łódzkiego”. – Gdyby nie prace prowadzone przy budowie sali teatralnej „YMCA” przetrwałby dłuższy okres czasu. Tak więc w 1947 roku schron wybudowany w ogródku „Grand Hotelu” został zniszczony, bo w tym miejscu powstała sala teatralna.

Znały go dzieci z śródmieścia

Ale jedne z najlepiej zachowanych, ale też największych bunkrów niemieckich pozostały w Parku im. Poniatowskiego.

– Ten schron znały chyba wszystkie dzieci ze śródmieścia! – śmieje się Wojciech Źródlak. – Znajduje się on w miejscu, gdzie była kiedyś górka z której zjeżdżało się na nartach. Potem tę górkę zniwelowano, a bunkier pozostał.

Bunkier znajduje się od strony al. Politechniki i Mickiewicza. Z daleka widać małe wieżyczki wystające z ziemi. To wywietrzniki schronu. Teraz jest zamknięty, ale jeszcze do lat osiemdziesiątych można było wejść do środka. Potem stał się miejscem schadzek podejrzanego towarzystwa, więc wejście zamknięto. Ale Wojciech Źródlak miał to szczęście, że udało mu się ten schron zwiedzić.

– Miałem wtedy z 12-lat i wszedłem tam z grupą kolegów – wspomina historyk. – Wzięliśmy latarki, grubą linę i oczywiście szukaliśmy tam skarbów. Nie doszliśmy za daleko, bo zobaczyliśmy wodę i musieliśmy się cofnąć. Skarbów też nie znaleźliśmy. Bunkier ten to siedmiometrowa szczelina, którą tworzą stropy i grube ściany. Po obu stronach korytarza są komory schronu.

Przed laty w tym miejscu swój klub chcieli urządzić miłośnicy takich bunkrów i schronów. Jednak bez rezultatu. Nie udało się też w tym miejscu otworzyć dyskoteki, choć był i taki pomysł. – Wiem, że taka dyskoteka była na przykład w Giżycku, w murach twierdzy Boyens oraz w toruńskich fortach – mówi Wojciech Źródlak. Wojenne bunkry stały na rogu ul. Narutowicza i Tramwajowej. Zbudowano je dla niemieckich pracowników tramwajów. Przez wiele lat teren na który się znajdowały był porośnięty drzewami. Kiedy je wycięto schrony bez problemu można zauważyć.

– Byłem w ich środku – wspomina Wojciech Źródlak. – Miały około 2,5 metra wysokości i mogły pomieścić kilkadziesiąt osób.

Juliusz Szymański przypominał jeszcze o wojennych schronach, które znajdowały się przy ul. Pabianickiej, na terenie dawnej fabryki im. 1 Maja. Znajdował się tam podziemny szpital polowy. Wejście do niego zostało zasypane, gdy budowano drugie pasmo ulicy Pabianickiej. – Szpital przeznaczono dla rannych żołnierzy niemieckich przywożonych z frontu i był on czynny – wyjaśniał nam Juliusz Szymański. – Miał kilkaset metrów kwadratowych powierzchni.

Obok znajdował się zwykły schron przeciwlotniczy. Wejście do niego znajdowało się w słynnej przez laty restauracji „Lotnicza”, która w czasie wojny była kasynem wojskowym.

Dwa bunkry wojenne znajdzie się też przy ul. Polnej i Sierakowskiego, obok budynku z czerwonej cegły, który miał być elektrownią.

Kochbunkry w Łodzi

Niewielkie schrony przeciwlotnicze, zwane kochbunkier można było zobaczyć w rejonach łódzkich dworców kolejowych, m.in Fabrycznego, Kaliskiego. Najwięcej było ich w okolicach stacji Łódź - Widzew. Kochbunkier był chyba najpopularniejszym niemieckim schronem. Nazywano go czasem garnkiem Kocha. Produkowano go masowo w fabrykach jako prefabrykat. Ustawiano go potem na linii obrony. Skryć mógł się w nim jeden, czasem dwóch żołnierzy. Nie chronił przed uderzeniami.

Na krańcach miasta

Na czterech krańcach Łodzi znajdują się schrony niemieckiego dowództwa obrony przeciwlotniczej miasta. Odkrył je z kolegami Dariusz Trzepla. Znajdują się one: w okolicach ul. Szczecińskiej, koło Rudzkiej Góry, przy ul. Nad Niemnem i w Łagiewnikach. Należały one do dowództwa obrony przeciwlotniczej Łodzi, które wchodziło w skład Luftwaffe.

– Schrony te były połączone ze sobą telefoniczne – wyjaśniał nam Dariusz Trzepla. – Miały też łączność ze stacją radiową, która znajdowała się w Łagiewnikach. Poza tym miały dodatkowe połączenie ze stacją radiolokacyjną w Łasku. Nie wiem tylko czy było to połączenie radiowe czy telefoniczne. Niemiecki radar obejmował swym zasięgiem nawet wybrzeże Bałtyku!

Najdłużej poszukiwano schronu znajdującego się w pobliżu ul. Szczecińskiej. Na jego trop Dariusz Trzepla i jego koledzy wpadli przypadkowo. Jeden z łódzkich sklepów z militariami odwiedziło dwóch chłopców. Zaczęli opowiadać o niemieckim schronie znajdującym się w okolicach ul. Szczecińskiej. Potem wskazali miejsce. gdzie się znajduje. Szukano go przy ul. Szczecińskiej, ale od strony Aleksandrowa Łódzkiego... Tymczasem schron znajduje się blisko ul. Szczecińskiej, tyle że w stronę Zgierza. Dokładnie koło ul. Liściastej, która na tym odcinku jest zwykłą, niewyasfaltowaną polną drogą. Schronu nie widać z ulicy. Trzeba przejść kilkadziesiąt metrów polną ścieżką i wtedy ujrzymy niewielką górę, pokrytą trawą. Dopiero, gdy ktoś dokładnie przyjrzy się tej górce zauważy mały, betonowy wywietrznik. Ten ślad wskazuje, że jest to schron.

Ten, tak jak pozostałe schrony, jest tzw. schronem biernym – tłumaczył nam pan Darek. – Nie w w Łodzi fortyfikacji czynnych, gdzie znajdowały się na przykład stanowiska karabinów maszynowych.

Schron w okolicach ul. Szczecińskiej jest taki sam jak pozostałe trzy znajdujące się na obrzeżach Łodzi. Ma ceglaną konstrukcje, dwa wejścia, a w środku trzy - cztery pomieszczenia. Wokół każdego z nich znajdowały się tzw. umocnienia polowe, a w pobliżu stanowiska armat przeciwlotniczych.

– Wydaje mi się, że każdy z nich był jednakowo ważny, miał chronić granice Łodzi – opowiadał Dariusz Trzepla. – Choć z punktu widzenia położenia nie co większe strategiczne znaczenie mógł mieć schron znajdujący się przy ul. Nad Niemnem. Chronił miasto od wschodu, a z tamtej strony nadeszła radziecka ofensywa. Trzeba też zwrócić uwagę na to, że Rosjanie nie kwapili się do nalotów bombowych. Przyczyna była prosta. Nie posiadali ciężkich bombowców. Jedyne jakie mieli to bombowce dwusilnikowe, ale nie kwalifikowały się one do kategorii ciężkich.

Były to bombowce bezpośredniego wsparcia.

Przypuszcza się, że te wszystkie cztery schrony Niemcy wybudowali około 1943 - 1944 roku, po tym jak zaczęli wycofywać się na pozycje obronne. W takim schronie znajdowała się centrala telefoniczna, pomieszczenie dowódcze, miejsca, gdzie żołnierze mogli odpocząć. W schronach tych dyżurowało stale pięciu - sześciu żołnierzy. Był to dowódca schronu, zastępca, telefonista, dwóch łącznościowców, którzy wkraczali do akcji, gdy zerwana została łączność telefoniczna. Do tego dochodziła jeszcze ochrona schronu. Kiedy nadchodziła informacja o nadlatujących bombowcach, dowódca podejmował decyzję o uruchomieniu artylerii oraz powiadamiał oddział myśliwców Luftwaffe stacjonujący na lotnisku Lublinek.

Schron przy ul. Szczecińskiej jest nieźle zachowany, choć okoliczni mieszkańcy urządzili sobie tu śmietnisko. By wejść do środka trzeba przejść przez stertę starych opon i ominąć wyrzucony telewizor. W środku zalegają sterty liści, które pewnie ktoś wyrzucił uprzątając swój ogródek.

W największym pomieszczeniu schronu znajdowała się główna sala operacyjna. Na pewno kiedyś stał tu stół na którym rozkładano wielką mapę. Naznaczano niej pozycje nieprzyjaciela. Podłoga tej sali zasypana jest kilogramami piasku.

– Nie jest to jednak typowa konstrukcja bojowa – zapewniał nas Dariusz Trzepla – Schrony bojowe miały bowiem od spodu dach pokryty blachą, tak by przebywających w nich ludzi nie raziły w razie ataku odłamki betonu. Ale ten ma drugie wyjście z którego dalej można skorzystać..

Najlepiej zachowanym z łódzkich schronów niemieckiej obrony przeciwlotniczej jest ten przy ul. Nad Niemnem. Tak jak jego bliźniak z ulicy Liściastej, przykryty jest lekką górką, porośniętą trawą. Natomiast schron w Łagiewnikach znajduje się na prywatnym terenie. Z kolei do tego na Rudzkiej Górze nie można wejść, został przysypany ziemią.

– Niestety nie ma literatury, które by mówiła o tych schronach obrony przeciwlotniczej – mówił Dariusz Trzepla. – Sami zgłębiamy ich tajemnice.

Dariusz Trzepla i jego przyjaciele szukali też innych schronów, nie tylko należących do niemieckiego dowództwa obrony przeciwlotniczej, znajdujących się na terenie Łodzi. M.in jeden z nich odnaleźli na peronie dworca Łódź - Kaliska. Niestety wejście do niego było przykryte betonową płytą. Prawdopodobnie zbudowano go jeszcze przed wybuchem II wojny światowej, a ten schron może być połączony z podziemnymi salami dworca. Niemiecki schron był w nasypie koło ul. Wydawniczej, obok torów kolejowych. A także na terenie dawnej Wytwórni Papierosów przy ul. Kopernika.

Bunkier w "Ortalu"

Na pewno wiele osób nie wie, że schrony ochrony przeciwlotniczej znajdują się tam, gdzie kiedyś były zakłady „Ortal”, a przed wojną fabryka włókiennicza Karola Buhle. Od strony ul. Polnej. Dziś po tej fabryce pozostał budynek starej kotłowni. Wejście do schronów znajdzie się na przeciw niej, skieruje tam nas jeden z wywietrzników. Podobnie jak przy ul. Liściastej tutaj też ktoś urządził śmietnisko. Do środka można wejść tylko jednym wejściem, drugie jest przysypane. Ale by znaleźć się w bunkrze trzeba zejść na dół omijając wielką górę śmieci. W środku jest już lepiej. Widać długie, zakręcające korytarze. Przy ścianach stoją jeszcze ławki, niektóre nawet dobrze zachowane. Wiele wskazuje, że zrobili je jeszcze Niemcy. Na końcu korytarza znajduje się drzwi do toalet. Ma się wrażenie, że tu, kilka metrów pod ziemią zatrzymał się czas...Podobne bunkry znajdzie się przy ul. Chochoła, na Olechowie.

Brus i Bałucki Rynek

Kompania Brus opiekuje się schronem znajdującym się na Brusie, w okolicach ul. Konstantynowskiej. Dzięki działaczom tego stowarzyszenia dziś to najlepiej zachowany schron na terenie Łodzi. Zbudowano go prawdopodobnie w 1937 roku.

- Odnalezione przez nas dokumenty pochodzą z 1928 roku, kiedy to już planowano budowę tego obiektu wojskowego – czytamy na stronie internetowej Kampanii Brus. - Schron z pobliskim budynkiem koszarowym mogły pełnić funkcję pomocniczej składnicy uzbrojenia i zapewniać środki walki żołnierzom odbywającym ćwiczenia na pobliskim poligonie.

Schron ma około 180 metrów kwadratowych powierzchni. Wchodzi się do niego przez stalowe, gazoszczelne drzwi. - Budowla posiada dwa wyjścia ewakuacyjne i jeden otwór nieznanego przeznaczenia – czytamy w opisie schronu Wewnątrz znajduje się 8 pomieszczeń, chroni je strop o grubości 40cm przykryty metrową warstwą ziemi oraz płytami detonacyjnymi. Jak niemal wokół każdego obiektu tego typu, także wokół tego krążą legendy. Według jednej z nich budowla posiada jeszcze jedną, ukrytą kondygnację, a także tunel, którego wylot znajduje się w pobliskim lesie. Wątpliwe, aby była to prawda, pewne jest jednak, że schron nie odkrył jeszcze wszystkich swoich tajemnic. Obiekt ciągle czymś zaskakuje. Podczas remontu stwierdzono, że obecny układ pomieszczeń odbiega od pierwotnego zamysłu budowniczych – odkryto ślady po usuniętych ściankach działowych, ukazały się także zamurowane przejścia. Prace porządkowe na zewnątrz ujawniły z kolei, zakopane przy jednym z wyjść, elementy oryginalnej instalacji wentylacyjnej, znaleziono także niemiecki pojemnik po masce przeciwgazowej oraz filtr od maski. Pochodzą z czasów II wojny światowej.

Schrony znajdują się też pod Rynkiem Bałuckim. Nie ma jednak szans, by je zobaczyć. Nad nimi wybudowano halę targową. Bunkry te wznieśli Niemcy. Powstały wzdłuż ul. Zawiszy. Były przeznaczane funkcjonariuszy Litzmannstadt Getto. Miejsce na budowę tych schronów nie wybrano przypadkowo. Na rogu ul. Zgierskiej i Limanowskiego, w budynku na parterze którego jest dziś apteka, znajdował się VI rewir Schupo i gestapo. W tzw. czerwonym domku, czyli dawnej plebanii kościoła Najświętszej Maryi Panny siedzibę miała policja kryminalna.

- To dla pracujących tam Niemców w 1943 roku wybudowano te bunkry – mówi Wojciech Źródlak.

O istnieniu tych bunkrów wspomina Kronika Getta. Najpierw pojawia się w niej informacja, że są budowane. W jednej kronik z 1944 roku wspominano, że Niemcy próbowali je alarmowo.

Ruszyła budowa bariery na granicy polsko-białoruskiej

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie