Teatr im. S. Jaracza w Łodzi: Miłość, czyli najtrudniejsza ze sztuk - RECENZJA

Dariusz Pawłowski
Dariusz Pawłowski
Dwie osobowości, które połączyła miłość wzięta z poezji zapisywanej na kartkach: A. (Elżbieta Zajko) i J. (Marek Nędza)
Dwie osobowości, które połączyła miłość wzięta z poezji zapisywanej na kartkach: A. (Elżbieta Zajko) i J. (Marek Nędza) Andrzej Wencel
Udostępnij:
Gdy wszystko musi być fajerwerkiem, efektownym obrazem, podlegającym natychmiastowemu olajkowaniu lub zhejtowaniu w sieci miłość Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory opowiedziana w nowej premierze Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi skryta jest za słówkami, drobiazgami, niedopowiedzeniami. I dlatego jest tak piękna, w cudownie ostentacyjnie retro spektaklu.

Miłość dwojga polskich gigantów słowa, poezji, czy tekstów piosenek, nie była książkowym przykładem doskonałości, trudno też stawiać ją za wzór, może nawet najbardziej elegancko byłoby, gdybyśmy o niej w ogóle nie wiedzieli. Bo przecież Jeremi Przybora był wówczas jeszcze żonaty, ich uczucie pewnie w tamtym momencie unieszczęśliwiło Bogu ducha winne dzieci, oboje mieli na kontach niemało połamanych serc, różnili się wielce, przede wszystkim temperamentem - gdy postanowili razem zamieszkać, wytrzymali pod jednym dachem zaledwie miesiąc. Jednak to, jak burzliwe koleje swojego uczucia zapisali, jest literaturą najwyższej próby, niecodzienną codziennością w wiersz zamienioną, emocją, której trudno do głębi prawej i lewej komory serca nie odczuć.

Sławomir Narloch, autor adaptacji na podstawie korespondencji i twórczości Agnieszki Osieckiej oraz książki „Listy na wyczerpanym papierze” pod redakcją Magdy Umer, zarazem reżyser przedstawienia (dla studenta V roku Wydziału Reżyserii Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie jest to spektakl dyplomowy) właśnie za poezją, a nie samymi bohaterami i wydarzeniami z ich związku, podążył, co okazało się zwycięstwem przedstawienia. W dodatku młody realizator zdaje się w miłość i słowo nadal wierzyć, dostrzegając w nich wartości ponadczasowe, niezależne od okoliczności, co zawarł w lekkiej trawestacji tytułu publikacji Magdy Umer na „Listy na (nie)wyczerpanym papierze” (inscenizacji towarzyszy świetny plakat Aleksandra Walijewskiego). Sławomir Narloch z czułością prowadzi niespieszną narrację, przy nieskomplikowanej, dzielącej opowieść na kolejne kadry scenografii, kostiumach skrótem podkreślających epokę i znakomitej reżyserii świateł (Sonja Marczewski, Marek Idzikowski) buduje czarowne, metaforyczne sceny, nie rozpraszające nadmiarem uwagi widza, tylko pozwalające skoncentrować się na słowie i licznych kolorach relacji głównych bohaterów, w których pławią się aktorzy. Co więcej, nawet gdy reżyser dotyka trudnych elementów w biografiach i naturach postaci romansu (skrytych tu za literami A. i J.) - jak uległość wobec alkoholu z jednej strony, czy skłonność do zawłaszczenie partnera z drugiej - zachowuje subtelność w odkrywaniu wstydliwego i delikatność teatralnego znaku.

Sławomir Narloch niczego i nikogo tu nie ocenia, eksponuje miłość, która w twórczości i poprzez twórczość obojga się rodziła i trwała, z niej wyniosła magię. Bo jak nie zakochać się w namiętności takich wyznań: „Coś ty zrobił, Jeremi… Zostawiłeś mnie samą w pustym mieście, w którym pełno jest tylko Twojej nieobecności… Żeby Warszawę doprowadzić do takiego stanu… To tylko Ty potrafisz”. A gdy już umościmy się w bajce, zza jej kart zaczynają wyzierać ból i rozczarowanie. Jednocześnie jednak przenikające spektakl przekonanie, że miłości, jak by ona nie była, odrzucać nie wolno.

Oczywiście, w miłości A. i J. nie mogło zabraknąć piosenek, wcale nie w oczywisty sposób dobranych. Całość zaś została pierwszorzędnie rozpisana na kwartet aktorów w fantastycznej formie oraz będącą muzyką Annę Dudek, grającą na harfie z elektronicznym wspomaganiem, zjawiskowo wzbogacającą przedstawienie zmysłowością grania na żywo.

Poszczególne utwory ubrano w niełatwą, miejscami odważną aranżację autorstwa Jakuba Gawlika, ale dla kapitalnie śpiewających aktorów „Jaracza” to zadanie unoszące jak strumienie wina w Portofino. Agnieszka Skrzypczak jest aktorskim żywiołem nawet, gdy milczy i patrzy płonącymi oczami, a gdy potrzeba, zabiera nas w przepastny kosmos zapierającej dech żarliwości. Elżbieta Zajko za nieznacznym uśmiechem i gestem chowa wyzwolenie i oddanie kobiety, która kocha, ale po swojemu. Szlachetne aktorstwo, „dopięte” w najdrobniejszym detalu prezentuje Marek Nędza, celną przeciwwagą jest żywy chłopięcą miłością swojego bohatera Łukasz Stawowczyk. Wszyscy naturalnie prowadzą widzów przez huśtawkę emocji, tworzą idealne combo, jednocześnie nie tracąc ni szczypty z indywidualności.

„Listy na (nie)wyczerpanym papierze” to ogrzewająca jak ulubiony koc tęsknota za czasami, gdy dziewczyny pięknie kochały, mężczyźni zapominali przy nich o całym świecie, a wódka miała smak nadziei. Chyba już tylko sztuka i artyści potrafią to dla nas przechować.

Łozińska i Melcer o rolach w filmie pt. "Lokatorka"

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie