„Tenet”: Raz do przodu, raz do tyłu, ale nie zawsze bezwarunkowo do celu [RECENZJA]

Dariusz Pawłowski
Dariusz Pawłowski
Czesław Miłosz zapewniał, że innego końca świata nie będzie. Po raz ostatni zamykamy oczy i wszystko znika, choć nadal wschodzi słońce, dzieci się rodzą, „trzmiel nawiedza różę”. A gdyby tak sprawić, że umierając naprawdę zabierzemy ze sobą cały świat? Może być większa władza na ziemi? - recenzja premierowego filmu "Tenet".CZYTAJ NA KOLEJNYM SLAJDZIE
Czesław Miłosz zapewniał, że innego końca świata nie będzie. Po raz ostatni zamykamy oczy i wszystko znika, choć nadal wschodzi słońce, dzieci się rodzą, „trzmiel nawiedza różę”. A gdyby tak sprawić, że umierając naprawdę zabierzemy ze sobą cały świat? Może być większa władza na ziemi? - recenzja premierowego filmu "Tenet".CZYTAJ NA KOLEJNYM SLAJDZIE Warner Bros. Entertainment Polska
Udostępnij:
Czesław Miłosz zapewniał, że innego końca świata nie będzie. Po raz ostatni zamykamy oczy i wszystko znika, choć nadal wschodzi słońce, dzieci się rodzą, „trzmiel nawiedza różę”. A gdyby tak sprawić, że umierając naprawdę zabierzemy ze sobą cały świat? Może być większa władza na ziemi? - recenzja premierowego filmu "Tenet".

Pierwszy blockbuster, który oglądamy w multipleksach po ich uruchomieniu w pandemicznym czasie, nie zawodzi swoją widowiskowością i nastrojem. Światu zagraża III wojna światowa, w ratowanie ludzkości zaangażowani zostają przetestowani agenci specjalni i ambitni naukowcy. Eksplozje się mnożą, czas zmienia kierunek, samochody koziołkują na autostradach, wystrzelone pociski wracają do luf pistoletów, co chwila w ruch idą pięści. Mamy nawet samolot, który demoluje lotnisko i zmiany lokacji w atrakcyjnych zakątkach globu, niczym w opowieściach o przygodach Jamesa Bonda. Są również tajemniczy tamci z przyszłości, którzy chcą się rozprawić z przeszłością oraz ich łącznicy z teraźniejszością, którzy pragną zawładnąć nad współczesnością, by zapewnić sobie świetlaną (a może wieczną) przyszłość. Uff...

Tu nawet konstrukcja jest jak należy, bo zaczynamy od efektownego, dynamicznego wprowadzenia, by dobrnąć do imponującego, rozgrywającego się w kilku planach czasowych finału. A nad całością gęstnieje, charakterystyczny przecież dla Christophera Nolana, klimat zaburzenia czasoprzestrzeni, niepewności dotyczącej realności tego, co określamy jako rzeczywistość, dwuznaczności intencji postępowania bohaterów. Zostajemy zanurzeni w niemal fizycznie dotykającej widza, oblepiającej nieczytelnością i bezwzględnością, skrytej za naszą banalną codziennością przestrzeni nieustannych zmagań dobra ze złem, gdzie już od dawna dobro nie jest oczywiste, a zło osiągnęło niebotyczne rozmiary.

Nolan - do czego również już nas przyzwyczaił - nie zostawia wszystkiego jedynie wrażeniom, lecz ubiera budowany na ekranie świat w solidny naukowy gorset. Przy doradczym wsparciu astrofizyków (w tym gronie był i laureat Nagrody Nobla za zaobserwowanie fal grawitacyjnych, Kip Thorne) przedstawia teorię tzw. odwróconej entropii jako naturalne zjawisko, w którym przyszło nam funkcjonować. Które jednak nie zawraca zmierzającego do chaosu wszechświata ku ładowi, ale wyzwala jeszcze mroczniejsze pragnienia u tych, którzy wszechświat zaludniają.

Handlarz bronią Andrei Sator, który może sobie kupić co zapragnie, a rządzi wzbudzając strach, zamierza nawet doprowadzić do tego, że w chwili jego śmierci, z powierzchni ziemi zniknie całe życie. Nie będzie powrotu do początku stworzenia. Co było, to było - powtarza jeden z bohaterów. Znaczy się - Raj też już był i powrotu do niego nie ma. Porządek, czyli pozostawienie większości świadomości linearnego następowania po sobie kolejnych minut życia, może zaprowadzić tylko bezimienny, nazywający siebie Protagonistą, wyposażony w słowo-broń - palindrom Tenet, z którym można wędrować od początku do końca, ale i od końca ku początkowi.

Nolan gmatwa narrację, tworzy pozory wieloznaczności, ale w przypadku tej produkcji wszystko to ma służyć przede wszystkim widowisku, jak by zakładał, że przygaszeni pandemią potrzebujemy eksplozji, by wyrwać się z marazmu. Reżyser robi wiele, by nas zadowolić, wraz z autorem mocnej ścieżki dźwiękowej (Ludwig Göransson), chwilami rzeczywiście wciska widza w fotel, ale całością nie uwodzi. Majestatyczny pomysł, który stanowi punkt wyjścia, rozpryskuje się na drobne, gdy Nolan sięga po nachalne rozwiązania ze standardowego kina sensacyjnego, opatrując je dialogami łopatologicznie tłumaczącymi akcję. Jakby twórcy i producenci zapędziwszy się, zlęknieni zawracali z nie odkrytych rejonów ku konieczności przygotowania produktu do sprzedaży w wyjątkowo trudnych czasach.

Nad filmem ciąży również, moim zdaniem, błąd obsadowy w głównej roli. John David Washington nie ma charyzmy, pomiędzy nim i pozostałymi aktorami nie ma chemii, powstała zbyt papierowa postać, nawet jeżeli nie pełnokrwiści bohaterowie interesowali Nolana tym razem. Siłę kreacji i magnetyzmu pokazują Robert Pattinson oraz Kenneth Branagh w roli czarnego charakteru, który sięga po nawet karykaturalne i przerysowane środki, ale tłumaczą się one tutaj znakomicie, gra bowiem człowieka bezdusznego. Dobra jest Elizabeth Debicki, która „gra” tu również swoim niebagatelnym (1,90 m) wzrostem.

Dynamiczny „Tenet” gubi rytm. Gdy Protagonistę od myślenia i komplikacji w pewnym momencie boli głowa, słyszy radę: „Prześpij się”. Niektórym może się to zdarzyć podczas projekcji.

Tenet USA/Wlk. Brytania/Kanada, sci-fi, reż. Christopher Nolan, wyst. John David Washington, Robert Pattinson

★★★★☆☆

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Pamiątki po rotmistrzu Pileckim

Wideo

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Dziennik Łódzki
Dodaj ogłoszenie