Piotrkowianka w ciągu miesiąca wzięła cztery kredyty. Tak jej doradzili pośrednicy i namawiali na... kolejny kredyt. Chciała pożyczyć 18 tys. a ma do spłaty 130 tys. zł.

Do 10 sierpnia na komendę policji w Piotrkowie zgłosiło siedmioro pokrzywdzonych, a po zawiadomieniu pani Anny, Prokuratura Rejonowa w Piotrkowie wszczęła śledztwo. Kilka osób było u miejskiego rzecznika konsumentów w Piotrkowie. Co najmniej kilkanaście odwiedziło bank, który - choć już wypowiedział umowę pośrednikowi - ciągle musi się tłumaczyć z działań punktu...

Historia pana Radosława Dwornika i jego mamy zaczęła się pod koniec czerwca.

To wtedy, potrzebujący pieniędzy 41-latek zajrzał do punktu doradztwa kredytowego przy ul. Toruńskiej. Jak wspomina, mijał go chodząc tamtędy na cmentarz, a biuro kusiło ofertą „czyszczenia BIK” i kredytami od znanych banków.

- Sprzedali mi bajkę, że mi jest potrzebna pomoc, że przez pierwsze trzy miesiące kredyt będzie na mamę, później przejdzie na mnie. Pytam się, czy będą prowizje - mówią, że prowizji żadnych nie pobierają – wspomina pan Radosław.

Pierwsza umowa, na kredyt z banku A. została podpisana 29 czerwca. Pani Anna chciała 18 tys. zł, ale dostała 40 tys. zł, z czego 13.800 zł miała wpłacić... Personal Finanse’om.

Pan Radosław „kupił” tłumaczenia pracownic punktu: - Mówiły, że te pieniądze nie giną - idą do ich centrali. Później z tych pieniędzy oni rozliczają się z bankiem, że w ogóle te pieniądze nie są „wzięte” w kredyt.

Dopiero, gdy mleko się wylało, i pan Radosław – po miesiącu, z banku, nie od pośrednika - dostał umowę kredytu, okazało się, że do spłaty jest aż 94 tys. 264 zł. Wtedy też odkrył, że na umowie jest podpis doradcy kredytowego, który potwierdza wiarygodność i podpis pani Anny, ale... przy podpisaniu umowy go nie było. Były tylko pracownice z Toruńskiej.

Nam mówili, że kurier przywiezie tę umowę za dwa dni, że to idzie do przedstawiciela banku, że on to musi odesłać i ma na to dwa tygodnie - to było wszystko robione specjalnie, żebyśmy nie skorzystali z odstąpienia od umowy, bo przecież gdybyśmy zobaczyli od razu, to by było stop - dodaje pan Radosław.

Zanim jednak pan Radosław poukładał w głowie wszystkie fakty, 12 lipca razem z mamą był na podpisaniu umowy na drugi - „korzystniejszy” kredyt w banku B.

- Dzwonili, że odpowiedział następny bank i jest o lepsza oferta, mniejsze oprocentowanie, mniejsza marża - opowiada pan Radosław, który usłyszał, że drugi kredyt pozwoli spłacić pierwszy, a 13.800 zł, które „poszły do centrali” służą po to, by Personal Finanse pokryły różnicę.

Piotrkowianie podpisali umowę na kredyt z banku B. Na konto pani Anny wpłynęło 25 tys. zł, z czego ponad 5 ponownie „jako zabezpieczenie” przelała na rzecz punktu kredytowego. Pozostałą kwotę od razu wpłaciła do banku A.

Panu Radosławowi tłumaczono, że to dobre rozwiązanie, do czasu, aż usłyszał, że nie można już odstąpić od umowy z bankiem A., bo minęły dwa tygodnie i będą kary i odsetki. I że zabrakło pieniędzy na zamknięcie tego kredytu, i że jeszcze lepszym rozwiązaniem będzie... otworzenie trzeciego kredytu.

Człowiek się wtedy już wystraszył, że zostawią nas z tymi dwoma kredytami. Ale to wszystko było bardzo szybko - to jest mydlenie oczu i pranie mózgu, są tak przeszkoleni, no „doradca” to człowiek mu ufa - opowiada mężczyzna.

Trzeci kredyt - z banku C. został podpisany 21 lipca na 20 tys. zł z czego 11 tys. pani Anna po raz kolejny wpłaciła na rzecz Personal Finanse’ów. Pozostałe 9 tys. zł Dwornikowie od razu wpłacili do banku A. na spłatę pierwszego kredytu.

- Teraz, jak na to wszystko patrzę, to nie wierzę, że dałem się nabrać. Bo to nie są jakieś parabanki, ale umowy bankowe, więc człowiek im zawierza. Analitycy, centrala, Wrocław… Przecież tutaj był doradca w domu, teraz nie odbiera telefonów - opowiada pan Radosław, który codziennie próbuje ostrzec kolejnych klientów przed korzystaniem z usług punktu na Toruńskiej.

Niestety, już wie, że nie tylko on dał się wciągnąć w spiralę długów. Co więcej, zgłaszają się do niego ludzie, którzy ostatecznie nie wzięli kredytu znalezionego przez Personal Finanse, ale firma domaga się od nich kilkunastotysięcznych opłat za „doradztwo”.

Tymczasem wizyta doradcy w domu 64-letniej piotrkowianki spowodowała, że 23 lipca pani Anna podpisała kolejną umowę, na czwarty kredyt.

Tym razem z bankiem D. Kwota to 30,5 tys. zł, z czego doradcom wpłacili ponad 4 tys. zł. Czwarty kredyt miał być „docelowy”, a doradca w domu pani Anny wziął wcześniejsze umowy - z banku B i banku C. Odsunął je na bok i powiedział, że „centrala już to załatwiła, tym nie musicie się państwo przejmować”.

Także pieniądze z tego kredytu Dwornikowie wpłacili do banku A., ale gdy pani Anna była przy kasie dostała telefon, że jest pilnie potrzebna na Toruńskiej. Tam czekała umowa na... piąty kredyt.

- Nawet nie wiem, w jakim banku - mówi pani Anna.

Oboje z synem dziś już wiedzą, że doradcy działali tak szybko, żeby informacje o jej zadłużeniu w banku A. nie dotarły do BIK, bo wtedy żaden inny bank by jej nie dał kolejnego kredytu.

Jeszcze tego samego dnia pan Radosław objechał banki, które udzieliły mamie kredytów. Okazało się, że żaden nie jest „zamknięty”. Co więcej, okazało się, że piotrkowski oddział banku A. od zimy nie współpracuje z punktem, że umowę podpisał warszawski doradca, który taką umowę ma. Wyszło też na jaw, że biuro z Toruńskiej jest „na czarnej liście” piotrkowskich placówek banku B.

- Wtedy zrozumiałem, dlaczego nam kredytu udziela bank B. z Tomaszowa - mówi dziś pan Radosław, który w banku C. dowiedział się, że gdyby przyszedł tam bezpośrednio, to same koszty kredytu były tańsze o 4 tys. zł.

Wtedy już nie miał wątpliwości, że został oszukany i zgłosił się do prokuratury.

Sławomir Mamrot, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Piotrkowie potwierdza, że śledczy już się zajęli zawiadomieniem. Zostało wszczęte śledztwo, które jest prowadzone w kierunku art. 286 kk

„Kto, w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, doprowadza inną osobę do niekorzystnego rozporządzenia mieniem za pomocą wprowadzenia jej w błąd albo wyzyskania błędu lub niezdolności do należytego pojmowania przedsiębranego działania, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8”.

Okazuje się, że podobną sprawę prowadzi Prokuratura Rejonowa Wrocław Stare Miasto, bo tu mieści się „centrala”, do której odsyłają panie z Toruńskiej.

Postępowanie wszczęto po zawiadomieniu Urzędu Komisji Nadzoru Finansowego, które wpłynęło w ubiegłym roku i dotyczyło działalności pośrednictwa ubezpieczeniowego bez wpisu do rejestru pośredników. Później okazało się, że w grę wchodzi także pośrednictwo finansowe.

Zgłoszenia dotyczą usług świadczonych we Wrocławiu i innych miastach w kraju. Do tej pory zgłosiło się kilkadziesiąt osób.

- Pokrzywdzeni z Piotrkowa mogą pisemnie przesłać zawiadomienie do prokuratury wrocławskiej z prośbą o przesłuchanie w miejscu zamieszkania lub informować prokuraturę w Piotrkowie, że w PR Wrocław Stare Miasto toczy się już takie postępowanie - mówi Małgorzata Klaus, rzecznik Prokuratury Okręgowej we Wrocławiu.

Sprawa jest wielowątkowa i niewątpliwie rozwojowa. Ta sama działalność prowadzona jest pod różnymi nazwami - dodaje prokurator Klaus. Chodzi m. in. o firmy Proculus i Europejską Grupę Finansową Council.

Tymczasem punkt na Toruńskiej, już po upublicznieniu sprawy, działa w najlepsze. „Personal Fajnans, słucham” - telefon odbiera pani o miłym, ale pewnym siebie tonie głosu. Do całej sprawy odnieść się nie chce, bo „jest ochrona danych”, a ona „nie wie, z kim rozmawia”.

Odmawia także wizyty osobistej, notuje nasze dane (nazwisko, telefon, adres mejlowy) i obiecuje, że jeszcze tego samego dnia oddzwoni do nas ktoś z „centrali”. Oczywiście nikt już nie oddzwania.