Nasza Loteria SR - pasek na kartach artykułów

W ręku skalpel, na plecach kredyt, a w żyłach efedryna

Redakcja
Marek Grotkowski
Na początku masz świetną pracę, czujesz satysfakcję i endorfiny. Później przychodzi lepsze życie, drugi kredyt i kolejne dobrze płatne dyżury. Czwarta kawa, trzeci Red Bull, a dalej efedryna. Czujesz moc, a później padasz. Wtedy uświadamiasz sobie, że nie pracujesz, bo chcesz, tylko pracujesz, bo tak musisz. To nie życie jednostki, a wielu lekarzy, o których samopoczucie do tej pory nikt nie pytał. Teraz ma zapytać.

Łukasz został pełnoprawnym lekarzem 15 lat temu. To było spełnienie jego marzeń, a w tamtych czasach o przepracowaniu i wypaleniu zawodowym w służbie zdrowia się nie mówiło.

W żyłach lekarzy płynęła pasja wymieszana z kawą, paracetamolem i efedryną. Na oddziały woziło się walizkę z ciuchami, zapasem maszynek do golenia i podręcznych kosmetyków. O żonie przypominały zdjęcia. Kolejne nadgodziny, kolejny dyżur, kolejna nocka na szpitalnej wersalce i nadzieja, że na stołówce zostanie jeszcze porcja gorącego obiadu, który uda się zjeść.

My młodzi byliśmy jak brzytwy. Co kazali, to robiliśmy. Chciało nam się i nikt się nie sprzeciwiał.

- wspomina pewien wiekowy ordynator z łódzkiego szpitala. Sam przestał dyżurować po tym, jak kilka razy złapał się za serce.

Łukasz nie przestawał. Najpierw zrobił specjalizację z interny, później został kardiologiem. Pracował w całym woj. łódzkim. W poradniach leczył głównie choroby wewnętrzne, a w szpitalach pacjentów kardiologicznych. Informacja o jego śmierci podczas dyżuru wstrząsnęła lekarskim światkiem, bo mężczyzna miał zaledwie 39 lat.

- Pamiętam go. Był bardzo dobrym lekarzem, ale nagle zniknął ze szpitala - mówi jeden ze specjalistów z łódzkiego „Kopernika”.

Tam Łukasz pracował w 2016 r. Jedni mówią, że pracował tyle, że praktycznie sypiał w samochodzie, inni twierdzą, że to bzdura. - My wszyscy wozimy walizki z ciuchami, bo nigdy nie wiemy, kiedy zamkniemy za sobą drzwi oddziału - tłumaczy lekarz.

Ciało Łukasza znaleziono w gabinecie pleszewskiego szpitala, w którym miał swój ostatni dyżur na kontrakcie, nie etacie. Nie dotyczyły go zatem normy czasu pracy, ale dzięki takiej formie umowy zarabiał wyższą stawkę godzinową. Martwego lekarza znaleziono dziewięć godzin po tym, kiedy ostatni raz widziano go przy pacjencie i dwie godziny po zakończeniu przez niego dyżuru. Nie otwierał drzwi i nie reagował na wezwania pracowników. Sekcja zwłok młodego kardiologa wykazała, że „do śmierci doszło wskutek niewydolności krążeniowo-oddechowej”. Czy Łukasz dziś by żył, gdyby zamiast kolejnego dyżuru poszedł do lekarza i się zbadał? Może.

Nie mamy czasu na zauważenie u siebie objawów choroby czy wypalenia zawodowego, bo jesteśmy uwięzieni w zobowiązaniach zawodowych, które wymagają od nas takiej katorżniczej pracy. Na początku swojej drogi lekarze zachłystują się tym, że mogą zarobić i jeszcze więcej dorobić. Mają po 30 lat i myślą, że wypiją kolejny energetyk, wezmą zimny prysznic i będą pracować dalej. Przyzwyczajają się do pewnego poziomu życia i później się okazuje, że nie robią tego, bo chcą, tylko dlatego, że muszą

- mówi łódzki lekarz Filip Płużański, który dwa lata temu brał udział w proteście głodowym w warszawskim szpitalu.

Dwie grupy lekarzy

Łukasz nie jest pierwszym, który prawdopodobnie zapracował się na śmierć. Organizm 44-letniej łódzkiej anestezjolog nie wytrzymał w czwartej dobie pełnionego non stop dyżuru w Białogardzie. W szpitalnym gabinecie na poddaszu znalazły ją pielęgniarki. Lekarka oczywiście nie była pracownikiem etatowym tego szpitala. Pracowała na kontrakcie. Sekcja zwłok kobiety wykazała, że zmarła z powodu przyjmowania silnych leków.

Lekarze mówią między sobą podczas spotkania ze mną, że tym silnym lekiem prawdopodobnie był fentanyl, przeciwbólowy środek anestezjologiczny i nowy supernarkotyk, który uzależnia szybciej niż metaamfetamina i zabija częściej niż heroina.

- Zgony, o których trąbią dziennikarze, najczęściej są przez alkohol albo narkotyki. W zasadzie, lekarzy można podzielić na dwie grupy. Takich, którzy z powodu swojego zawodu są przewrażliwieni na punkcie zdrowia, dbają o nie, i tych jest większość. Druga grupa to ci, którzy piją, „biorą”, nie badają się, bo dopóki nie boli, to do lekarza się nie idzie - mówi jeden z łódzkich specjalistów.

Przez ostatnich kilka lat podczas pracy zmarło dwóch chirurgów po dyżurze w szpitalu Bonifratrów, chirurg w Centralnym Szpitalu Klinicznym i w szpitalu w Pabianicach. A zasłabnięcia w trakcie pracy są niemal normą.

Po podwyżkach i reformach systemu ochrony zdrowia, którymi chwali się rząd, miało być lepiej. Lekarze mieli mniej pracować i lepiej zarabiać. Co się zmieniło?

CZYTAJ DALEJ NA NASTĘPNEJ STRONIE...

Gdzie Holandia, a gdzie Polska

- Na pewno zmieniły się nasze wynagrodzenia. Podniosły się pensje rezydentów i specjalistów, którzy zdecydowali się podpisać lojalki, ale - o czym mówiliśmy podczas protestów - podwyżki nie rozwiążą problemu. Tu potrzeba zupełnie nowej organizacji systemu ochrony zdrowia - uważa lekarz Filip Płużański. - To, w jaki sposób organizujemy sobie pracę, zależy od popytu na nasze usługi. A ten popyt jest ogromny, bo jest nas za mało, a państwowa opieka zdrowotna zorganizowana jest w sposób chaotyczny. Jej cel nie jest jasno określony. Nikt nie premiuje dobrych efektów leczenia, czyli np. szybszego powrotu do zdrowia, tylko wykonanie większej liczby procedur. Szpital musi być efektywny finansowo i dyrektorzy, chcąc nie chcąc, wybierają procedury pod względem ich ceny i opłacalności wykonania, a rzadko efektu i korzyści dla pacjenta. Powinniśmy zastanowić się nad przekształceniem obecnego NFZ i wprowadzeniem systemu ubezpieczeń społecznych, tak jak to działa w Holandii. Ich ochrona zdrowia stawiana jest za wzór. Zorganizowali ją w taki sposób, że celem nie jest wyłącznie uleczenie każdego pacjenta, tylko takie przywracanie chorych do pracy, by zminimalizować koszty leczenia, czyli np. zwolnień lekarskich i świadczeń. Patrzą szeroko i perspektywicznie, a nie tak jak u nas, gdzie lepsza procedura to tańsza procedura - dodaje.

Filip Płużański szkolił się w jednym z holenderskich szpitali, a tam lekarze nie dyżurują na kontraktach. - Tam lekarz przychodzi do pracy rano, kończy o 16 i idzie do domu. Zapytałem jednego, gdzie później ma gabinet i przyjmuje pacjentów, ale nie wiedział, o czym mówię. Musiałem wyjaśnić, że u nas to właśnie tak wygląda. Zapytałem, gdzie w takim razie pracuje w weekend, a on na to, że odpoczywa. Chyba że ma normalny dyżur w swoim szpitalu, bo przecież ludzie chorują także w nocy i święta - dodaje Płużański.

Wypaleni i zmęczeni

Naczelna Izba Lekarska zbadała w 2013 r. wypalenie zawodowe wśród polskich lekarzy. Wtedy dotyczyło ono ok. 30 proc. medyków. Dziś dość swojej pracy może mieć więcej niż połowa - tak przynajmniej twierdzą sami lekarze. Jeden z łódzkich medyków postanowił zbadać skalę tego problemu. Badanie rozpoczęło się w styczniu, a wyniki mamy poznać w tym roku.

- Lekarze to jedna z grup zawodowych najbardziej narażonych na wypalenie. Powodem jest zbytnie angażowanie się w problemy pacjentów, trudne relacje na linii pracownik - przełożony oraz sposób wynagradzania i doceniania - mówi lekarz Mateusz Kowalczyk, inicjator badania i sekretarz w łódzkiej Radzie Lekarskiej. - Zbyt niskie wynagrodzenia przekładają się na mniejszą satysfakcję z wykonywanej pracy. Jednocześnie, żeby podnieść swój poziom zadowolenia z płacy, pracujemy coraz więcej. Mamy poczucie przeciążenia pracą, zmagamy się z dużym nakładem obowiązków i wiecznym pośpiechem. Nie godzimy życia zawodowego z życiem prywatnym. Najpierw pojawia się wyczerpanie emocjonalne, potem obniżone poczucie dokonań osobistych i depersonalizacja.

Łódzki samorząd lekarski chce opracować wytyczne dla medyków, którzy rozpoznają u siebie objawy wypalenia zawodowego, żeby wiedzieli, co robić i gdzie szukać pomocy.

- Nawet jeśli ten projekt przyczyni się do uratowania jednego lekarza, to uznamy, że było warto - kwituje Mateusz Kowalczyk.

emisja bez ograniczeń wiekowych
Wideo

Nordic walking, ulubiony sport seniorów

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na dzienniklodzki.pl Dziennik Łódzki