Warszawianka z urodzenia, łodzianka z wyboru. Walczyła w powstaniu

Anna Gronczewska
archiwum prywatne/Krzysztof Szymczak
Gryzelda Studzińska niedługo skończy 92 lata. Jest już jedną z ostatnich żyjących walczących w Powstaniu Warszawskim. Wspomnienia tamtych wydarzeń wracają coraz częściej, nie tylko przed 1 sierpnia. Są bardzo bolesne...

Warszawianka z urodzenia, łodzianka z wyboru. Walczyła w powstaniu

Gryzelda Studzińska, gdy wybuchło powstanie miała 15 lat. Jako harcerka Szarych Szeregów była sanitariuszką w polowym szpitalu w Warszawie...

- Wspomnienia z powstania są dla mnie trudne – mówi. - Im więcej mija czasu to bardziej bolą. Trzeba jednak o tym mówić..

Gryzelda Studzińska śmieje się, że z urodzenia jest warszawianką, a z wyboru łodzianką. Do Łodzi rzuciły ją wojenne losy. Ale z tym miastem związała się na dobre i na złe. Na świat przyszła w Warszawie, w 1929 roku. Mieszkała z rodziną na Starym Mieście. Tata Kazimierz był kolejarzem, mama Aniela zajmowała się domem i dorabiała kuśnierstwem. Siostra Alina była starsza od Gryzeldy o cztery lata.

- Gdy wybuchła wojna miałam 10 lat – wspomina pani Gryzelda.- Tatę jako kolejarza skierowano na wschód, ale wrócił do domu. Harcerką jeszcze nie byłam. Ślubowanie można było złożyć dopiero po skończeniu 11 lat. Harcerką była już moja siostra.

Publiczna egzekucja

Pani Gryzelda także e końcu złożyła takie ślubowanie. Trwała już wojna. Było to 3 maja 1940 roku. Została członkiem Szarych Szeregów i 52 Drużyny Harcerskiej im. Klaudyny Potockiej.

- Niedługo po tym dostałam do wykonania swoje pierwsze zadanie harcerskiej – opowiada Gryzelda Studzińska. - Razem z koleżanką Janeczką miałyśmy zapalić znicze przy gablocie z szubienicą na której zginął Romuald Traugutt i jego towarzysze. Stała nad Wisłą na Wybrzeżu Kościuszkowskim. Miałyśmy zapalić te lampki 1 listopada. Zrobiłyśmy piękne lampiony z harcerskimi lilijkami. Ale nagle zobaczyłyśmy niemiecki patrol. Zaczęłyśmy uciekać, ja w czasie tej ucieczki zgubiłam buta. Pobiegłyśmy do warszawskiej cytadeli. Tam schroniłyśmy się w otworach na lufy armatnie...

Pani Gryzelda malowała na ścianach znak Polski Walczącej, roznosiła ulotki, podziemną prasę. Gdy szła do szkoły przechodziła koło murów getta. Zawsze przerzucała na drugą stronę kanapki, które przygotowała jej mama. Już w 1944 roku szła na lekcję muzyki. Niosła teczkę z nutami. Pomiędzy nimi były egzemplarze harcerskiej gazetki „Krąg”. Doszła do ul. Senatorskiej i zobaczyła, że znalazła się w pułapce. Ze wszystkich stron byli Niemcy. Zagrodzili przejście. Po jakimś czasie nadjechały ciężarówki. Wyrzucono z nich młodych mężczyzn, ustawiono pod murem i rozstrzelano..Potem ciała znów zabrano do ciężarówki..Na murze i chodniku zostały ślady krwi..

- Nie zapomnę tego widoku do końca życia! - mówi pani Gryzelda. - Po tym wszystkim pobiegłam do mojej drużynowej i opowiedziałam jej wszystko! Powiedziałam jej, że nie chce już oglądać takich rzeczy. Moim marzeniem była walka przeciw Niemcom, powstanie!

Wreszcie powstanie

I powstanie nadeszło. 31 lipca 1944 roku z domu wyszli tata i siostra, którzy należeli do Armii Krajowej. Tata poprosił Gryzeldę, by została w domu i zaopiekowała się mamą, która zachorowała i miała wysoką temperaturę.

- Choć przed godziną „W” miałam pójść na ul. Boduena, czyli dosyć daleko - opowiada. - Tam moja drużyna harcerska miała swoją placówkę. Jednak tam nie doszłam. Posłuchałam tatę i zostałam z mamą. 1 sierpnia, jeszcze przed godziną 17.00 zauważyłam, że od strony ul. Jezuickiej w stronę Starego Miasta biegnie kapelan z krzyżem, biało-czerwoną opaską na ręce, a razem z nim kilku chłopców. Wiadomo było, że zaczyna się powstanie.

Ale Gryzelda nie mogła usiedzieć w domu. Wyszła i zaczęła razem z mieszkańcami okolicznych domów budować barykadę na rogu ul. Krzywe Koło i Rynku Starego.

- Wyrywaliśmy płyty chodnikowe i z nich układaliśmy barykadę – dodaje.- Było to blisko domu, więc co godzinę tam wracałam i sprawdzałam jak czuje się mama.

W Szarych Szeregach skończyła kurs sanitariuszki. Uczyła się bandażować, gipsować. Przeszła kurs pierwszej pomocy.

- Do dziś pamiętam, że na oparzenia najlepszy był olej lniany z wodą wapienną! - śmieje się Gryzelda Studzińska.

Zgłosiła się do powstańczego szpitala polowego, który tworzył się przy ul. Długiej. Nie miała 16 lat, nie była zaprzysiężona, więc nie walczyła z bronią w ręku, pomagała w szpitalu. Zbierała pościel, piżamy, środki opatrunkowe dla tego szpitala. Któregoś dnia wysłano ją po wodę. Miała ją przynieść z Wisły.

- Poszłam tam z dwoma wiadrami – opowiada. - Nagle patrzę, że z wody wyłania się dwóch mężczyzn. Prosili, bym się nie bała. Powiedzieli, że są żołnierzami od Berlinga. Nie mogli stać bezczynnie po drugiej stronie Wisły i patrzeć jak pali się Warszawa. Popłynęli w siedmiu, ale tylko oni przeżyli, bo gdy Rosjanie zobaczyli ich w wodzie to zaczęli strzelać. Wytłumaczyłam im gdzie mają iść, by mogli zgłosić się do walki.

Czołg pułapka

Z powstania ma wiele wspomnień. Nie zapomni jednak jednego zdarzenia. Jeszcze dziś namyśl o tym co widziała w jej oczach pojawiają się łzy...To było 13 sierpnia. Powstańcy zdobyli niemiecki czołg. Jechał on ul. Świętojańską, przez Rynek Starego miasta, w stronę ul. Długiej.

- W okolicach pomnika Jana Kilińskiego wybuchł, dosłownie rozerwał się na strzępy!- opowiada pani Gryzelda. - Okazało się, że Niemcy zastawili na Polaków pułapkę. Pozostawili czołg, a w nim prawdopodobnie bombę zegarową...Fragmenty ludzkich części ciała fruwały w powietrzu. Do końca życia nie zapomnę tego widoku. My z koleżankami zbierałyśmy te ludzkie części, nie było folii, więc składałyśmy je do prześcieradeł..Pochowaliśmy je na skwerze przy kościele św. Jacka. .To było straszne...Zginęło wtedy około 300 osób!

Kanały..

Pani Gryzelda odprowadzała rannych powstańców do kanałów. Tam walczące w powstaniu dziewczyny, zwane „kanalarkami” przeprowadzały ich do śródmieścia.

- Jedną z tych „kanalarek” była moja siostra Alina – dodaje Gryzelda Studzińska.

2 września 1944 roku poddała się Starówka. Losy pacjentów z „jej”szpitala były różne. Ci, którzy mogli zeszli do kanałów. Reszta została. Podobno zabili ich Niemcy. Tak jak na ul. Piwnej w kościele św. Jacka, gdzie też było wielu rannych. Pani Gryzelda z ludnością cywilną znalazła się na dziedzińcu Zamku Królewskiego. Tam wprowadzili ich Niemcy, by wszystkich rozstrzelać.

- Nie wiem jak długo nas tam trzymali – wspomina. - Na pewno kilka godzin czekaliśmy na egzekucję. W pewnym momencie powiedzieli, że nie zabiją nas, a potraktują jak jeńców wojennych. Wiem, że jak brali ludzi z Woli, to od razu rozstrzeliwali. W czasie tego oczekiwania wyrzuciłam srebrny pierścionek z nałożoną jako oczko lilijką harcerską. Ludzie tłumaczyli, że ich zabiją, a mnie będą jeszcze męczyć, gdy zobaczą ten pierścionek. Tak więc go wyrzuciłam. Teraz żałuje, że straciłam taką pamiątkę.

Została w Łodzi

Potem przewieziono ich do Pruszkowa. Trzymano kilka dni w wielkich halach. Po czym rozwieźli do obozów. Pani Gryzelda znalazłam się tzw. obozie Breslau, czyli we Wrocławiu. Była z nią mamą. Stamtąd trafiła do Gross Rosen. Po tygodniu kobiety i dzieci wyrzucono na tzw. wolnościowe roboty. Pani Gryzelda pracowała w lesie, w fabryce amunicji. Pod koniec wojny wywieziono ją w głąb Niemiec. Amerykanie wyzwolili ją 12 kwietnia 1945 roku. Znalazła się w Wilhelmshaven, które na cześć generała przemianowano na Maczkowo. Stworzono m.in polską szkołę, szpital, administrację. Tam chodziła do gimnazjum. Po zakończeniu roku szkolnego, w 1946 roku wróciła do Polski, do Warszawy. Parę dni się tułała po stolicy. Z domu nic zostało...Na szczęście wojnę przeżyła rodzina. Wszyscy przyjechali do Łodzi. Tu Gryzelda Studzińska zdała maturę, potem skończyła polonistykę na Uniwersytecie Łódzkim,

- Siostra Alina musiała wrócić do Warszawy, bo w „czerwonej Łodzi” nie chcieli jej przyjąć na Akademię Medyczną – tłumaczy Gryzelda Studzińska. - Potem na dokumentach zobaczyła notatkę: element niepewny. W Warszawie dostała indeks i skończyła medycynę.

Pani Gryzelda uczyła polskiego w łódzkich liceach. M.in V, XIX, III czy I. Dwa razy wyszła za mąż. Miała dwóch synów. Jej młodszy syn Andrzej Terlecki był znanym działaczem opozycji w okresie PRL-u. Zmarł w 2012 roku. Żyje starszy syn Rafał...Pani Gryzelda jest prezesem środowiska warszawskiego Szarych Szeregów w Łodzi

Tokio Raport - rozmowa z Lucyną Kornobys

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie