Wesele po Łódzku, czyli zbieranie na czepek, starosta i ważna rola druhen

Anna Gronczewska
Anna Gronczewska
Udostępnij:
Tak jak dziś do ślubu i wesela przygotowywano się z wielką starannością. Istaniało wiele ślubnych i przedślubnych zwyczajów, które starano się przestrzegać. Panna młoda i pan młody elegancko się ubierali. Odpowiedni strój musieli mieć drużbowie i druhny. Ważną rolę odgrywali także starosta i starościna wesela

W dawnej Łodzi przyszli małżonkowie poznawali się na podwórku lub w kościele. Wesele odbywało się zwykle w domu panny młodej. Poprzedzały je zmówiny i zaręczyny. Na weselu bawiło się zwykle około 80 gości.

To jak wyglądało dawniej wesele w Łodzi opisali przed laty mieszkańcy naszego miasta wysyłając swoje prace na Konkurs Folkloru Robotniczego. Zygmunt Posiła, jeden z łódzkich urzędników, wspominał, że często dziewczyna i chłopak poznawali się na własnym podwórku.

- Tu powstawała sympatia, a następnie miłość - wyjaśniał. - Bywało też tak, że podrastająca młodzież wolne popołudnia, sobotnie i niedzielne, z braku inne rozrywki, wystawała przed swoimi domami i tu spotykała się z młodzieżą z sąsiedztwa. I tak nawiązywano znajomości. Dzieci robotnicze już od 12 roku życia szły do pracy zarobkowej w fabryce i to było jeszcze jedno miejsce poznawania się młodych. Również niedzielne wycieczki z rodzicami do podłódzkich lasów czy do Kweli (tak mówiono na park Źródliska), stwarzały sprzyjające okoliczności chłopcu, któremu „wpadła w oko” dziewczyna.

Instytucja swatki i swata

Okazją do zapoznania się młodych były również zabawy, uroczystości rodzinne, a także wizyta w kościele.

- Chłopak stawał przed wyjściem z kościoła ze znajomym lub znajomą dziewczyny, która mu się podobała - opowiadała Pelagia Sawicka, która po wojnie pracowała jako urzędniczka. - Dziewczyna się zatrzymywała. Krótko rozmawiali, a potem pytał ją czy może odprowadzić do domu.

Przed wojną zwykle chłopak chodził do panny od sześciu tygodni do trzech lat. Te wizyty miały miejsce w czwartki, soboty i niedziele. Rodzice dziewczyny nie lubili, gdy chłopak chodził do niej za długo i nie wspominał o ślubie.

- W tamtych czasach było mnie miłości, a więcej rozsądku - twierdziła Józefa Głowacka, robotnica z jednej z łódzkich fabryk. - Wtedy rodzice chętnie podejmowali kawalera poczęstunkiem, ale bez alkoholu. On zaś przynosił wódkę, którą wypijało się przy różnych okazjach. Na przykład na imieninach rodziców dziewczyny.

Kawaler spotykał się z dziewczyną w jej domu, ale wychodzili również na spacery. Chodzili na zabawy, do kina, na majówki. Jeśli dziewczyna pracowała w fabryce, a on miał czas, to wyczekiwał na nią przed fabryczną bramą, a potem odprowadzał do domu.

Przed wojną istniała instytucja swatki i swata. Z ich usług korzystali nieśmiali, nie wygadani kawalerowie, którzy wstydzili się poprosić o rękę swoją wybrankę. Swatem był często krewny, czasem kolega lub znajomy. Istnieli też zawodowi swaci. Swaty miały miejsce zwykle w niedzielę.

Helena Michalska, łódzka robotnica opowiadała, że swat wchodził do rodziców panny młodej i zaczynał rozmowę pytając ich o zdrowie. Potem rozmawiał o biedzie, fabrykantach. W końcu przechodził do sprawy.

- Śwarną macie dziewuchę - mówił. - Niedługo będziecie ją żywili. A ma kogo?

Dziewczyna zwykle czerwieniła się i kręciła głową. Wtedy wtrącali się rodzice. Mówili, że kręci się tu jeden. Ale im nie pasuje. Ich córka to dziewczyna fabryczna, a on pracuje jako strycharz, czyli robotnik robiący cegły. Wtedy swat mówił, że ma chłopaka dla jej córki. Pracuje, na razie nie ma wielkiej tygodniówki.

- Jest jednak przebiegły, sprytny, a jak się przyuczy to dalej pójdzie - zapewniał.

Dalej tak wychwalał zalety kawalera, że ojciec dziewczyny kazał żonie zrobić mu herbaty i postawić halpke, czyli butelkę zawierającą jedną ósmą litra wódki. Potem kazał swatowi przyprowadzić kawalera. Czasem ten stał w pobliżu domu dziewczyny i po chwili ta mogła ujrzeć swego kandydata na męża.

- Jeśli dziewczyna mu się podobała, to po zapaleniu papierosa mówił, że dobrze mu się pali, a po wypiciu kieliszka wódki, że znakomicie smakuje - wspominał Tadeusz Rosiak, łódzki bibliotekarz. - Gdy dziewczyna nie przypadła mu do gustu to tylko dopijał wódkę i wychodził.

Często kawaler nie korzystał z pomocy swata. Odwiedzał dom rodziców swojej wybranki. Obowiązkowo przynosił kwiaty i cukierki. Łódzki robotnik Ludwik Zarzycki zapamiętał taką scenę. Do jego rodziców przyszedł kawaler starający się o rękę jego siostry. Był ogrodnikiem. Już na początku ojciec zapytał go czy ma kawałek ziemi, na której może hodować pietruszkę czy kwiatki.

- Nie mam - odpowiadał przestraszony kawaler. - Jestem pomocnikiem ogrodnika. Pracuje w oranżerii Richtera. Ale nie długo będę ogrodnikiem! Już potrafię więcej niż mój szef. Tak mi powiedziała pani Richterowa.

Te tłumaczenia nie przekonały ojca przyszłej panny młodej. - Pewnie pani Richterowa ma rację, ale z żeniaczką musisz poczekać, gdy zostaniesz ogrodnikiem - odpowiedział ojciec dziewczyny i szybko rozwiał nadzieje kawalera...

Jednak równie często starania kawalera kończyły się sukcesem. Wtedy umawiano się na tzw. zmówiny. Kawaler wraz z rodzicami, a czasem ze swatem, odwiedzał dom dziewczyny. Takie spotkania odbywały się zwykle w czwartek lub w niedzielę, w godzinach popołudniowych. Nie urządzano z tej okazji wielkiego przyjęcia. Na stole stawiano wędliny, chleb, wódkę. Rozmawiano o sprawach rodzinnych, pracy. W końcu przystępowano do sedna sprawy. Zaczynały się rozmowy o możliwości zawarcia małżeństwa i wyznaczano termin zaręczyn. W Łodzi przyjęło się, że urządzano je w sobotę. Na zaręczynach zbierała się najbliższa rodzina przyszłych małżonków. Urządzano je w domu dziewczyny. Przychodził chłopak, jego rodzice i rodzeństwo. Jeśli mieli rodziny to towarzyszyli im małżonkowie. Czasem zapraszano sąsiadów, dalszą rodzinę, znajomych. Uroczystość zaręczyn zaczynała się około godziny 16. Gdy goście przekraczali próg domu już czekał na nich suto zastawiony stół. Zwykle stał na nich chleb, półmiski z wędlinami, zimne nóżki, śledzie. Nie brakowało też wódki, ciast i białej kawy. Przy czym wódkę kupował narzeczony. Wszyscy siadali do stołu. Po pewnym czasie wstawał ojciec dziewczyny. Wyjmował złoty pierścionek, zwykle z bordowym oczkiem.

- Jeśli macie się pobrać synu to właśnie zaręcz swoją panienkę pierścionkiem - mówił ojciec.

Syn brał pierścionek i wkładał go na palec narzeczonej. Potem musiał pocałować ją w rękę. Od tego momentu chłopak i dziewczyna uchodzili za narzeczonych. Czasem z okazji zaręczyn organizowano też potańcówki. Prawie zawsze miały miejsce głośne śpiewy. Prowadzono też poważne rozmowy. Między innymi dotyczące organizacji wesela i posagu. Zwłaszcza ta ostatnia sprawa wywoływała wiele emocji.

- Nie raz targowano się o każdy sprzęt - wspominała Pelagia Sawicka. - Bywało, że z powodu wiadra czy krzesła zrywano zaręczyny. Niekiedy też szukano mediatora. Z reguły odnosiło to dobry skutek.

Ustalano też, gdzie będą mieszkać młodzi. Dawano też na zapowiedzi w kościele. Zanim jednak zostały przyjęte przez księdza, młodzi musieli przejść przez tzw. pacierz, czyli egzamin z katechizmu, prawd wiary i przykazań Bożych. Zapowiedzi były wygłaszane w niedziele, na sumie. Podobno w tym w tej mszy nie brali udziału sami zainteresowani. Istniał bowiem przesąd mówiący, ze ich obecność spowoduje głuchotę u ich dzieci.

Starosta weselny

W końcu nadchodził czas ślubu i wesela. Wesele było zazwyczaj w domu panny młodej. Na wesele zapraszano rodzinę, sąsiadów i znajomych. To ilu gości się bawiło zależało od zamożności, a także powiązań rodzinnych i towarzyskich. Liczbę weselnych gości ustalano podczas zaręczyn. Na największych weselach łódzkich robotników bawiło się ponad 80 gości.

Narzeczeni odwiedzali przyszłych gości i wręczali im zaproszenia. Czasem pomagali im w tym rodzice. Goście zawsze podejmowali młodych skromnym poczęstunkiem. Wśród weselnych gości najważniejsze miejsce zajmowali starosta i starościna. Zostawały nimi osoby starsze, pozostające w związku małżeńskim, obdarzone wymową i umiejętnością rządzenia. Byli to zwykle krewni pary młodej - wujek, ciotka. To, że są starostami rozpoznawano po wstążce przypiętej do garnituru lub sukienki. Starościna miała jeszcze założony na głowę biały, wysoki, usztywniony czepiec z tiulu. Wiązany był pod brodą. Podobno jeszcze przed I wojną światową w takich czepcach łodzianki chodziły do kościoła.

Do najważniejszych zadań starosty należało między innymi to, by na stołach nie zabrakło wódki, piwa i wody mineralnej. Dbał też, by orkiestra zawsze miała co jeść i pić. Jednocześnie pilnował, by jak to wtedy mówiono, orkiestra nie bumelowała. Starosta towarzyszył przy błogosławieństwie młodej pary i ślubie kościelnym. Starostowie sadzali gości przy stołach. Musieli to zrobić umiejętnie, żeby nie dochodziło do konfliktów. Natomiast do obowiązków starościny należało przeprowadzenia błogosławieństwa młodych, oczepin. Zbierała także dary oczepinowe. Była też w stałym kontakcie z kucharką i dbała, żeby na stołach nie brakowało jedzenia. Opiekowała się również panną młodą i kierowała śpiewem na weselu. Swoje role do spełnienia mają także drużbowie i drużby. Najważniejszy był starszy drużba, który czasem przejmował rolę starosty, gdy ten nie został wyznaczony. Musiał być dobrym śpiewakiem, tancerzem i umieć zabawiać gości. Drużbowie musieli być ubrani w czarne garnitury, białą koszulę, czarną muszkę, czarne buty i białe rękawiczki. W prawiej klapie marynarki mieli przypiętą przywieszkę z konwalii, mirtu i białej, jedwabnej kokardki. Do ich zadań należało wynajęcie karet lub wolanty, dla siebie i druhen. W kościele razem z druhnami tworzyli ślubny orszak.

Druhny lubiły też nosić wachlarze. Po I wojnie światowej sukienki druhen stawały się coraz krótsze. Do ich obowiązków należało między innymi roznoszenie posiłków i pomaganie starościnie w organizowaniu śpiewów.

Na weselu nie mogło zabraknąć muzyków. Zwykle tworzyli kilkuosobowy zespół. Bywało, że na robotniczym weselu do tańca przygrywała orkiestra strażacka. Do kościoła, z orszakiem weselnym szedł zwykle skrzypek. Stawał na chórze i grał Ave Maria. Czasem na weselach organizowano zbiórkę pieniędzy na orkiestrę. Panna młoda prosiła do tańca każdego z gości. Potem prowadziła go pod podest, na którym grała orkiestra. Musiał złożyć datek na znajdującym się tam talerzu. Datki dla muzykantów zbierano również podczas śniadania, drugiego dnia wesela.

Na weselu pojawiali się również nieproszeni goście. Nazywano ich opasami, wieczornikami, grabarzami, intruzami lub kamieniarzami. Nazwa kamieniarze wzięła się stąd, że zawadzali na weselu jak kamienie na drodze. Nieproszeni goście bywali natrętni. Siadali za stołami i nie dawali się wyprosić. Gdy ich się wyrzuciło to się mścili. Wybijali szyby, zatykali kominy. Niekiedy wykradali pannę młodą i żądali za nią okupu od pana młodego. Zadowalali się kilkoma butelkami wódki. Najczęściej tych nieproszonych gości traktowano dobrze. Częstowano ich wódką i jedzeniem.

Łódzkie wesele zaczynało się w sobotę wieczorem, kończyło się rano lub w południe. Urządzano je w Boże Narodzenie, Wielkanoc, a także 19 marca, w dzień św. Józefa. Ale najczęściej odbywały się jesienią. Wynikało to z tego, że wtedy najtaniej kupiło się artykuły żywnościowe. Wesele poprzedzały uroczystości, które dziś nazwalibyśmy wieczorami kawalerskimi i panieńskimi. Dzień przed weselem, w miejscu gdzie pracowała przyszła panna młoda, tłuczono przed nią różne naczynia. Upodobano sobie zwłaszcza talerze z cukierkami. Wieczorem miał zaś miejsce tzw. dziewiczy wieczór. Brała w nim udział panna młoda i jej druhny. Wszystkie śpiewały i na talerzu z wodą układały przypinki przygotowane dla swych weselnych partnerów. Dzięki temu przypinki nie zwiędły. Na koniec takiego dziewiczego wieczoru przychodzili czasami panowie.

Natomiast w dniu wesela odbywało się tzw. pożegnanie. Miało miejsce w domu pana młodego, który przy kieliszku żegnał się ze swymi kolegami. Natomiast do domu panny młodej przychodziły druhny, które pomagały ubrać się jej do ślubu. Ubierały ją u sąsiadki. Pomagały im starościna, matka chrzestna i krawcowa, która szyła suknie ślubną. Najwięcej pracy miały z długim welonem, który trzeba było starannie upiąć. Gdy panna młoda była już ubrana przychodził po nią pan młody z weselnikami i orkiestrą. Wręczał swojej wybrance wiązankę ślubną. Całował ją w rękę i twarz. Natomiast ona przypinała mu do garnituru białą kokardę ozdobioną konwalią lub mirtem. Potem formował się orszak ślubny. Na czele szła orkiestra, potem młoda para, druhny i drużbowie, a za nimi pozostali goście. Wszyscy szli do domu panny młodej, gdzie odbywało się błogosławieństwo. Stał tam stolik z kropidłem i święconą wodą. Młodzi klękali przed rodzicami, na dywanie lub poduszkach. Ci ich błogosławili i dawali do ucałowania krzyż.

Orszak z domu panny młodej ruszał do kościoła przy dźwiękach marszów weselnych. Na jego czele kroczyła para młoda. Za nią reszta weselników. Zwykle długi welon podtrzymywały dwie dziewczynki. Na podwórku czekały karety, dorożki, a z czasem taksówki. Na przełomie wieków na czele orszaku jechała młodzież i starsi goście. Z czasem orszakowi przewodziła młoda para. Bywało, że panna młoda jechała do kościoła w towarzystwie drużbów, a panu młodemu towarzyszyły druhny. W kościele druhny i drużbowie robili szpaler którym młodzi szli do ołtarza.

Po ceremonii zaślubin panna młoda uważała, by jej mąż nie obszedł jej dookoła. Przesąd mówił, że wtedy będzie nią rządził do końca życia. Uważano też, że złym znakiem jest przyjmowanie pierwszych życzeń od kobiety. Pierwszy powinien być mężczyzna, w dodatku żonaty. Po ślubie para młoda jechała zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie, a potem do domu weselnego. Rodzice młodych witali ich chlebem i solą. Matka wręczała córce dziecko i dwie przylepki chleba. Miało to jej w przyszłości zapewnić dzieci i szczęście. Parze młodej dawano też dwa kieliszki. Jeden był wypełniony wódką, drugi herbatą. Panna młoda starała się wypić kieliszek z wódką. Liczyła, że w ten sposób uchroni męża od pijaństwa.

Wesele nie mogło się obyć bez oczepin i zbierania na czepek. Oczepiny odbywały się, gdy goście zjedli obiad, było to więc najczęściej po północy. Gdy zakończyły się oczepiny zbierano na tzw. czepek. Pieniądze zbierano na dwa ułożone na sobie talerze. Na jednym leżał wianek lub welon. Na drugi kładziono pieniądze. Były one przeznaczone dla pierwsze potrzeby panny młodej na nowym gospodarstwie.

Na drugi dzień odbywały się poprawiny. Bawiła się na nich najbliższa rodzina, chrzestni, starostowie. Goście przynosili wędliny, ciasta i wódkę. Starszy drużba i chrzestna panny młodej przynosili litr wódki, w butelce zwanej lalkową. Jej wygląd przypominał lalkę. Głowę robiono z jabłka, pomarańczy wydmuszki i kieliszka. Ręce z serdelków, a sukienkę z kolorowej tkaniny. Do rąk przywieszano paczkę papierosów. Wódka ta należała do pana młodego. Tylko on mógł częstować nią gości.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Materiał oryginalny: Wesele po Łódzku, czyli zbieranie na czepek, starosta i ważna rola druhen - Plus Dziennik Łódzki

Komentarze 1

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

A
Andzelenna
Fajne zwyczaje. My jednak mieliśmy tradycyjne wesele, bez regionalnych naleciałości. Organizowaliśmy je sobie w Chacie z Zalipia w Sarnowie. Impreza bardzo nam się udała i jestesmy mega zadowoleni.
Przejdź na stronę główną Dziennik Łódzki
Dodaj ogłoszenie