MKTG SR - pasek na kartach artykułów

Wiesława Maciejak ze Skierniewic zdobyła 2. nagrodę w konkursie ŁDK za opowiadanie Kolacja na cztery serca

Agnieszka Kubik
S.Burzyński/archiwumpolskapress
Wiesława Maciejak, skierniewicka pisarka, zdobyła 2. nagrodę na XI Wojewódzkim Przeglądzie Twórczości Dojrzałej Przystanek 60+. Nagrodzone zostało jej opowiadanie "Kolacja na cztery serca" (można je przeczytać poniżej). W sierpniu ukaże się kolejna książka pani Wiesławy nakładem Prószyński i S-ka pt. "Czas ucieka". Gratulujemy!

Kolacja na cztery serca
autor: Wiesława Maciejak

Już widno. Ciekawe która to godzina. Gdzie są okulary? Zawsze się gdzieś zapodzieją. O! To już siódma! Pewno za chwilę zrobi mi pobudkę! Jak ja nie znoszę tego rannego wstawania. Teraz, po operacji, to chyba jeszcze bardziej niż dawniej. Mogłabym sobie trochę poleżeć. Ale skąd! Nie pozwoli mi! Już słyszę jak szura kapciami. Otwiera drzwi! Zamknę oczy i udam, że śpię, może da mi jeszcze chwilę spokoju.
Patrzy na mnie i nic nie mówi. Spod przymrużonych powiek widzę jego kwaśną minę. Jak on okropnie wygląda! Piżama wymięta, włosy
potargane, kilkudniowy, siwy zarost, obwisła skóra. Bardzo się ostatnio posunął. I ta twarz wiecznie wykrzywiona grymasem niezadowolenia. Muszę wstać, bo zaraz zacznie przygadywać, że jestem leniem
i nierobem. Ale mnie to biodro boli! A obiecywali, że po rehabilitacji będę się czuła jak nowonarodzona. Mój Boże, tak trudno mi chodzić!
Jeszcze się nie umył, a już siedzi przy stole
w kuchni. Czeka na śniadanie! Poczekaj sobie! Ja muszę najpierw iść do łazienki. Nie umiem, jak ty, zaczynać dnia od jedzenia.
Żeby chociaż wodę na herbatę nastawił. Ale nie. To dla niego zbyt ciężka praca! Wszystko na mojej głowie. Ciekawe jak on sobie radził kiedy leżałam
w szpitalu! Wtedy umiał i śniadanie zrobić i kolację, tylko na obiady chodził do baru. A przy mnie jak kaleka! Niczego nie tknie!
3
Ile on masła na chleb kładzie! A niech kładzie, dostanie miażdżycy i będę miała wreszcie spokój z tym jego wiecznym gderaniem. Wędliny też sobie nie żałuje! Ciekawe, czy w tym miesiącu starczy nam pieniędzy. Bardzo wątpię! Przy takim szastaniu!
Czknął, chyba się wreszcie najadł. Aż mu brzuch urósł.! Teraz będzie siedział ze dwie godziny
w łazience. Chciałam nastawić pranie, ale przecież jak tam wejdzie, to nie wie kiedy wyjść. Nie mam już cierpliwości do tych jego dziwactw. Zresztą, niech robi co chce, nie będę się odzywać, bo jak coś powiem, to znowu zacznie wykrzykiwać, że zawsze jestem niezadowolona, że zawsze mi źle i takie tam różne bzdury.
Muszę brać się już za obiad. Przez to bolące biodro wszystko robię o wiele wolniej, a dzisiaj po południu przyjdą dzieci, więc muszę coś niecoś przygotować. Tak rzadko nas odwiedzają. Mówią, że nie mają czasu. Nikt nie ma czasu Co za wariacki pośpiech panuje teraz na świecie. Wszyscy gdzieś się śpieszą, potrącają człowieka, popychają. Nawet jakby kogo zadeptali, nikt by pewno nie zauważył.
No, wreszcie wyszedł. Co on tak kaszle.
W nocy chrapie, w dzień kaszle. Poszedł do pokoju, włączył telewizor, rozsiadł się w fotelu i rozłożył gazetę. Niby to czyta. Tylko czy on coś z tego rozumie? A zresztą! Czego on się z tych starych gazet dowie. Syn przynosi mu całe sterty tej makulatury. To czyta stare, bo na nowe szkoda mu pieniędzy. Niby taki oszczędny! Myślałby kto! Przecież o tym co tam piszą, to
w telewizji już dawno mówili. A w ogóle, czy można zrozumieć co się czyta jak ten telewizor tak ryczy?
Muszę jeszcze wyjść po ciasto. On nie pójdzie, choć nogi go nie bolą. Wszystko sama muszę robić. Nie mam już siły. Spytam go, jakie kupić?
I po co ja się odzywałam! Burknął coś pod nosem i tak sama będę musiała zdecydować. Jaka ja jestem głupia! Wciąż liczę, że przyjdzie wreszcie czas na normalną rozmowę. Ale gdzie tam! Wiecznie mu się coś nie podoba i tylko mruczy. Nie chcę tego słuchać!
No, jeszcze tylko obiorę ziemniaki. Mięso
i zupę mam z wczorajszego obiadu. Zawsze to trochę lżej, jak co drugi dzień zupę gotuję. Dawniej często pomagał mi przy gotowaniu, razem kręciliśmy się przy kuchni. Co chwila cmoknął w policzek, to w szyję,
a to klepnął po pośladku. Przytulał, całował. Jak to dawno było, jakby w innym świecie Dlaczego
ludzie tak się zmieniają. Przecież kiedyś było nam ze sobą dobrze. A teraz, albo się nie odzywamy, albo kłótnia. Co to za życie!
Ale jestem zmęczona. Pozmywałam już gary. Teraz zmienię bluzkę, bo dzieci tylko patrzeć. Muszę mu dać świeżą koszulę. Znów będzie się wściekał, że musi się przebierać.
Dzwonek, a ja jeszcze niegotowa i mięso nie zdążyło się dopiec. A zrobiłam takie jak Kamil lubi,
z winkiem, ze śliweczkami. Sałatkę trzeba z lodówki wyjąć, bo będzie za zimna. Zrobiłam jarzynową, ulubioną Kamila. Chleb też już pokrojony. Za kilka minut będę mogła podawać obiad na stół.
Kto by pomyślał, otworzył im drzwi. Jak się wita! Uśmiech na twarzy, pocałował synową w rękę. Umie być miły jak chce.. Jak ten Kamil źle wygląda. Razem mu wybraliśmy to imię. Jaki był szczęśliwy, że ma syna. Jaki był wtedy czuły. Całymi godzinami bawił się z nim klockami, kolejką. Jak mały trochę podrósł, wciąż gdzieś jeździliśmy. A potem syn wydoroślał, ożenił się
i teraz widujemy go raz w miesiącu. Czy to sprawiedliwe? Poświęciliśmy mu najlepsze lata życia,
a on dla nas nie ma czasu. Tyra całe dnie, bo pieniędzy im wciąż mało. Anka ciągle coś wymyśla, a biedny chłopak chce jej dogodzić. Dopiero co wrócili z Grecji,
a już znowu gdzieś się wybierają. Nie dosłyszałam dokąd, bo akurat jak o tym mówili, robiłam w kuchni herbatę. Co ich tak po świecie nosi. I czego oni szukają. Chyba guza na głowę. No, ale cóż, dzieci nie mają, to gonią nie wiadomo za czym.. Ile oni zdjęć w tej Grecji narobili. Że im pieniędzy na to nie szkoda. Obejrzy się raz i rzuci do szuflady, a tyle grosza trzeba wydać. Fakt, że okolice ładne. Teraz planują kupić kamerę. Jeszcze to im potrzebne. Oj, młodzi, młodzi! Dawniej całkiem inaczej się żyło. Może skromniej ale
i spokojniej.
Miny mają oboje jakieś niewyraźne. Mało do siebie mówią. Kamil jest smutny, a Anka zamyślona, ledwo co bąka. Może i u nich już się to zaczyna co
u nas? A stary? Wychodzi wprost ze skóry, żeby ich bawić rozmową, a jaki uśmiechnięty, jaki dowcipny!

II.

Leży i leży w tym łóżku. Wiem, że nie śpi, tylko udaje. Byle tylko jak najdłużej nie wstawać. Co to za zwyczaj, tak sobie dogadzać! Ja to od świtu na nogach. Trzeba się wcześnie kłaść i wcześnie wstawać.
Chodzę, chrząkam, pokasłuję, może ją tym ruszę, ale nie! Jak nie wejdę do jej pokoju i nie puszczę wiązanki, to nie wstanie. Przebrzydła baba! Patrzeć na nią nie mogę. Jakie to stare i obmierzłe. Na noc zęby do szklanki wkłada! Chuda, zgarbiona, kuśtyka. Że też wciąż muszę mieć taką przed oczami. Kiedyś to nawet była całkiem, całkiem. I nigdy mi nie odmawiała. Zawsze chętna była! A teraz? Żeby mi dopłacali, to bym z nią nie mógł. Fakt, że i z inną też chyba bym już nie mógł. Minęło! A szkoda! Dobrze, że nie żałowałem sobie, jak byłem młody. Chociaż mam co wspominać. Jeździło się w delegacje. Zawsze jakiś towar się trafił. Kolacyjka, gadu, gadu, a potem bara, bara. To były czasy. Do domu wracałem zawsze z prezentem, że to niby tylko o niej myślałem. A ona we wszystko wierzyła. Może wtedy to nawet ją trochę kochałem? Ale lubiłem na bok skoczyć. Jak Kamil się urodził, to był dobry okres w moim życiu. Kochałem tego szkraba. Zmieniłem pracę, przestałem z domu wyjeżdżać, bo nie chciałem się z nim nawet na parę dni rozstawać. A teraz? Przyjdzie raz w miesiącu jak z łaski. Trochę starych gazet przywiezie, pogada z godzinę i odjeżdża. Po to się dzieci chowa?
Dłużej nie czekam, wchodzę do niej, głodny już jestem. Przecież siódma minęła. No, wreszcie wstała. Poszła do łazienki, zęby musi założyć, bo gadać bez nich nie może. No i dobrze! Cały dzień mogłaby nie zakładać. Spokój by był w domu, a tak to ciągle coś gderze pod nosem. To utrapiona baba! Wszystkiego się czepia.
Wreszcie naszykowała to śniadanie. Najwyższa pora, bo już mi z głodu w brzuchu burczy. Ale robi miny, chyba masła za grubo nasmarowałem. Może
i za grubo, ale ja tak lubię i nie będę sobie żałował. Kiełbasy też położę podwójnie. Najadłem się akuratnie, teraz mogę z głodnym pogadać. Aż mi się czknęło. Ale spojrzała na mnie. Myślałby kto, jaka delikatna, czknąć nie wolno!
Muszę się chyba ogolić, przecież dzieci dziś przychodzą. Dawniej mi się zdawało, że jak ktoś ma siedemdziesiątkę, to jest już starym, paskudnym dziadem. Patrzę w lustro i wcale nie widzę, żebym był taki stary i paskudny. No tak, włosy są siwe, ale są,
a inni mają łysiny. Kurze łapki koło oczu znaczą, że się często śmiałem. W ogóle był ze mnie przystojniak. Co ja mówię był. Jeszcze jest. Muszę powyrywać te włosy
z nosa, bo wyglądam jak foka. O! Teraz jest całkiem dobrze. Trochę mi się zeszło w tej łazience, ale za to jaki efekt!
Teraz sobie poczytam. Lubię takie różne ciekawostki ze świata i ploteczki o znanych osobach.
A ile gołych babek jest w tych gazetach. Kiedyś tego nie było. Pamiętam jak nakręcili „Popioły” i w jednej scenie widać było goły cycek zakonnicy, to była chryja, aż w prasie o tym pisali. A teraz? Dziewucha, cała goła, jak ją Pan Bóg stworzył, robi sobie zdjęcia w różnych pozach, niczego nie zasłania i nikt się nie gorszy. No i dobrze, jest chociaż na co popatrzeć.
Ciekawe, za ile obiad będzie, bo już trochę zgłodniałem. Znowu wczorajsza zupa. Struje mnie kiedy to babsko! Muszę ją wreszcie ochrzanić za te odgrzewane obiady. Co ona sobie myśli? A jęczy ciągle, narzeka. Wszystko ją boli! Pieści się , żeby nic nie robić. Zwykły leń.
Odsapnę po jedzeniu i zanim dzieci przyjdą zdrzemnę się chyba trochę. Siądę w fotelu, oprę głowę
i przymknę oczy. Bardzo lubię tak sobie pokimać.
O dzwonią! Co ona w tej kuchni tak długo się guzdra. Chyba muszę otworzyć! Niegrzecznie ich pod drzwiami trzymać!
No trzeba przyznać, że synowa to nam się udała . Jest na czym oko zatrzymać. Zawsze szykownie ubrana.
A jakie cycuszki. Sterczą pod bluzką, aż miło patrzeć.
A jaki tyłeczek, palce lizać, a nogi! Miał Kamil szczęście, że taką babkę znalazł.
Pocałowała mnie w policzek! Jak ona ładnie pachnie. Dzieci nie rodziła, figurkę ma zgrabną. Rozkosz dla oczu. Wcale nie jest gorsza od tych
w gazetach. Tylko, że ją można dotknąć, usiąść blisko. Kurczę, jak siedzę przy niej to mi się ciepło robi! Przynieśli zdjęcia z Grecji!. Na niektórych jest prawie naga! Ale ta Anka jest zgrabna! A jaka opalona! Kamil przy niej wygląda jak jakiś wymoczek. Nie dała mu Bozia zbyt słusznego wzrostu, chyba do matki się wdał, bo ze mnie jest przecież kawał chłopa. Jeszcze teraz na ulicy kobitki na mnie spoglądają.
Taki dobry schabik a dzieci jedzą jak z łaski. Kamil dziobie widelcem, a Anka nawet nie spróbowała. Co oni tacy jacyś bez humoru. Może się pokłócili, czy co. Ten Kamil to jest głupi, nie umie swojego szczęścia docenić. Powinien Ankę na rękach nosić.

III.

Anka mnie obudziła trochę za wcześnie. Zawołała tak jakoś ostro, żebym wstawał. Dlaczego ona ostatnio jest taka niemiła. Co ją ugryzło? Nie wiem, ale nie mam czasu wgłębiać się w jej humory. Dzisiaj będę miał ciężki dzień. Muszę iść do szefa ze sprawozdaniem. Ciekawe, czy sekretarka zdążyła przepisać. Jak nie zdążyła to może się pożegnać z robotą. Teraz nie ma „przeproś”, nie nadaje się, to fora ze dwora. Uprzedzałem ją, że to jest bardzo ważny tekst.
Chyba nerwy mi puszczają, martwię się na zapas, a może wszystko będzie w porządku? Wiem
z doświadczenia, jak często sprawdza się pierwsze prawo Petera, że jak coś może się nie udać, to się
z pewnością nie uda!
No, wreszcie łazienka wolna. Anka cmoknęła mnie z daleka i wybiegła.. Coś tam wczoraj wspominała, że musi być w pracy wcześniej. No to teraz szybko, szybko! Muszę się śpieszyć.
Wreszcie jestem gotowy. Jeszcze rzut oka
w lustro. Całkiem nieźle! Garnitur leży jak ulał. Dobry ten krawiec, którego mi Piotr polecił. Czuprynka trochę przerzedzona, ale mój pan Kazio ładnie ją strzyże
i nauczył mnie zaczesywać włosy w taki sposób, że zasłaniają spore już niestety „zatoczki”.
Cholera, znowu pomazali mi auto. Kary na tych łobuzów nie ma. Parking strzeżony, niby pilnują,
a zawsze się jakiś „artysta” trafi. Dobrze chociaż, że nie sprayem chlapnęli. Po południu muszę pojechać do myjni.
Ale korek! Spóźnię się przez tych pseudo kierowców. Co dzień rano to samo. Nie umieją jeździć? Kto im dał prawo jazdy. Cholera! Szef nie będzie czekał. Jak o nim myślę, to mi się gorąco robi i zaczynam się pocić. Jak by mnie wywalił, to co my zrobimy ze spłatą kredytu. Zarżnęliśmy się na ładne parę lat. Ale Ance zachciało się mieszkania w apartamentowcu! Rany! Znowu wdaję się w jakieś dywagacje.
No, ruszyło wreszcie to dziadostwo. Dodam gazu i może jednak zdążę. Mieszka się rzeczywiście świetnie. Wygodnie, elegancko. W miarę bezpiecznie. Ale tyle szmalu trzeba płacić, że głowa boli!
Sekretarka już jest, patrzy na mnie jakby
z wyrzutem. Materiał dla szefa położyła na biurku. Czy to moja wina, że pisała do północy? Widać nie radzi sobie z komputerem jak należy.
U szefa akurat ktoś siedzi, muszę chwilę poczekać. Serce zaczyna mi łomotać. Chciałbym mieć za sobą tę rozmowę.
Wreszcie wchodzę. Jaki ten jego gabinet jest wielki, jak w amerykańskim filmie. Idę do jego biurka
i idę. Drżą mi łydki. Dobrze, że przez spodnie tego nie widać.
Nawet nie poprosił, żebym usiadł. Wziął teczkę, podziękował zdawkowo i powiedział, że później ze mną porozmawia. Pieprzony dupek! Musi pewno skonsultować moje dane z kimś mądrzejszym. Sam nie bardzo wie o co chodzi! I tacy nami rządzą! Wszystko przez te cholerne układy. Człowiek tyra, a inni śmietankę spijają.
Nie mogę się skupić na papierach, wciąż myślę
o tym cholernym sprawozdaniu i czekającej mnie cholernej rozmowie.
Anka zadzwoniła, że dzisiaj idziemy do rodziców. Jeszcze to! Dobrze, że jej starzy mieszkają w Szczecinie, to wystarczy pojechać do nich raz w roku. A moi są na miejscu, to chcieliby, żeby ciągle do nich przychodzić. Niech się cieszą, że raz na miesiąc znajdujemy dla nich czas.
Uff, Już jestem po. Szef cały w uśmiechach, podziękował mi za duży wkład pracy. Uścisnął „piątkę” i dodał, że pomyśli o mnie przy najbliższej premii. Zobaczymy! I po co było się tak denerwować. Nigdy
w siebie nie wierzę. To mnie gubi. Żebym miał inny charakter, sam byłbym szefem. Jestem za miękki na te czasy! W kogo ja się wdałem? Chyba w matkę, bo ojciec to twardziel i zawsze umiał się wygodnie urządzić!
Już późno! Teraz szybko po Ankę! Musimy zdążyć na osiemnastą. Matka bardzo nie lubi, jak się spóźniamy. Całymi dniami nie wie co i gdzie robimy, gdzie jeździmy, ale jak mamy być u nich,
a przyjedziemy parę minut po czasie, to zaraz myśli, że zdarzył się jakiś wypadek albo inne nieszczęście. Starzy ludzie okropnie dziwaczeją.
Anka jest nadal nieswoja. Nie pytam o nic, nie chcę wywołać awantury. Widzę, że jest wściekła, aż wargi zagryza. To znak, że żartów nie ma. Jedziemy wolno, bo znowu korki. Siedzi obok mnie, patrzy
w szybę i milczy.
No jesteśmy na miejscu. Smutne to ich blokowisko. Domy odrapane, zieleni prawie nie ma. Klatka schodowa śmierdzi kotami i moczem. Może trzeba by gdzieś ich przenieść, w jakieś lepsze miejsce. Tylko czy oni się zgodzą. Mieszkają tu od młodości. Kiedy mieszkałem z nimi, nie raziło mnie to wszystko!.
Ojciec otworzył drzwi. Ciekawe co się stało. Zawsze matka to robi. Stary nieźle się trzyma. Ale ona? Zmalała, zgarbiła się, na twarzy widać grymas bólu, ale uśmiecha się do nas.
Szykuje zawsze jakieś jedzonko, chce nas bidula uraczyć. Nie zdążyła widać dzisiaj wszystkiego przygotować i dlatego ojciec otwierał.
Opowiedzieliśmy o wczasach w Grecji, pokazaliśmy zdjęcia. O czym by tu jeszcze mówić. Przecież nie będę im opowiadał o pracy. Nie zrozumieją! Za ich czasów było zupełnie inaczej.
To mięso udało się matce całkiem nieźle, ale nie mam apetytu, jestem zmęczony. Może nawet to nie jest zmęczenie fizyczne, przecież dopiero co wróciliśmy
z Grecji, to ten ciągły stres mnie wykańcza.
Matka jak zwykle obrzuciła uważnym spojrzeniem figurę Anki. Wciąż ma nadzieję, że zostanie babcią. Ja już nie mam nadziei. Dawniej często snuliśmy z Anką plany, marzyłem, że będziemy mieli maleńką dziewczynkę, kropka w kropkę podobną do Anki. Od dawna już o tym nie mówimy. A może trzeba by poważnie pomyśleć o adopcji. Choć właściwie bez dziecka, żyje nam się całkiem dobrze. W naszym zapędzonym życiu nie ma na nie czasu. Tylko kto nas będzie w starości odwiedzał?
A rodzice? Przeżyli tyle lat, zaraz, zaraz, ile to będzie? Chyba przeszło czterdzieści. Nieraz się kłócili, pamiętam różne sytuacje. Matka wciąż podejrzewała, że on kogoś ma. Wyjeżdżał na kilka dni z domu, a ona za każdym razem nie była pewna, czy przypadkiem nie na zawsze. A jednak przetrwali i są razem. Chyba im teraz dobrze ze sobą.
Nie wyobrażam sobie Anki i mnie za kilkadziesiąt lat. Ale po co o tym myśleć, na razie jesteśmy młodzi
i tylko to jest ważne.

IV.

Kamil śpi tak słodko. Jeszcze nie wie, co wisi nad jego głową. Zbudziłam go z głębokiego snu, popatrzył na mnie trochę nieprzytomnie. Kiedy otworzył oczy zniknął ten jego bezbronny wyraz twarzy. Pokochałam go za jego delikatność i wrażliwość. Był taki inny, taki po staroświecku nieśmiały. Jak on się zmienił.
Pamiętam nasze spotkania, przygodne pokoje, rzucaliśmy się na siebie wciąż siebie niesyci. Te tajemne szepty, czułe zaklęcia, urocze drobiazgi którymi mnie obsypywał. To nie były drogie prezenty. Jakieś maskotki, pluszowe miśki, czasem kwiatek. Było cudownie. Co się zmieniło? Wszystko!
Mamy piękne mieszkanie. Dobrze zarabiamy. Niczego nam nie brakuje poza naszym szaleńczym uczuciem.. Czas tak bardzo zmienia człowieka. Ojej, myślę o nas zdaniami jak z jakiegoś Harlequina.
No, koniec. Jestem gotowa.. Makijaż w porządku. Włosy też nieźle się układają. Dobrze mi w tym rudym kolorze. I garsonka świetnie do nich pasuje. Faceci oglądają się za mną na ulicy. Chyba jeszcze nie jest ze mną tak źle. Wychodzę! Kamil wszedł do łazienki, nie czekam na niego. Muszę już lecieć.
To wielka wygoda mieszkać tak blisko biura. Nie tracę czasu i nerwów na dojazdy. Lubię pokój, w który pracuję. Jest gustownie urządzony. I ten widok z okna! Wspaniały! Z dwudziestego piętra widzę Warszawę jak na dłoni. Nie dociera uliczny szum. Klimatyzacja
i dźwiękochłonna wykładzina na podłodze dopełniają całości. Nie chciałabym stracić tej pracy,
a przecież...
Dzisiaj musimy jechać do teściów. To dosyć mili ludzie, ale nie czuję się u nich najlepiej. Ona patrzy na mnie z wyrzutem, że dotychczas nie obdarzyłam jej wnukiem, a on jest jakiś lepki. Czasem wydaje mi się jakby rozbierał mnie wzrokiem. Zadzwoniłam do Kamila, żeby mu przypomnieć o odwiedzinach,. Niezbyt się z tego ucieszył, ale wstąpi po mnie po pracy.
Muszę się zabrać ostro do tej nowej sprawy. Jest dość zawiła. Szef przekazując mi ją powiedział, że wierzy w moją wiedzę i intuicję. Zagrał na mojej ambicji. Wiedział, że to mnie zdopinguje, i że jak zwykle świetnie sobie poradzę. Trzeba będzie porządnie pomyśleć, może nawet poszperać w archiwach. To dobrze! Może oderwę się od myśli, które od kilku dni buszują w mojej głowie. Czuję się zapędzona w kozi róg. Nie wiem co mam robić, to dla mnie nowa sytuacja. Nie wiem jak i kiedy powiedzieć o wszystkim Kamilowi. Biorę się do roboty. Myśleć będę potem.
Od ładnych kilku godzin ślęczę nad tymi materiałami. Zmęczyłam się. Na dziś koniec. Jutro też jest dzień. Zaraz przyjedzie Kamil. Muszę poprawić makijaż.
W windzie znowu spotkałam tego faceta. Patrzy na mnie znacząco. Co on sobie myśli! Czy wyglądam na taką? Ale mimo wszystko, miło widzieć jak mężczyzna, i to całkiem niezły mężczyzna, ślini się na mój widok!
Kamil jest jakiś zamyślony. Patrzy na mnie kątem oka. Nic nie mówię, bo się boję, że nie wytrzymam
i zdradzę mój sekret.
U teściów jak zwykle. Ona zmęczona, cierpiąca, on zadowolony, uśmiechnięty, otworzył nawet drzwi, co mu się rzadko zdarza. Siedzimy, rozmawiamy
i oglądamy zdjęcia z Grecji.
Teściowa przyrządziła jakieś pachnące mięsko, ale zupełnie nie mam chęci na jedzenie.
Nagle wpadła mi do głowy myśl. A może by im powiedzieć! Teraz! Wszystkim razem. Ciekawe jak zareagowałoby każde z nich. Teściowa pewno by zaniemówiła z wrażenia, teść popatrzyłby na mnie znacząco. A Kamil? Co on by powiedział? Nie, najpierw powinnam porozmawiać z Kamilem. Tylko
z nim! Jestem mu to winna. Dawniej wciąż rozmawialiśmy ze sobą. Usta nie zamykały nam się nawet na chwilę chyba, że zaczynaliśmy się całować. Zawsze mieliśmy sobie tyle do powiedzenia. A teraz? Nie wiem jak rozpocząć rozmowę o tak ważnej sprawie. Od dłuższego czasu przestaliśmy się sobie zwierzać. Oddalamy się od siebie. Nie mogę go zrozumieć. Tak bardzo się zmienił. Pozwolił żeby kariera całkiem nim zawładnęła. I nic poza swoja pracą nie widzi , nic go nie obchodzi. Tylko szef, narady, sprawozdania i robota.
Więc, czy jest sens z nim rozmawiać? Między nami jakoś się psuje, już się właściwie popsuło? Czy szczerze powiedziałby mi co mam robić? A czy ja wezmę pod uwagę jego zdanie? A może nic nie powiem Kamilowi, pójdę jutro do Witka i zrobię z tym wszystkim porządek? Jeszcze jest czas!
Odkąd Witek potwierdził moje niejasne podejrzenia, wciąż biję się z myślami! Rozważam wszystkie za i przeciw i wciąż nie wiem, nie wiem, nie wiem!
Z zamyślenia wyrwał mnie głos Kamila, taki jak dawniej, czuły i miękki. Delikatnie dotknął mojej ręki.
I nagle czas jakby się cofnął o kilka lat.
-Anuś, taka jesteś blada, czy źle się czujesz?.
Spojrzałam mu z bliska w oczy. Patrzył na mnie
z niepokojem. I wtedy ze zdziwieniem usłyszałam swój głos :
-Nie, tylko będę miała dziecko!

K o n i e c

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Materiał oryginalny: Wiesława Maciejak ze Skierniewic zdobyła 2. nagrodę w konkursie ŁDK za opowiadanie Kolacja na cztery serca

Wróć na dzienniklodzki.pl Dziennik Łódzki