Wystarczyło kilka sekund

    Wystarczyło kilka sekund

    Anna Gronczewska

    Dziennik Łódzki

    Aktualizacja:

    Dziennik Łódzki

    Dwadzieścia pięć lat temu o tej tragedii mówiła cała Polska. W ciągu kilku sekund wybuch gazu zniósł z powierzchni ziemi dwie klatki czteropiętrowego bloku na łódzkiej Retkini. W gruzach zginęło osiem osób.
    Środa, 7 grudnia 1983 roku. Świeciło słońce, był lekki mróz. Dzień wcześniej dzieci mieszkające w bloku przy ul. Dzierżyńskiego, dziś przy al. Armii Krajowej, odwiedził Mikołaj. Rano wielu jego mieszkańców poszło do szkoły i pracy. Tak jak Stanisław Szulczewski, który przed siódmą opuścił swoje mieszkanie w piątej klatce. Nie przeczuwał, że może zdarzyć się coś złego. Tak jak zwykle wypił herbatę, spakował kanapki i poszedł na przystanek. Do domu wrócił po godzinie 14.

    Gdy wysiadał z autobusu jeszcze nie wiedział, że kilkadziesiąt minut wcześniej nastąpił potworny wybuch. Kiedy szedł od przystanku, zaniepokoiło go tylko, że wszędzie jest dym i dziwny swąd.

    - Ale wtedy na Retkini było sporo jednorodzinnych gospodarstw - wspomina Stanisław Szulczewski. - W jednym z nich chodziła młockarnia, więc pomyślałem, że to od niej ten dym i swąd...

    Przeszedł kilkadziesiąt metrów dalej i zamarł. Jego blok był ogrodzony, wszędzie stali milicjanci. Nie patrzył na nic, przeskoczył przez zapory i pobiegł zobaczyć, co z jego mieszkaniem. Odetchnął, gdy zobaczył swoje okna. W pokoju stołowym były nawet szyby...

    Pan Stanisław opowiada, że początkowo nie było widać rozmiaru tragedii. Wszystko ginęło w dymie. Dopiero po pewnym czasie zobaczył, że jego blok nie ma dwóch pierwszych klatek. - Zamiast klatek była kupa gruzu, która sięgała po pierwsze piętro!

    Kiedy doszło do tragedii, w domu była jego synowa z małym dzieckiem. Nagle usłyszała wielki huk. W oknie w kuchni wypadła szyba. Wyjrzała przez dziurę - ulicą biegła jakaś kobieta i wołała: "Pani, uciekaj szybko, bo blok się wali...". Nie czekała dłużej, wzięła dziecko i wybiegła na ulicę...

    Poszła rura, gazownia była zajęta...

    Na krótko przed tragedią rozpoczęto odwodnianie bloku przy ul. Dzierżyńskiego, bo woda wpływała do piwnic. Koparka pracowała już od kilku dni. Pan Stanisław wspomina, że dzień przed wybuchem poszedł nawet zobaczyć, co oni tam robią. Zajrzał do dołu, nie był za głęboki. Już po wybuchu pan Stanisław wysłuchał majstra, który opowiadał reporterom o tym, co się wydarzyło. Operator zaczął kopać dół, ale koparka zaczęła mu się "ślizgać". Zrobił więc sobie przerwę, poszedł z kolegami na śniadanie.

    - Gdy wrócił, to przyłożył się tak dobrze, że coś zaczęło syczeć - opowiada Szulczewski. - Poszła rura, którą przepływał gaz. Operator powiedział do majstra, żeby ją wyrwać, bo wtedy gaz pójdzie na zewnątrz. Majster nie kazał nic ruszać. Stwierdził, że jak się coś stanie, to będzie na nich. Robotnicy wsiedli więc do samochodu i pojechali do administracji osiedla. Administracja zadzwoniła do gazowni, ale tam powiedzieli, że mają awarię w przedszkolu czy żłobku, więc dopiero jak tam skończą, przyjadą na Dzierżyńskiego. Kazali tylko zakręcić zawory.

    Robotnicy nie mogli znaleźć zaworów, pootwierali więc okna w piwnicach...

    Pan Stanisław mówi dziś, że lokatorzy i tak mieli szczęście: piwnice były przegrodzone. Gdyby nie ściana w drugiej klatce, gaz by się rozszedł po całym bloku. - I wszystko wyleciałoby w powietrze! - dodaje.

    Szulczewski ofiary tragedii znał tylko z widzenia, choć w tym bloku mieszkał pięć lat. Śmierć poniosły dwie starsze kobiety: Stanisława Dziordzińska i Janina Kamińska, a także kilkunastoletni chłopiec, Darek Kaszuba. Podobno przybiegł na chwilę do domu, by wprowadzić psa. Miał za chwilę wyjść...

    Filar łódzkiej psychologii

    W gruzach zginęła też pięcioosobowa rodzina Gerstmannów: Stanisław, Helena, Przemysław, Krzysztof i Bartek.

    Profesor Stanisław Gerstmann był wybitnym psychologiem, a jego syn Przemysław - nadzieją polskiej psychologii. Obaj pracowali na Uniwersytecie Łódzkim. Z książek profesora do dziś uczą się studenci psychologii. Dr Barbara Wiśniewska, prezes łódzkiego oddziału Polskiego Towarzystwa Psychologicznego, była studentką prof. Gerstmanna.

    - Mam do dziś wykłady pana profesora z 1979 roku - mówi dr Wiśniewska. Podkreśla, że Stanisław Gerstmann był jednocześnie filologiem, pedagogiem i psychologiem. Urodził się w 1911 roku w Drohobyczu. Do Łodzi przyjechał w 1959 roku z Lublina. Rozpoczął pracę na UŁ, został kierownikiem zakładu psychologii. To głównie dzięki jego staraniom w 1972 roku psychologia stała się samodzielnym kierunkiem studiów na UŁ. Był osobą, która rozwijała nową koncepcję psychologiczną - orientacji w sobie i orientacji w otoczeniu.

    - Ta koncepcja zmierzała do tego, by psychologia służyła człowiekowi pomocą w codziennym życiu - twierdzi dr Wiśniewska. - Miała przede wszystkim pomagać w codziennych sytuacjach. W 1987 roku, już po śmierci profesora, ukazała się jego książka "Podstawy psychologii konkretnej".

    Barbara Wiśniewska wspomina, że gdy w 1976 roku dostała się na studia psychologiczne, w jej ręce trafiła książka prof. Gerstmanna - "Wprowadzenie do psychologii osobowości". Była własnością cioci, z wykształcenia pedagoga.

    - Tak się złożyło, że gdy rozpoczęłam studia, Stanisław Gerstmann otrzymał tytuł profesora zwyczajnego, a gdy je kończyłam w 1981 roku, przechodził na emeryturę - wspomina pani Barbara. Profesor prowadził wykłady z psychologii klinicznej dzieci i dorosłych. - Jego wykłady były bardzo konkretne, podawane z wielką kulturą osobistą i kulturą języka. Nie można zapominać, że profesor był też filologiem. Swoją pracę doktorską pisał z Wyspiańskiego, o symbolice "Wesela".

    Studenci bardzo lubili profesora. Z sympatią mówili na niego "dziadek".

    - Z przyjemnością wspominam swój egzamin u pana profesora - mówi dr Wiśniewska. - Stworzył taką atmosferę, że nie czułam żadnego stresu. Był charyzmatyczną postacią. Nikt po nim nie odegrał takiej roli w łódzkiej psychologii.

    Doktor Przemysław Gerstmann, syn profesora, miał kontynuować dzieło ojca. Był świetnie zapowiadającym się naukowcem. Bardzo kontaktowym, lubianym przez studentów.
    - W gruzach bloku na Retkini pochowana została w pewnej mierze łódzka koncepcja rozwoju osobowości człowieka - twierdzi Barbara Wiśniewska.

    Szczęście z czwartego piętra

    Wybuch gazu przeżyła rodzina, która mieszkała na czwartym piętrze i w czasie tragedii była w domu. Stanisław Szulczewski wspomina, że tuż przed wybuchem żona kazała wyrzucić mężowi śmieci. Ona została w domu z małym dzieckiem. Mężczyzna wyrzucił śmieci, wrócił do domu, zostawił wiadro i jeszcze raz zszedł na dół. Powiedział do żony, że przed ich klatką jest jakieś zamieszanie, więc pójdzie sprawdzić, co się stało. Zszedł na dół i wtedy doszło do wybuchu. Gdy ochłonął z pierwszego szoku, wbiegł na kupę gruzu i... usłyszał głos żony.

    - Była przygnieciona płytą dachową, miała złamaną nogę - dodaje pan Stanisław. - Z ruin wyciągnięto też ich dziecko. Przeżyło...

    Mieli odprowadzić syna


    Podobno tuż przed wybuchem robotnicy przebiegli po mieszkaniach, wołając do lokatorów, by uciekali. Zadzwonili też do Gerstmannów, którzy gościli akurat syna Krzysztofa, mieszkającego na morzem. Krzysztof przyjechał po wózek dla swojego nienarodzonego jeszcze dziecka. Gerstmannowie odpowiedzieli, że kończą właśnie obiad i zaraz wyjdą. Wszyscy mieli odprowadzić syna na dworzec...

    Szulczewski wspomina, że po tragedii na trzy dni wyprowadzono wszystkich mieszkańców bloku. Ci, co chcieli, poszli do hotelu, inni do rodziny, znajomych. Przed klatkami stali milicjanci i pilnowali, by nikt nie wszedł do środka.

    Potem codziennie przechodziło się koło tej kupy gruzu... Ale już w czerwcu dwie zburzone klatki odbudowano, wprowadzili się nowi lokatorzy.

    Zresztą wszystkim lokatorom bloku nr 214 zaproponowano inne mieszkania. Wielu zdecydowało się na wyprowadzkę. Dostali nowe "M" na Retkini, Chojnach, Radogoszczu. Ze zburzonych klatek nikt nie wrócił do starych mieszkań.

    - Kto był pierwszy, dostawał lepsze mieszkanie - wyjaśnia Stanisław Szulczewski. - Potem zostały same partery i czwarte piętra. Ja tu mieszkałem na pierwszym piętrze, a zaproponowali mi parter. Zostałem więc na Retkini.

    Po tragedii przez kilka lat we Wszystkich Świętych ludzie palili znicze w miejscu wybuchu. Nawet dziś, choć minęło już 25 lat, mieszkańcy Retkini pamiętają o tym, co stało się w bloku nr 214. Wielu do dziś boi się gazu...

    Czytaj treści premium w Dzienniku Łódzkim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (4)

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    dziś mija 30 lat

    NEOP (gość)

    Zgłoś naruszenie treści

    dziś mija 30 lat os tej tragedii ,Darek Kaszuba chodził do szkoły podstawowej nr 15 im H.Kołontaja na uluicy Olimpijskiej na Retkini (POKÓJ JEGO DUSZY)


    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    błąd

    polonistka (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 3

    Kołłątaja a nie kołontaja analfabeto


    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    ty jestes błedem con-do-niaro

    as (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 1

    quj ci w du de dzifco

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    wybuch gazu

    czarna (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 43 / 51

    mialam wtedy 7 miesięcy i mieszkaliśmy w klatce.Mieliśmy wielkie szczęscie.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo